Archives for posts with tag: język

Lata temu w Kanadzie. Zima, mróz, śnieg po kolana. Ojcu mrówkodzika padł akumulator, nie może odpalić silnika. Stoi więc gdzieś na poboczu zestresowany i zatrzymuje kolejne samochody, pytając:

- Excuse me, can you help me? I need some booze.

Kierowcy na dźwięk tych słów zamykają szybę i odjeżdżają bez słowa. O co chodzi? Dopiero któryś z kolei zatrzymany przygląda się przez chwilę i mówi z namysłem:

- You mean you need some boost?

*

- Dobry wieczór. Jesteś tutaj sam?

- Nie, jestem przejazdem.

*

- Idę sikać. Zostawiam piwo. Możesz mi wrzucić pigułkę gwałtu.

- Ale to ty chcesz gwałcić?

*

- Nie wiem, jak mam z tobą rozmawiać.

- Dobrze, to może zaczniemy od seksu.

*

- Ładnie pachniesz, co to?

- Nie wiem, spytaj mojego faceta, będzie wiedział.

- Czym on pachnie?

- Trenerem?

*

- Taki, kurwa, life.

- No chyba death.

Na ulicy. Jeden taki, przeginając się straszliwie, mówi:

- Miałyśmy pójść tylko na herbatę, a jak zwykle wracamy najebane!

Bu go strofuje, więc ten powtarza męskim głosem:

- …a jak zwykle wracamy najebane!

 

[opowiedziane przez Bu]

[zimą w środku nocy przy Sezamie z grupką Francuzów]

 - Ojej, mówisz po francusku! Jesteś Kanadyjczykiem?

- Kurwa, nie, nie jestem Kanadyjczykiem. Jestem pijany. Jak jestem pijany, to brzmię jak Kanadyjczyk, tak, to jest do dupy. Na trzeźwo za to trochę jak Belg. Wiem, nie jest dobrze.

Wbrew pozorom słowa naprawdę mają znaczenie. Czytaj, proszę, między wierszami, czytając staraj się odczytać też to, co chciałem naprawdę przekazać, a nie interpretujesz dowolnie jak chcesz i to jeszcze w taki najgorszy sposób.

[niedoznajomy do mrówkodzika]

- Na trzeźwo?

- Tak.

- Całkiem?

- Nie. Kupiłem dwa piwa, żeby to miało sens.

*

- Gdzie on jest?

- A ja wiem… Przedstawił się i poszli do darkroomu.

*

- No, no!

- No nie?

- Noo!

*

- Znasz kolesia o nicku f***?

- Tak. Nie polecam. Z wielu powodów.

- To znaczy…?

- Tak. To znaczy. 

- Nie zawżdy branka twa nadobna kalać musiałła swe lica, by paznokciu twu utłuczonemu zadośćuczynić, ma luba?

- Niechaj bogowie wiatru pasą twoje kozy – z niespotykaną pewnością odparła nagle baronessa.

- A toć dziedziczka zapowietrzona się znalazła – zauważyła miejscowa sugestia.

- Toć ba! – z naciskiem zaznaczyła ją i poszła do barłogu

LatinoAmerican: What does “gotten himmel” mean?

Lover of GOD: You mean “Goot Gott in Himmel?” That is German, meaning “Good God in Heaven”.

[z jakiegoś forum]

*

Bezpieczeństwo jest ciągłym dialogiem między użytkownikami facebooka.

[administracja fb]

*

Jutro lecę do Ukrainy choć pochodzę z Kosiny i miałem kiedyś zębów bez liku, a teraz bez kitu, został mi kikut, zacznę je wprawiać, kły sobie sprawiać, kasę wydawać i zęby usprawniać, jak już kły będę miał ładne i nowe, choć nie będą żywe tylko akrylowe, wtedy założę katanę i pulower, i pójdę już z kłami i w katanie na łowy…

[komentarz na portalu pudelek.pl]

*

Koniec dyplomatycznej wojny z Białorusią. Polski ambasador w Mińsku

[wyborcza.pl]

*

SPALAJ TŁUSZCZ JEDZĄC

[reklama]

- Ta historyjka jest na faktach?

- A nie, to jakieś rzymskie umoralniające blablabla.

- Niedawno przyszłem.

- Jacek też tak lubił mówić.

 

 

 

- I jak, fajni tam byli faceci?

- Wszyscy byli ładni, ale ja mam astygmatyzm.

*

- Co mówiłeś?

- Nic.

- Tak myślałem.

*

- Tak leczysz te swoje kompleksy?

- Szczerze mówiąc: tak.

- Nie to mam na myśli.

*

- To puść tę tarantellę.

- Ale ja się boję pająków!

Mmch wchodzi do sklepu z herbatami i pyta:

- Dzień dobry. Czy mają państwo filiżanki z motywami solarno-lunarno-floralnymi?

- Ty jesteś tym wielbicielem Callas?

- Tak.

- Znamy się zatem.

- Tak, stąd.

- Nie stąd. Myśmy się widzieli rok temu o piątej rano u mnie na Mokotowie.

- To nie.

- Jak to nie?

- Nie. 

- Byliśmy naćpani i wyrywaliśmy sobie nawzajem włosy.

- Ale dlaczego?

- No co, nie zawsze byłem dojrzałym statecznym człowiekiem.

*

- Otwieram szafkę w łazience, a tam dziesięć narkotyków!

*

- Idę się oddać i zaraz wracam.

- Idziesz się co?!

- Idę się odlać i zaraz wracam.

Myszor: To wyślę Ci, powiesz, co sądzisz. W sumie dzięki Tobie m. in. ją napisałem. Będę starał się ją wydać, ale muszę ją doszlifować (np. czytam książkę po niemiecku mimo nieznajomości niemczyzny).

Mrówkodzik: Jak bardzo nie znasz niemieckiego?

Myszor: W ogóle.

- Dla mnie linia melodyczna jest ważniejsza niż słowa.

- Dla mnie równie ważne jedno i drugie.

- Wdałbym się w dyskusję.

- To bywa trudne w przypadku stwierdzeń zaczynających się od „dla mnie”.

Właśnie Judym tłumaczył matce coś interesującego, gdy uczuł, że go malec zaczyna łechtać po łydkach. W pierwszej chwili sądził, że mu się zdaje, ale wkrótce, rzuciwszy okiem, zobaczył na obliczu łobuza znamię chytrości i wywieszony język, którym ten pomagał sobie niejako w procedurze łechtania. Dyzio wsuwał rękę między nogawicę spodni Judyma i cholewkę jego kamaszka, odchylał skarpetkę i wodził po gołej skórze długą, ostrą słomą. Judym nie zwracał na to uwagi, w nadziei że mania psotnicza ominie małego towarzysza drogi. Stało się przeciwnie. Dyzio wynalazł pod siedzeniem jakiś zabłąkany długi, ostry badyl i tym sięgał aż do kolana. I to mu nie wystarczyło: wyskubywał nitki ze skarpetek, usiłował zdjął kamasz, zawijał ineksprymable, dopóki się dało itd. Poczęło to wreszcie doktora drażnić. Odsunął szorstkim ruchem rękę łobuza raz, drugi, trzeci. Wszystko na nic. Język, wywieszony na bok, coraz bardziej wskazywał, że gotują się nowe eksperymenty. [...]

Skoro tylko powóz się wstrzymał, otwarł drzwiczki, jednym zamachem skoczył na ziemię i wyciągnął ze sobą Dyzia. Tam ujął go za kark lewą ręką, przechylił w sposób właściwy na kolanie i wysypał mu prawą około trzydziestu klapsów spod ciemnej gwiazdy.

[Żeromski, Ludzie bezdomni, rozdział pt. Swawolny Dyzio]

On nr 1: On mi nigdy tyłka nie polizał.

On nr 2: [skrywa twarz w dłoniach, załamany]

On nr 1 [próbując ratować sprawę]: No dobra. Polizał.

Mrówk: No i?

Romek: Na twoje pytanie odpowiadam: tak.

Mrówk:  Ale to nie było pytanie rozstrzygające.

Romek: Ale to było pytanie kiedy.

- Siedział, on siedział.
- Co się działo?
- No on!

Hilary Clinton mówiła dziś bardzo ładnie w Genewie:

Gay rights are human rights, and human rights are gay rights.

co tvn24 przetłumaczyło jako:

Prawa homoseksualistów są prawami człowieka, a prawa człowieka są prawami homoseksualistów.

No, dobrze, że nie prawa pederastów. Albo prawa osób, które wybrały homoseksualny styl życia. Tvn24 po raz kolejny okazuje się równie „liberalny światopoglądowo”, co obecny rząd.

Częstym argumentem na rzecz używania stygmatyzującego, medycznie brzmiącego określenia homoseksualista jest to, że angielskie słowo gay odnosi się nie tylko do mężczyzn, ale i kobiet, więc nie można tłumaczyć go jako gejów lub gejowski.

Warto jednak zauważyć, że przymiotnik gay doskonale można oddać przez wyrażenie gejów i lesbijek. I jeszcze zaoszczędzamy jedną sylabę w stosunku do używania słowa homoseksualistów, jeśli ktoś chciałby mówić o ekonomice języka!

Na gayromeo trafił mrówk na profil założony celem znalezienia chętnych na wyjazd do Indii (nie wiadomo, czy to biuro podróży, czy oferta towarzyska). Cytuję się najsmaczniejsze kawałki:

[…] Po śniadaniu wsiadamy do wynajętego samochodu którym udamy się po Radżastanie.

[…] Możliwość Uszycia sobie strojów hinduski i nie tylko. Po obiedzie czas wolny, nocleg.
9-Rano po śniadaniu odebranie zakupów z zakładów krawieckich

[…] Wczesnym rankiem około godziny 7 zwiedzanie Pałacu Taj Mahal.

[…] Podziwianie wschodu słońca na rzeką, pływanie łódką wzdłuż brzegu i obserwacja Poranny modłów i codziennego życia.

Automatyczne skojarzenie z bdb piosenką Kasi Nosowskiej Przebijśnieg ze stosunkowo mało znanej i chyba niedocenianej płyty Sushi. Wraz z moim byłym, mmch, nazywaliśmy tę piosenkę roboczo Między Nami, od nazwy niegdyś bardzo modnego warszawskiego fancy-jazzy-trendy baru-biforowni-bistra na Brackiej.

 

Mam na imię Kasia
Dla przyjaciół – Agnes
Bo Agnes lepiej brzmi
Co się samo przez się słyszy
Z zainteresowań ja wymienić mogę
Przyrodę, urodę, modę, wygodę
Kubę, snowboard, tao, kino
I Ching, Feng Shui, Sushi
Ying Yang, drum and bass
Buena Vista Social Club
Przepraszam na chwileczkę
Muszę w toalecie przypudrować nosek
Johnny, masz może puder?

Ja przepraszam państwa najmocniej za zgrzytanie zębami

Jezu, mówię wam
Bez wyjazdu do Indii dłużej rady nie dam
Słyszałam, że w Indiach oświecenie ulicami
Razem z krowami, z krowami ulicami
Mam już spodnie khaki
Na miejscu kupię sari
Pojem trochę ryżu
Pojem trochę curry
Kiedy wrócę, to sobie pogadamy
Relację zdam z pobytu mego w Indiach

Jeż T. doniósł mrówkowi o istnieniu gatunku zwierzęcego o nazwie mrównik.

Mrównik nazywa się po grecko-łacińsku Orycteropus afer, co można przetłumaczyć jako Grzebonóg afrykański. Łatwo jednak skojarzyć przymiotnik afer z rzeczownikiem aper – dzik. Używa się też nazwy prosię ziemne (kalka z niderlandzkiego aardvark, por. ang. earth pork), co wzmacnia skojarzenie z dzikiem, czyli knurkiem leśnym.

Mierzy ponad dwa metry, co teoretycznie mogłoby budzić szacunek, ale po odjęciu ogona nie jest już takie imponujące.

Mózg mrówników ma niewielkie rozmiary, półkule są słabo pofałdowane. Mrówniki mają węch lepiej rozwinięty niż jakikolwiek inny ssak.

Język mrównik ma długi o skórze stwardniałej, co czyni go odpornym na ukąszenia owadów.

Mrównik prowadzi nocny tryb życia. Dzień spędza w wykopanych przez siebie jamach (kilku). Z nory wyłania się późnym popołudniem lub tuż po zachodzie słońca i wędruje nawet całkiem daleko od domu, huśtając długim nosem na boki, aby wyczuć pożywienie.

Jego tryb życia jest również samotniczy, więc jest mu raczej smutno, choć nie powie, żeby się nie przyzwyczaił. Trochę.

W niewoli dożywa 24 lat.

Może spać na plecach, na boku,  żerować lub stać wypchany w muzeum.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.