Mrówk: Masz gdzieś jakiś profil?
Ktoś: No co ty! Nie bawię się w takie rzeczy.
Mrówk: Bo ja mam.
Ktoś: Gdzie?
Mrówk: Tu i tu.
Ktoś: Jaki masz nick?
Mrówk: Taki i taki.
Ktoś: Oka, to do ciebie napiszę.
Mrówk: Masz gdzieś jakiś profil?
Ktoś: No co ty! Nie bawię się w takie rzeczy.
Mrówk: Bo ja mam.
Ktoś: Gdzie?
Mrówk: Tu i tu.
Ktoś: Jaki masz nick?
Mrówk: Taki i taki.
Ktoś: Oka, to do ciebie napiszę.
Ktoś: A ty miałeś dłużej faceta? Kiedy?
Mrówk: Miałem[,] prawie osiem lat.
Mrówk usiłuje rozmawiać z jakimś kolesiem w Leju po Bombie.
Koleś [protekcjonalnie]: De gustibus non est disputandum… Rozumiesz?
Mrówk: Certe, si vis, latine loqui possumus…
Koleś: Pff, a myślałem, że jesteś inteligentny.
Artur B. do mrówk:
Bardzo jestem zadowolony z życia, że cię poznałem.
Jakiś dresowaty koleś o posiniałych wargach puka mrówkodzika w czapkę w Café „Po Schodkach”, zrzucając ją.
Mrówkodzikwlepia w niego zły wzrok.
Koleś: Przestraszyłem się.
Mrówkodzik: Czego?
Koleś: Że mógłbyś mnie pobić.
Mrówkodzik: E tam, masz taką methemoglobinemię po poppersie, że jeszcze byś padł.
Ktoś pyta mrówk:
- A co ty taki smutny stoisz?
Mrówk odpowiada (szczerze):
- Ale ja właśnie się uśmiecham…
Ostatnio w Café „Po Schodkach” działy się rzeczy niezwykłe. Był jeden półdługowłosy, strasznie najebany koleś (co nie jest takie niezwykłe znów). Bardziej niezwykli byli jego przeciętnie napierdoleni towarzysze – ładny blondynek o zjawiskowo dolichocefalicznej czaszce podkreślonej progenią (długa głowa z wysuniętą żuchwą) i około czterdziestoletni człowiek, który mówił, że studiował filozofię i teologię, jak również był kiedyś w zakonie michalitów. Przytoczył mi nawet najważniejszą tradycyjną modlitwę braci michalitów:
Sancte Michaël Archangele, defende nos in prœlio. Contra nequitiam et insidias diaboli esto præsidium!
co się przekłada:
Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną!
Ale do rzeczy. Ów półdługowłosy był tak porobiony, że gadał straszne bzdury i robił dziwne miny, a w którymś momencie bełkotał, leżąc na podłodze w korytarzu. Jak zareagowali koledzy?
Młodszy trzymał bełkoczącego, a starszy, po łacinie, odprawiał nad nim… egzorcyzmy.
W Café „Po Schodkach” znajomy, bardzo sympatyczny, Włochiszpan całuje mrówk w rękę na powitanie. Mrówk, niepewny jak zareagować, zaczyna mówić:
No se… […hace así – "tak się nie robi"]
ale urywa i odchodzi, więc zostaje tylko:
No sé. ["nie wiem"]
Mrówk: Masz jakiś inny plan?
Artur B.: Nie mam planu B.
Mrówk: Ja to w ogóle nie mam żadnego planu.
Artur B. Więc też nie masz planu B.
Ktoś (sępiąco): Masz gumkę?
Mrówk (niewinnie): Recepturkę?
Ktoś: Małymi kroczkami…
Mrówk: …to piekło jest wybrukowane!
Mrówk (patrząc na dwóch kolesi znikających w darkroomie): Poszły się pierdolić.
Adam D.: Znaczy, mają się ku sobie.
Jakiś znajomy o Café „Po Schodkach”:
Umrzeć tutaj to nawet gorzej niż tu zasnąć.
W Café “Po Schodkach”:
Ktoś do chłopaka: Parlez-vous français? Polonais?
Chłopak: Nie, ja nie palę.
Mein cheies gejt mir ojs
Ich fil ich halt nit ojs
Mein hartz tut wej gor on a schir
Er is mir hejs un kalt
Un ich wer groj un alt
Un wejst ir menschn wos es kwejlt mir
Di libe brent a schrek
Ich fil ich starb awek
Noch mein Joslen
Mein darling, mein dear
A kocher a szejner
Mir zol zajn far seine bejner,
Josl, ich krapir noch dir!
———————————————-
Podziękowania dla Miśki U. za pokazanie mi tej piosenki. I za zrobienie wrażenia na mnie i całej reszcie klientów, kiedy puścił ten kawałek w Café “Po Schodkach”
Miśka U.: Słuchaj, to całe Liège to jest po prostu ciemna dupa.
Mrówk: Ja myślałem, że anus mundi to były Auschwitz, Dachau…
Miśka U. (po zastanowieniu): Nie, no, zaraz, w sumie anus mundi to Przemyśl jest.
[Zaznacza się, że Miśka U. jest zdeklarowaną Żydówką i regularnie bywa w Izraelu]
Mrówk rozmawia ze znajomym Włochiszpanem o jakimś bardzo atrakcyjnym kolesiu i poznawaniu go głębiej.
Włochiszpan (patetycznie): … y así podrás explorar sus raíces…!
Mrówk: Ya, quizás sus raíces nerviosas!
————————————————————————-
(I tak będziesz mógł poznać jego korzenie – Ta, chyba korzonki nerwowe!)
I puszczamy tak z Arturem B. różne rzeczy w Café “Po schodkach”. Po J. Norman, Minie, Luz Casal, La Lupe przychodzi czas na 5′Nizzę, Rammsteina itp. Pewien młody prawnik, stały bywalec, Wojtek B., stwierdza, zniechęcony:
Wojtek B.: - Ej, weź, puść coś normalnego.
Mrówk: - Ci, co używają takich słów, to lubią dawać pedałom w mordę.
Tak, tak. Korzystając z ogromnej uprzejmości barmana Zdzisia, mrówk wraz z Arturem B. puścili parę kawałków, których ten nocny pub-klub nie zaznał bodaj nigdy przedtem. Ludzie byli zadziwieni. A ukoronowaniem tego maratonu było puszczenie (z jutjuba, oczywiście) finałowej arii z Dydony i Eneasza Henry’ego Purcella When I am laid in earth, znanej powszechnie jako lament Dydony. Wybraliśmy wykonanie mało może purcellowskie, ale bardzo poruszające i oczywiście doskonałe technicznie – niezrównanej Jessye Norman:
Co w bardziej typowo barokowym wykonaniu może brzmieć np. tak (opcja nieco subwersywna, hehe):
When I am laid in earth,
May my wrongs create
No trouble in thy breast.
Remember me, remember me,
But ah! forget my fate.
Ktoś: Często bywasz w tej świątyni rozpusty?
Mrówkodzik: Świątyni rozpusty? Rozpusta jest w głowie, cała reszta to tylko okoliczności.
Mrówk notuje z werwą wypowiedzi, mające trafić to i ówdzie, np. na mrówkodzika.
Dostrzega to ćwierćznajomy. Przestrzega:
- Ty tak nie zapisuj, bo zgubisz i nie zapamiętasz.
Mrówk: Noc jeszcze młoda…
M. M.: … Lecz ja jestem stary.
[jedenastozgłoskowiec pod strzechami]
Mrówkodzik spotyka w toalecie Café “Po Schodkach” pewnego dżentelmena, współwłaściciela rzeczonego klubu, znanego z wszelakich rozwiązłości. Ów ma białawą maść nad górną wargą.
Mrówkodzik: O, a co ty masz pod nosem?
Ów: Zovirax. A co myślałeś?
Mrówkodzik: Że to taka maść mentolowa, jaką sobie smarują pod nosem anatomopatolodzy przed wejściem do prosektorium.
Mrówk, lat 27, i Żubr, lat 20, rozmawiają z Adamem D., starszym od nich znajomym, w Café “Po Schodkach.”
Mrówk: Byliśmy w palarni.
Adam D.: I jak było?
Mrówk: Nieciekawie. Byliśmy tylko my i jakichś dwóch nieciekawych kolesi.
Adam D.: Aaa, to pewnie razem mieliście ze 300 lat?
Żubr: Widziałem taki ambitny film porno pt. “Alicja w krainie czarów” – tańczyli tam, śpiewali i tak dalej.
Mrówk: O, ale powiedziałbyś, że to było dobre?
Żubr: Jako porno – nie, ale etycznie – tak.
Mrówk: Etycznie?!
Żubr: Tfu, estetycznie.
- Idziemy gdzieś?
- Nie wiem. Czuję się dziś jakiś taki stary, brzydki i nieatrakcyjny…
- Aaa, to Fantom.
Mrówk rozmawia z jakimś znajomym na żywo, twarzą w twarz, okiem w oko. Porusza nieco, ale tylko troszkę, poważniejszy temat, na co rozmówca z niewzruszoną miną stwierdza:
- To nie jest rozmowa na telefon.