Archives for posts with tag: językoznawstwo

Oli: Cruorem detersit. Co to znaczy?

Mrówkodzik:  To od czasownika detergeo, detergere. Kojarzy ci się z czymś?

Oli: Niespecjalnie…

Mrówkodzik: A co robi detergent?

Oli: Usuwa zarazki!

Sprawdzałem w słowniku niemiecko-polskim online, czy słowo Genuß jest rodzaju męskiego czy nijakiego. Słownik nie poinformował mnie wprawdzie o rodzaju tego słowa, za to podał ładną wiązankę jego definicji:

Genußzażycie, spożycie; uciecha, przyjemność, rozkosz; korzystanie

————————————————

UZUPEŁNIENIE: Z innego słownika dowiedziałem się, że po niemiecku “zażycie, spożycie; uciecha, przyjemność, rozkosz; korzystanie jest rodzaju męskiego. Hehe.

W rozmowie o myślowym „wydeptywaniu sobie ścieżek” w mózgu z Tajnym D.:

- Ty to masz chyba sześciopasmową autostradę do seksu.

- Ona prowadzi od seksu do śmierci.

———————————————–

W rozmowie z Rozhulantyną o śląskim czasowniku kutać:

- Ty wiedziałeś, że po polsku mówi się też robić kogoś, w znaczeniu ruchać?

- Może kalka z angielskiego. Do somebody to właśnie ruchać kogoś

[po chwili]: A do somebody in to: zabić kogoś.

Zobaczyłam wczoraj plakat informujący o panelu dyskusyjnym o przekładzie poezji P. Larkina (prowadzenie: Dehnel i Jarniewicz, https://www.facebook.com/translateit.uw) i oczywiście zerkałam nań jednym okiem (kątem). Rzucił mi się w oczy adres strony internetowej: translateit.waw.pl. Próbowałam go zapamiętać i powtarzałam sobie “translateit”, “translateit”, “translateit” i zastanawiałam się, czy od razu napisać do Ciebie z pytaniem, czy “translateit” to po łacinie i co to znaczy, czy poczekać, aż będę mięć dostęp do netu. Zastanawiałam się dobra minutę, nim dotarło do mnie, ze to “translejt yt”:| Nie jest ze mną dobrze…

Mrówkodzik pociesza pewną młodą damę, której nakłada kaganiec oświaty w zakresie łaciny:

 Takie dni tygodnia – to trzeba znać po łacinie i już. W słowniku nie znajdziesz. Na przykład dies Iovis – nie ma nazw własnych w słowniku, to Jowisza nie znajdziesz. A nawet jakby były, to i tak nie znajdziesz go pod Iovis, bo to dopełniacz, a mianownik jest Iuppiter. I dupa.

Zrezygnowany mrówkodzik rozmawia z dwunastolatkiem o użyciu czasów gramatycznych:

- No dobrze, to może powiesz mi chociaż, co wyraża czas teraźniejszy?

- To, co będzie w przeszłości.

 

Się ostatnio wzruszam. Wykonanie specyficzne, na początku drażniące, ale warto się przyzwyczaić. Ten androgyniczny głos ma coś w sobie. No i tekst, kawałek poezji ludowej.

Najbardziej mnie rusza wspięcie się melodii w górę pasażykiem (D7 z 4 zam. 3, mówiąc technicznie). Słychać to na „dombrowy”, „iść kåzåł”,„-ka klénkli” itd.

 

Paśli pastérze woły na zielônej dombrowy.
Anioł sie im pokåzåł, do Betléjem iść kåzåł.
A ôni sie go zlénkli, jaz na kolanka klénkli.
Pytać sie go nie śmieli, gdzie Pana sukać mieli.
Jaze nad łônki zbiegli, tam do sopki przybiegli.
Znaleźli dziecie w złobie, nié miało nic na sobie.
[…]
Przez twoje narodzénie, däj grzéchów odpuscénie
A odpuściwsy złości, däj nåm zazyć radości.
Radości wiekuistéj, däjze nåm, Jezu Chryste.

[transkrypcja fragmentów ze słuchu przez mrówk, z wątpliwościami]

 

Jest też bardzo ładne opracowanie w polszczyźnie standardowej z muzyką a la wczesny XVI wiek:

 

Mrówkodzik i mmch piszą jakiś artykuł na temat New Polish Science Curriculum. Mmch zadaje mrówkodzikowi jakieś niedyskretne pytanie, które ten zbywa:

Mrówk: This issue is not present in our curriculum.

Mmch: This issue is perfect. Present perfect.

 

Oraz skromniejsze, zapamiętane przez mrówka z czasów liceum cuda łacińskie (są w słowniczku łacińskim Kumanieckiego z lat 80-tych):

adhinnio – rżę do drugiego konia

conmingo – oszczać

promissus – 1) długi, 2), zwisający, 3) wiele obiecujący

jak również greckie (z podręcznika do greki A. i K. Korusów):

peritympanidzo – ogłuszam uderzeniem w bęben

apygos – bez zarysowanych bioder

laktidzo – piętą lub nogą, lub kopytem uderzam

prosoureo – osikuję

symbaino – stoję ze złączonymi stopami

lithiao – cierpię na kamicę pęcherza

Wybrane starogreckie i łacińskie słowa (autentyki), wybór z pomieszczonych na martwej już niestety stronie Instytutu Fizjologii Plastycznej prowadzonej niegdyś przez studentów filologii klasycznej z UW:

melanosyrmaios, on (gr.) noszący szaty z czarnym trenem i używający środków przeczyszczających

orthro-phoito-sykophanto-diko-talaiporoi tropoi, hoi (gr.) sposób życia sykofantów wychodzących o świcie, aby dręczyć ludzi procesami sądowymi

skorodopandokeutriartopolis, idos, he (gr.) sprzedawczyni czosnku i chleba w zajeździe, oberży

proktopenteteris, idos, he (gr.) “pośladkowa pięciolatka”, rozpusta odbywająca się co pięc lat

hippomanes, eos, to (gr.) 1. bieluń dziędzierżawa, roślina pobudzająca konie 2. narośl na czole nowonarodzonego źrebięcia (używana do wzbudzania miłości) 3. śluz maciczny grzejącej się klaczy (używany do czarów)

sphragidonychargokometes, ou, ho (gr.) leniwy długowłosy pięknoduch zajmujący się swymi pierścieniami i paznokciami

strangurikos, e, on (gr.) skłonny do bolesnego oddawania moczu

antapoperdo (gr.) skopcić się, puścić bąka w odpowiedzi na coś

temptabundus 3 (łac.) naokoło macający

alipilus, i m (łac.) niewolnik, który wyrywał (lub usuwał) włosy pod pachą

Vrublini: „Iwaszkiewiczowski” się powinno pisać z małej, bo to przymiotnik, nie?

Mrówk: Jeśli odnosi się do konkretnych dzieł, dajmy na to, Mickiewicza to wielką literą, a jeśli do dzieł pokrewnych Mickiewiczowi – małą. Na przykład “Dziady Mickiewiczowskie” ale “mickiewiczowskie frazy u Dehnela”. Chociaż nie, czekaj, jeśli u Dehnela to musi być wielką literą.

Mrówkodzik poznał miłego Amerykanina, Harry’ego, który studiuje rusycystykę w Sankt-Petersburgu i zrobił sobie w Polsce krótkie wakacje. Harry bardzo się dziwił, że Polacy do potwierdzania stosują słowo tak. Samo tak, bez niczego potem. Po rosyjsku так oznacza parę rzeczy (tak bardzo, w takim razie, jednak, około), ale niezależnie od znaczenia zawsze coś po nim następuje, nigdy nie jest samodzielne. Zatem ilekroć jakiś Polak mówił tak, Harry natężał słuch, wyciągał szyję i czekał na ciąg dalszy, wzbudzając powszechną wesołość .

A mrówkodzikowi zadał następujące pytanie:

What do you do beside getting shitfaced* in gay sex clubs?

—————————————————————

* w znaczeniu wasted, totally drunk; to nie ma nic wspólnego z kupą, ale w tym kontekście zabrzmiało wspaniale

Polityką się mrówkodzik nie para ani przesadnie nie interesuje. Dziś jednak pomieszcza przemówienie Godfreya Blooma na temat kryzysu finansowego, w miarę głośne ostatnio. Mniejsza ot o, czy treść mi się podoba mniej czy bardziej, bo się nie znam. Facet jest chyba populistą (bardzo?), ale kij z tym.

Rzecz w tym, że ten koleś naprawdę wygłasza prawdziwą minimowy, głównie all’improvviso, z regularnie świadomie używanymi środkami retorycznymi, doskonałą prozodią, emisją i tym, co mnie uwiodło – fonetyką, która mogłaby stanąć w Sèvres jako wzorzec tzw. Received Pronunciation, niebędącą jednak przeholowanym plummy accent (mówienie, jakby się miało śliwkę w ustach, z dodatkowym szczękościskiem) takim jak w wykonaniu wielu lordów i dawniejszych spikerów/aktorów. No dobra, w warstwie treści go ponosi, ale i tak miło posłuchać.

to też se można obejrzeć:

i to:

 

A zupełnie prywatnie fonetyka Blooma kojarzy mi się z moim dawnym wykładowcą dr. Leszkiem Biedrzyckim, jednym z nestorów polskiej fonetyki i fonologii (pracował był na anglistyce, u “mnie” na lingwistyce, a teraz jest rektorem prywatnej uczelni językowej) jego godne polecenia opus maius można oblukać i może kupić tu). Jego zajęcia na I roku z fonetyki praktycznej były zasadniczo niepraktyczne, a trzygodzinne wykłady z fonetyki opisowej i fonologii na III roku zbyt abstrakcyjne (i jeszcze bardziej niepraktyczne) dla większości studentów nieszurniętych na punkcie tych zagadnień; ci jednak słuchali go nierzadko w osłupieniu wobec piękna jego wymowy, no, przynajmniej dopóki im się nie znudziło.

Lubiłem czasem po zajęciach (jeśli już zdarzyło mi się na nich być) podejść do niego i wydać z siebie, bez uprzedzenia, jakiś dziwny dźwięk. A że mnie znał i kojarzył moje zboczenia w tym kierunku, na moje burczenie odpowiadał niewzruszony: „dźwięczne tarcie głośniowe” a na ślurpnięcie: „spółgłoska bezdźwięczna ingresywna ciągła laminalna”.

W relacjach z dziećmi wychowawców sztokholmskiej Egalii mają zakaz stosowania zaimków osobowych „on” i „ona”. Dopuszczalny jest zaimek rodzaju nijakiego „ono”, zapożyczony ze slangu lokalnych homoseksualistów i feministek. Jak przekonuje dyrekcja Egalii, za pomocą takiego eksperymentu przedszkole chce uwolnić dzieci od „genderowskich stereotypów”.

[Gazeta Prawna, cytat dokładny]

——————————————————

Naprawdę nie wiem, jak to skomentować. Poważnie. Nie wiem. Poczułom się zdetonowane.

Ciekawostka: rzeczowniki w języku szwedzkim mogą występować w jednym z dwóch rodzajów gramatycznych – neutrum (nijaki) oraz utrum (nienijaki, męsko-żeński). Zatem “kobieta” i “mężczyzna”, na przykład, są po szwedzku tego samego rodzaju gramatycznego. Podobnie jest w niderlandzkim; węgierski zaś ma jeden zaimek na oznaczenie “on” i ona”, a brzmi on ő. To ci dopiero raj dla feministek-rewizjonistek, zwłaszcza filozofek, profesorek, etyczek i innych naukowczyń, które lada dzień będą się domagać mówienia “ta człowieka”.

[A Gazecie Prawnej gratuluję genderowsko zorientowanego tłumacza, hihi, i redaktora]

Hilary Clinton mówiła dziś bardzo ładnie w Genewie:

Gay rights are human rights, and human rights are gay rights.

co tvn24 przetłumaczyło jako:

Prawa homoseksualistów są prawami człowieka, a prawa człowieka są prawami homoseksualistów.

No, dobrze, że nie prawa pederastów. Albo prawa osób, które wybrały homoseksualny styl życia. Tvn24 po raz kolejny okazuje się równie „liberalny światopoglądowo”, co obecny rząd.

Częstym argumentem na rzecz używania stygmatyzującego, medycznie brzmiącego określenia homoseksualista jest to, że angielskie słowo gay odnosi się nie tylko do mężczyzn, ale i kobiet, więc nie można tłumaczyć go jako gejów lub gejowski.

Warto jednak zauważyć, że przymiotnik gay doskonale można oddać przez wyrażenie gejów i lesbijek. I jeszcze zaoszczędzamy jedną sylabę w stosunku do używania słowa homoseksualistów, jeśli ktoś chciałby mówić o ekonomice języka!

[Odkryłem taki nieopublikowany przez przeoczenie post:]

Niniejszym pomieszcza się dokładne cytaty z powyborczych wypowiedzi sędziego Stefana Jaworskiego, od niepamiętnych czasów przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej, byłego sędziego Trybunału Konstytucyjnego, a w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych – prokuratora.

cztery milionów

trzysta szesnaście tysiący

czterdzieści dziewięć tysiące

 to jest osiem dwadzieścia cztery setne procent

to jest dziesięć dwie setne procent

 siedemset siedemdziesiąt trzy głosów

i na pożegnanie:

W dniu jutrzejszym spotkamy się w godzinach wieczornych.

————————————————–

Wolałbym jednak nie… Chociaż z drugiej strony nierzadko w godzinach wieczornych w miesiącu październiku w położonym nad rzeką Wisłą mieście stołecznym Warszawie odnotowuje się zaistnienie faktu stanu bycia nudno, w nawiązaniu do czego stwierdza się konstatację uprawdopodobnienia ewentualności wystąpienia okoliczności, o której mowa w cytowanym przytoczeniu. Wobec powyższego, wnoszę jak w ustępie.

Brzydki zły portal zaskakuje mnie pozytywnie, ale nie w sposób, jaki zamierzyli jego twórcy. Otóż ilekroć coś polubię-to albo się z kimś/czymś zlinkuję, generuje tyleż zgrabne, co wieloznaczne komunikaty. Czytając je czuję się trochę jak kognitywista, który spłodził dziecko po to, by napisać rozprawę o relacjach typu język-umysł-rzeczywistość, śledząc rozwój kompetencji językowych u progenitury.

Uraczył mnie ten portal na przykład takim komunikatem:

[Twoje] Ulubione zajęcia i zainteresowania:
Inne    
Vontrompka
Jesień Fetyszysty

Kurczę, trafne to. Zwłaszcza znaczenie tego “Inne”. Pytanie tylko, czy drodzy Vontrompka i Jesień Fetyszysty czują się bardziej zajęciami, czy zainteresowaniami.

Dowiedziałem się też, że Vrublini lubi moją aktywność. Pozostaje mi tylko polubić jego pasywność.

Natomiast Agathé skomentowała także swoje zdjęcie, a ty i Kasia F. lubicie to.

Ktoś jeszcze polubił zmianę na moim profilu. Lub zmiany. Lub czasopisma.

Wooow.

Dowiedziałem się właśnie, że Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego oficjalnie tłumaczy swoją nazwę na angielski jako…

University of Life Sciences.

Mrówk tłumaczy Taziowi angielskie słówka grzecznościowe umieszczane przed nazwiskiem – Mrs. (kobieta zamężna lub wdowa), Miss (panna), Ms. (kobieta, bez określania stanu cywilnego).

Tazio: A co to jest za skrót „Ms.”?

Mrówk: To jest przydatne, jak nie chcesz precyzować.

Tazio: Aha, kiedy nie chcesz precyzować, czy kobieta jest panem czy panią.

Biskup Antoni Długosz, ordynariusz częstochowski, na łamach “Super Expressu” radził, jak wolno przeklinać katolikowi, a które sformułowania są zabronione:

Wolno mówić:

- Motyla noga!
- Kurza stopa!
- Kurza melodia!
- Kurczę blade!
- Kurtka na wacie!
- Kuchnia felek!
- Psiakość!
- Do kroćset fur beczek!
- Na krowie kopytko!
- Kurcze pióro!
- Kurczę pieczone!

Nie wolno mówić:

- Na rany Chrystusa!
- Do stu tysięcy diabłów!
- Niech cię licho porwie!
- Niech mnie kule biją!
- Tam do kata!
- Niech to szlag!
- Na rany koguta!
- Niech to piekło pochłonie!
- Matko Boska i wszyscy święci!
- Tam do diaska!

[źródło , wytłuszczenia pochodzą od mrówk]

Zdaje się, że Dziwisz też coś ostatnio na ten temat mówił.

Mrówk: On mu się przedstawił “Andrzej”. A ten zaraz, że Andrzejek, a on z kolei Jacuś. To może od razu Jacunio, Ciunio, Ciocio, Ciciu…

Znajomy w czapce z cekinami: To może “Cieciu”.

Podczas dzisiejszej konferencji prasowej Jarosław Kaczyński wypowiedział takie enigmatyczne zdanie:

Kiedy konia kują, żaba nie powinna wyciągać swojej łapy.

Bardzo mnie to zafrasowało, zwłaszcza, że nie podejrzewałem tego polityka o skłonności do hiperrealizmu. Jednak Internet pomógł mi zrozumieć. Okazuje się, że istnieje podobne powiedzenie (objaśnienie ze Słownika Języka Polskiego PWN):

Konia kują, żaba nogę podstawia «o kimś, kto stwarza pozory, że uczestniczy w ważnej pracy wykonywanej przez kogoś innego»

Bawiąc, uczy; ucząc – bawi.

Chinglish i Singlish bawią (i nie uczą) niezmiennie od lat. Z Wiewiórem przeglądałem tego ostatnio sporo. Wybrałem te, które pobudzają do refleksji, czasem zupełnie poważnej, albo są już totalnie absurdalne.

Ale z Polaków, którzy słusznie uwielbiają Mistrza i Małgorzatę, nikt się nie dowie, jak nazywał się faktycznie ich autor. Bo na jego wydawanych po polsku książkach i na plakatach spektaklów (a nawet w skandalicznym, pełnym osłupiającego niechlujstwa, tendencyjności, luk, przeinaczeń, fałszów i niekompetencji Słowniku pisarzy rosyjskich Wiedzy Powszechnej) widnieje tylko zmyślone nazwisko: Bułhakow. Skąd się coś takiego wzięło?

Wymyślili to nazwisko po prostu jego tłumacze: Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski. Zresztą spytałem ich kiedyś: co im strzeliło do głowy? Osłupiałem, gdy okazało się, że jedynym, lecz nieodpartym argumentem na rzecz samowolnego przekręcenia nazwiska Bułgakowa jest fakt, iż w Polsce istnieje nazwisko BUŁHAK. Więc… nazwisko pisarza też trzeba koniecznie „przetłumaczyć”. Rzekomo na polskie. Choć w „Bułhaku” tez nie ma krzty polszczyzny. Wydaje się raczej białoruskie i bodajże spokrewnione z nie używanym już rosyjskim czy ogólniej ruskim wyrazem „bułga” – „rozróbka”.

Lubiłem ich oboje i byli to dobrzy tłumacze. Ale nie uznam przecież, nawet jeśli mój przyjaciel sobie coś głupio ubrda, że nieodpowiedzialna brednia jest mądra i słuszna. Bo z kolei ktoś wymyśli, że nazwisko Tołstoj i Gorki „przetłumaczyć” wypada na „Tłusty” i „Gorzki”, następnie Czechow  na „Czechowicz”, Puszkin na „Armatniak” i Babel na „Bąbel”, czy zgoła, nie daj Boże, na „Bubel”.

[z felietonu Roberta Stillera Zemsta na Rosjanach]

Mrówk rozmawia w pubie ze znajomym Brytyjczykiem Jonathanem przez chwilę po niemiecku (z jakichś bliżej nieokreślonych przyczyn). Nagle z boku odzywa się do Jonathana jakiś koleś, mówiąc:

- Wow, you speak English very well!

Rozmowa dwóch kolesi przed sklepem nocnym na Zamienieckiej:

- Co bierzemy?

- Weź mentolaki.

- Dobra. Ale nie mam zajarek.

Zauważyłem nagle, że fejsbukowe LIKE IT można odczytać nie jako skrót (tzw. pro-drop) od I LIKE IT, tylko jako… tryb rozkazujący. Lub to. Bo jak nie…

No ja raczej nie.

Jakieś nieznajome rozwrzeszczane nastolatki do Anody na imprezie:

- O rany, ty jesteś aaaaaawesome!

Na co Anoda przytomnie:

- No dobrze, że nie pszczoooołom!

Miśka U. pokłada się, jak to ma w zwyczaju, na slingu w Café “Po Schodkach”, w celach li tylko relaksacyjnych. Podchodzi barmanka Arleta i wykonując sprośne gesty, sugerujące chęć odbycia współżycia, mówi:

- Uczyń naczynie!

Zgadzam się, skądinąd i mniej więcej, z opinią Andrzeja Markowskiego na temat nadania dziecku imienia Tupak. Ale uzasadnienie jest kuriozalne. Profesor, występując w tej odpowiedzi (mającej potencjalne znaczenie dla decyzji USC) oficjalnie, jako przewodniczący RJP, albo robi sobie dość niesmacznie protekcjonalne jaja z rodziców, udając, że nie wie, że najprawdopodobniej zainspirował ich Tupac Shakur, albo – co gorsze – naprawdę nie wie, że taki człowiek istniał. Oto fragmenty jego oficjalnej opinii (do przeczytania w całości tutaj):

[...] Napisałbym jednoznacznie, że kierownik USC powinien odmówić przyjęcia takiego oświadczenia, gdybym był pewien, że rodzice chłopca chcą go tak nazwać, bo tak rozkosznie tupie [...] Przypuszczam jednak, że rodzice, wybierając imię dla swego syna, myśleli o ostatnim nieszczęśliwym szesnastowiecznym królu Inków Tupaku Amaru i jego osiemnastowiecznym potomku [...] którzy współcześnie patronują radykalnie lewicowym, niekiedy terrorystycznym ruchom społecznym w Ameryce Południowej (np. Tupamaros w Urugwaju) [...] Imię Tupak może się Polakom kojarzyć bądź z tupaniem, bądź z krwawym terrorem Tupamaros [...]

——————————————————

Tak. Słowo Beatles kojarzy się Polakom z biciem lesbijek, Prince z bryndzą, a Garou z “do garów”. Gratulacje.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.