Wczoraj wczesnym wieczorem, koło osiemnastej. Wracam od Michchała, idę od strony Teatru Wielkiego. Mijam po drodze kilkanaście wozów policyjnych, z tych większych. Przechodzę Świętokrzyską, tuż przy Poczcie Głównej. Okazuje się, że jest jakaś manifestacja. Dużo młodych ludzi, głównie chłopaków, o dresowato-kibolowatym wyglądzie. Pytam kogoś stojącego z boku, z jakiej okazji ta demonstracja i dowiaduję się, że chyba chodzi o niepodległość Kosowa.
Jestem umówiony z Vrublinim, który już na mnie czeka, więc postanawiam nie zmieniać trasy i przechodzę koło tłumu ulicą Jasną. Po lewej mam tych podejrzanych demonstrantów (szaliki jakieś dziwne, a flagi w kolorach bieli, czerni, niebieskie i zielone, co budzi nie najlepsze skojarzenia), a po prawej, pół metra ode mnie, stoi w dwóch rzędach kilkudziesięciu policjantów w hełmach i z tarczami. Jeżą mi się włosy na karku, gdy zdaję sobie sprawę, że jestem niejako między młotem a kowadłem, ale jest spokojnie i bez problemu docieram do domu. Myślę przez chwilę, jak musieli się czuć ludzie w czasie stanu wojennego. Ale tylko przez chwilę.
Dziś czytam o wczorajszej manifestacji w Wyborczej:
Na Nowym Świecie, niedaleko lokalu „Krytyki Politycznej”, wodzirej zaśpiewał: „A na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści”. Tył manifestacji dodał: „I pedały też”. Kiedy kolumna maszerujących przechodziła obok Nowego Wspaniałego Świata, w okna kawiarni poleciały petardy, race, grudy śniegu i kamienie. Jeden roztrzaskał szybę. Policjanci, którzy otwierali, zamykali demonstrację i zabezpieczali ją po obu stronach, nie interweniowali. Czekali, aż marsz przejdzie dalej. Przez ten czas trwało torpedowanie kawiarni, a nacjonaliści skandowali: „Gdzie macie Niemców?”, „Antifa łowcy HIV-a”. Tego samego wieczoru Marcin Mrozek z biura prasowego policji stwierdził, że „nie ma przesłanek, które wskazywałyby, że związek ze zdarzeniem miały osoby biorące udział w zgromadzeniu”.
Całość do przeczytania tutaj.
