Archiwum kategorii: sny

Idę do niego do pracy, do jakiegoś instytutu psychiatrycznego rozlokowanego w wielu pawilonach. Każdy pawilon (styl architektonczny szpitala na Banacha) nosi imię innego zasłużonego psychiatry. Ten, w którym urzęduje, jest imienia prof. Imielińskiego. W holu trwa jakaś konferencja, za stołem w kształcie podkowy siedzą naukowcy i debatują, a ja muszę przejść obok nich. Jakoś tak głupio.

Wchodzę na piętro, pierwsze czy drugie, i kieruję się do jego pokoju. To coś między salą dla pacjentów a pokojem lekarskim. Rozbieram się i kładę na szpitalnym łóżku, na brzuchu. Za jakiś czas przychodzi i, chyba bez słowa, zaczyna. Jest bardzo przyjemnie. Pachnie lizolem, poppersem.

ja chcę fajne sny ostatnio ciągle jakieś nudy

muszę się budzić zmęczony szukaniem jakichś papierów ludzi

z tym pędem to skomplikowana sprawa ale jak napisałeś o kokonie

pomyślałem kokon spoko ale w sensie wiosennego wylęgania

czuję się bardziej rośliną na razie przynajmniej

[wiadomość na od Rubuka; "wersyfikacja" prawie niezmieniona]

Śniło mi się dziś, że przyśnił mi się odlotowy sen i przez resztę snu powtarzałam sobie ów sen over and over, żeby go nie zapomnieć i moc Ci go opowiedzieć – byłam pewna, ze Ci się spodoba. Niestety rano już niewiele pamiętałam. Ale cos tam spróbuję odtworzyć.

W tym śnie we śnie zwiedzałam studio filmowo-psychiatryczne, w którym można było przeprowadzać różne ciekawe eksperymenty, oglądać scenografie, a jednocześnie psychiatrzy mogli obserwować i badać reakcje zwiedzających. Jednym z punktów programu była wizyta w dostatnim, mieszczańskim niemieckim domu ze służbą żydowsko-ukraińską. Mogliśmy wcielać się w postaci domownikowi (tak dosłownie, tzn. wygląd tez nam się zmieniał) i doświadczać na własnej skórze, jak to jest być faszyzującą staruszką, której dom sprząta ukraińska dziewczyna lub jak to być ukraińską dziewczyną. Co ciekawe, bez względu na to, w kogo się wcielaliśmy, historia zawsze kończyła się mordem – albo staruszka/pani domu/przyjaciel domu, SS-man/ mordował służącą, albo służąca podkładała ogień pod dom…

Kolejnym punktem programu była wycieczka po ludzkim organizmie. Trzeba było wejść do jamy ustnej supermegawielkiego manekina i przez przełyk zjechać mu do… wiemy dokąd. Wrażenia były nieprawdopodobne – ja bardzo się bałam smrodu soków żołądkowych i treści jelitowej, przez którą musieliśmy się przedzierać, ale okazało się, ze to wszystko atrapy i nic nie śmierdzi. Ale poza tym wrażenie było bardzo realne. Aha, przedzieraliśmy się na czas. Ja niestety zaklinowałam się w jelicie, a ty już wszedłeś do środka, świetnie sobie radziłeś i zjeżdżałeś jelitami tak ziuuuuuuuuuuum! Więc musiałam wcisnąć się w ściankę jelita, żeby Cię przepuścić.

[jest to opis snu Agathé, pomieszczony za jej uprzejmym pozwoleniem; wytłuszczenia - mrówk]

hej. śniłeś mi się dzisiaj. a dokładnie śniło mi się, że mieliśmy czworokąt z dwoma japończykami po trzydziestce, którzy nie znali oczywiście polskiego, i mówiłeś do mnie po polsku z rozbawieniem: “w realnym życiu nigdy byśmy na nich nie polecieli”. i całowaliśmy się we czterech naraz.

Vrublini zwierzył mi się ze swojego niedawnego snu. A śniło mu się, między innymi, że spotkał się z Lotte von Kirschenstein. I że powiedział do niej (cytat dokładny):

- O witaj, o zbrodnio i karo poezji Iwaszkiewiczowskiej.

[sms od Agathé]

Śniło mi się, że pedał-konwertyta (konwertyta na hetero), Włoch, mały i brzydki, ubrany w cheeleaderkową obcisłą sukienkę na ramiączka (zza dekoltu wyłaziły mu włochy), posuwał mnie w kiblu przy muzyce z Tarantino, potem na stole, a potem bił mnie fiutem po twarzy i obudziłam się ze spuchniętym, podbitym lewym okiem. Chyba nawiedził mnie inkub…

————————————————-

Agathé, adeptka Safony skądinąd, przebiła tym samym chyba nawet Wiewióra, któremu przez sen inkub poturbował żebro…

Śniło mi się dziś, że razem z Wolfem ukradłem 20 000 funtów z banku. Potem chciałem wymienić w kantorze pierwszy tysiąc funtów, ale się skumałem, że one pewnie mają numery seryjne i na pewno już zgłoszono, i mnie zamkną. I tak w tym śnie się męczyłem, mając te funty i bojąc się je wymienić.

I, w tym śnie oczywiście, napastował mnie duży pająk, a po Wiśle szła wielka fala powodziowa. Ktoś w tramwaju powiedział: “Ale SLD się przygotowało, to ich nie zmiecie”. A w Wawie był, nad tą wezbraną Wisłą, jakby na łasze lub wyspie, ogromny i bardzo ładny park muzealno-historyczny poświęcony SS, z takimi wielkimi czarnymi swastykami na białym tle w formie czegoś na kształt reliefowych mozaik.

Miałem sen, że postanowiłem studiować we Wrocławiu. I okazało się, ze ich uniwerek (dosłownie przy którym kiedyś mieszkałem, więc wiem, jak w rzeczywistości wyglądają jego główne budynki) jest świetny, ma niepospolity klimat, chociaż nie wiem czemu, spotykałem tam same kobiety. Zajęcia przypominały raczej spotkania towarzyskie trochę inteligenckiej bohemy, trochę skacowanych choć twórczych artystów; odbywały się w zacienionych salach stanowiących połączenie pałacowej biblioteki z salonem nie do końca uprzątniętym po imprezie dzień wcześniej. Odymione obrazy w zaśniedziałych ramach, niepodomykane drzwiczki szafek z książkami itp. Siedzieliśmy na starych sofach, pufach i na poduszkach wprost na podłodze i rozmawialiśmy.

Ale najciekawiej docierało się do tych położonych w niewysokich pawilonach sal wykładowych: uczelnia bowiem była zlokalizowana pośrodku sporego jeziora, na wyspie poprzecinanej wąskimi kanałami jak, dajmy na to, Amsterdam. Po bokach tych wąskich kanałów rosły sympatyczne rośliny: hortensje, fuksje, peonie i berberysy, na brzegach stały ławeczki, a na nich siedziały studentki. Na wyspę zaś trzeba było dopłynąć jedno-dwuosobowa lichą łódeczką-pontonem, nie było rady, by tam dotrzeć, nie skąpawszy się w wodzie. Nawet mi się to podobało, ale martwiłem się, co będzie jesienią i zimą.

Tazio napisał:

Wiesz, co mi się śniło? Że postanowiłeś zebrać grupę swoich najbliższych znajomych i poznać mnie z nimi.

No więc do ciebie wpadam do mieszkania, wchodzę, wszyscy śpią, a jest godzina koło 21.

Potem się obudziłem i jak usnąłem dalej,to zobaczyłem obraz ciebie i 6 twoich znajomych przebranych w najróżniejsze rzeczy (jeden za Pedobeara, inny za Supermana itp.).  I śpiewacie kolędy!

Potem cię pytam na osobności, czy jesteście najebani, a ty:

“Nie. Będziemy najebani, jak Jezus nam zmieni wodę w mózgu w wino.”

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.