Archives for posts with tag: mmch

Parę lat temu. Na pogrzebie babci mojego ówczesnego (dziadek zmarł kilka lat wcześniej) podchodzi do rodziny jakiś krewny. Starszy, wysoki, szara pociągła twarz, żółte zęby, przerzedzone siwe włosy. Słowem: stereotypowy wygląd przedsiębiorcy pogrzebowego. Zbliża się, otacza ramieniem ciotkę znajomego, a córkę zmarłej babci, i mówi głosem w którym pobrzmiewa coś na kształt satysfakcji z tego, że tak świat się kręci:

- No i co, Marysiu, nie masz już rodzicków.

[dzwoni mmch, wieloletni były, a obecnie przyjaciel mrówkodzika]

 

- Halo?

-Hej, znowu śniło mi się dzisiaj, że nie żyjesz. Tym razem podciąłeś sobie żyły. Nie wyglądałeś najlepiej.

- O, to wybacz. Żyję i mam się dobrze. Choć rzeczywiście parę godzin spędziłem dzisiaj na cmentarzu.

- I co, wykopałeś jakieś złote zęby?

- Jak możesz!

- Ja wiem, czemu ty tam chadzasz. Hieno cmentarna!

- Nieprawda! Tam się gada też o seksie.

- Aha! Więc nekrofilia. A może i fagia?

- Coś tam czasem przekąszamy.

- Ohyda. Dobra, kończ już, bo mnie nudzisz.

- To ty mnie nudzisz.

- No to spadam. A, masz pozdrowienia od mojego faceta.

- Pozdrów go ode mnie, ale całować nie musisz, bo wiem, jak to bywa po ładnych paru latach związku.

- I jak, fajni tam byli faceci?

- Wszyscy byli ładni, ale ja mam astygmatyzm.

*

- Co mówiłeś?

- Nic.

- Tak myślałem.

*

- Tak leczysz te swoje kompleksy?

- Szczerze mówiąc: tak.

- Nie to mam na myśli.

*

- To puść tę tarantellę.

- Ale ja się boję pająków!

Mmch wchodzi do sklepu z herbatami i pyta:

- Dzień dobry. Czy mają państwo filiżanki z motywami solarno-lunarno-floralnymi?

- Ja nie rozumiem do końca, do czego służy to zaczepianie [poke na fb]. Się odzaczepia, tak?

- Mnie się wydaje, że to służy do komunikowania, że się chce z kimś uprawiać seks.

- Ale że palcem?

- No nie wiem. Ja palcem nie lubię.

- Ja mogę nawet lubić. Ale obyleby się na palcu nie skończyło!

- W sensie że wsadzić palec, a weźmie całą rękę?

- O w dupę. Nie sądziłem, że to tak zabrzmi. Miałem na myśli… Czuję, że zaczynam się tłumaczyć.

- Oczywiście, że w dupę, przecież nie w oko… Zresztą oko to nie jest dziurka.

- Wg hinduizmu chyba jest. Jedna z dziewięciu bram, czy jak to tam.

- Hinduizm! Ostatnio czytałem książkę Nowosielskiego, tzn. zbiór jego esejów chyba z lat siedemdziesiątych o prawosławiu. Przestrzega tam wielokrotnie przed hinduizmem. Pisze, że hinduizm jest w stanie zagrozić naszej chrześcijańskiej tożsamości i w ogóle i w ogóle (głównie dlatego, że wg Nowosielskiego jest on starszy i mądrzejszy niż chrześcijaństwo). W każdym razie w kontekście tego, co napisałeś, myślę, ze należy uznać, że jebanie w oko jest naszej chrześcijańskiej tożsamości obce.

- Nie tylko twojej chrześcijańskiej tożsamości, ale także mojemu ignostyczno-racjonalistycznemu poglądowi! I fetyszystycznemu wyglądowi!

- No właśnie. Nie tylko z chrześcijańskiego, ale i z racjonalistycznego punktu widzenia oko nie jest dziurką.

- Obecny mojego byłego, który o spermie napisał habilitację, uświadomił mi, że sperma w oku jest co najmniej równie niebezpieczna co w kiszce stolcowej. Bo oko ma niebywale rozwinięte funkcje obronne i naiwne limfocyty wciągają białka wirusa do węzłów, żeby je zniszczyć, a hivowi w to graj.

- No tak, rzeczywiście… Bo dostaje się w ten sposób podstępnie do wnętrza organizmu. Czy oko ma błony śluzowe? Bo jeśli ma, to rzeczywiście porównanie z kiszką stolcową nasuwa się samo. Nawet jest takie powiedzenie: “Ni w dupę, ni w oko”.

-  ”Ni w dupę, ni w oko”. No i tak, jakoś musimy to przełknąć.

Jako człowiek bardzo młody, niedoświadczony i próbujący odkryć prawidła rządzące relacjami międzyludzkimi i wytyczyć granice, rozważałem z moim ówczesnym facetem:

- A pocałunek to zdrada?

- No, zależy jaki…

- No dobra: pocałunek w członek…?

Od dzisiaj wiadomo wreszcie, jak ma na imię Ordynatowa Podtworecka, przyjaciółka Flakcydy i Elefantyny, poszukiwaczka wiedzy i wrażeń, biblistka, sufrażystka, autorka egzegez, katechez i aposjopez, ceniona biografka, monografka i hagiografka (patrz: klątwa stróżki i Wilkomira ze Strużyc w słowniczku), grająca w wolnych chwilach na teorbanie, spinettinie i suzafonie, uprawiająca krokiet, kanastę i strączkowe, omdlewająca z miłości i odwodnienia po rautach i balach do samego rana…

A wiadomo to z rozmowy z Adamem D., który powitał ją na facebooku słowami:

- A jednak jesteś, Albertynko!

A zatem znamy już całe jej nazwisko:

Albertyna Raflezja Kosma ordynatowa Podtworecka, de domo Pruszkowska, primo voto de Raifort, secundo voto Dzikowska.

Mrówkodzik: Lubię się kłaść spać, pachnąc niektórymi perfumami. Czuję się wtedy, jakby ktoś ze mną leżał, był. Są jak obecność. Czasem nawet psikam się specjalnie przed pójściem spać…

Ewul: Nie przejmuj się, wszystkie dziewczyny tak robią.

Odpowiednie dać rzeczy słowo, tak aby słowa trafiły pod strzechy.

[mmch]

Rozmowa o nieco tandetnym flakonie jakichś ładnych arabskich perfum, które kupił sobie PB.

Mmch: Popatrz, nawet naklejka krzywo przyklejona!

PB: Gdyby była równo, toby na pewno była jakaś chińska podróba.

*

Jovanka Krajstová ujawnia:

Ja myślałem, że są muZŁUmanie, i że ma to coś wspólnego ze złem, manią i mu.

Oraz, że szpinak rośnie w morzu, a jak nie, to na polach zalanych słoną wodą, i że ma dużo wspólnego z algami.

A jajka są produktem starych, pomarszczonych, siedzących w kucki Koreanek.

[wychowywał się częściowo w Korei, Południowej, oczywiście]

*

Przypomniało mi się, że mmch był w dzieciństwie przekonany, że lesbijki to lizbijki, a nazywają się tak, bo się liżą i biją (co nie bywa znów wcale takie dalekie od prawdy).

*

A na deser doniesienie Tajnego D.:

Z dziecięzyczeń: moja babcia od strony ojca, kiedy dzieci pytały ją, kiedy coś się wreszcie stanie/skończy/zacznie, odpowiadała: “Gdy przyjdzie czas i pora”. Mój ojciec sądził, że chodzi o jakiegoś Ipora i jego czas.

I jeszcze do pieśni kościelnych (zanotowane chyba przez ks. Twardowskiego): baby śpiewały nie “O, Panno czysta i niepokalana”, a “O panno cysta ino po kolana”.

Na fali dyskusji o cukrze i soli, mmch fantazjuje (głosem pełnym pasji):

Na rany mu cukier sypali, żeby życie mu osłodzić w tych ostatnich chwilach.

Przy okazji rozmowy o synsepalu, roślinie której owoce mają szczególną właściwość: po ich spożyciu wszystkie pokarmy smakują słodko, mmch i mrówk puścili wodze fantazji:

- Ona jest na diecie i słodzi solą. Zamiast cukrzycy – nadciśnienie. Trzeba wybierać, kochana, nie ma lekko.

- Napij się kawy, kochaniutka. Że słona? Ach, bo ja słodzę solą. Kwestie zdrowotne. Niestety skończył mi się synsepal. To może ciasteczko zjesz? Maślane, z solą, pychotka.

Mrówkodzik i mmch piszą jakiś artykuł na temat New Polish Science Curriculum. Mmch zadaje mrówkodzikowi jakieś niedyskretne pytanie, które ten zbywa:

Mrówk: This issue is not present in our curriculum.

Mmch: This issue is perfect. Present perfect.

 

Lata temu, gdy mmch chodził na zajęcia z geologii, sympatyczna wykładowczyni przydzielała tematy do omówienia poszczególnym studentom:

- …Pan opracuje azot, pani weźmie tlen, a pani – żakiet. Ojej, przepraszam, tak mi się powiedziało, bo ładny ma pani ten żakiecik.

Michał był kolegą mojego kolegi z lat liceum. Widywałem go na korytarzach budynku, w którym mieściły się sale mojego instytutu i jego instytutu. Nie zwróciłem na niego z początku uwagi; chodziło mi bardziej o tego mojego kolegę o image’u skinheada, który w liceum czasem za długo trzymał był moją rękę na szkolnym korytarzu, by za parę minut wyzwać Iwaszkiewicza czy Gombrowicza od pedałów. Obaj studiowali italianistykę.

Michała poznałem na zasadzie cześć-cześć, przelotnie. Ja nie zainteresowałem się nim (miał grzywkę, a ja wówczas nie przepadałem), ani on chyba mną. Mój kolega z liceum przestał być interesujący w momencie, gdy przypomniałem sobie jego niestabilność, chyba hipokryzję i stwierdziłem: po co mi to znowu? Temat w mojej głowie zanikł.

Za jakiś czas Michał obciął się na prawie łyso, jakieś parę milimetrów. Wiedziony fetyszyzmem nie mogłem go nie zauważyć i zwróciłem na niego zdwojoną uwagę. Nic o nim nie wiedziałem – ani jak się nazywa, ani czym się interesuje, a że jest gejem mogłem tylko mgliście przeczuwać.

Któregoś popołudnia, z łomocącym sercem, niby od niechcenia, podszedłem do niego stojącego samotnie w głównym holu, zwanym „lotniskiem”, przy szatni. Przywitałem się i chyba ponownie przedstawiłem pełnym nazwiskiem, co on odwzajemnił podając swoje. Opadła mi szczęka. Kiedy później tłumaczyłem mu, dlaczego, nie uwierzył, dotąd chyba nie wierzy: jego imię i nazwisko brzmiały tak jak jedyny w miarę konsekwentnie przez mnie używany pseudonim, powiedzmy, artystyczny z lat liceum, inspirowany imieniem i nazwiskiem jednego z moich pradziadków. Poprosiłem go o kontakt do niego. Dał mi namiary na swój komunikator tlen.

Nazajutrz po południu, w piątek, złapałem go na tlenie. Z moim facetem szykowaliśmy się właśnie do organizowanej przez nas wieczorem dużej imprezy z okazji naszej piątej rocznicy. Zaprosiłem go:

Ja: Masz ochotę wpaść?

Michał: A co to za impreza?

Ja: Rocznicowa moja i mojego faceta.

Michał. Okej, chętnie, ale będę bez mojego faceta, bo jest w Londynie.

——————————————————————

Przyszedł na imprezę. Widywałem go jeszcze potem, gadaliśmy, łazili. Ostatnio mało się widzimy.

Na ostatniej paradzie był z pieskiem imieniem Tadeusz.

Jakby tego było mało dostałem długopis w kształcie… Jamnika! On jest bardzo błyskotliwy, błyskotkowy, noworoczny, te rzeczy:-]

Mmch poszedł spać koło drugiej w nocy by wstać już o wpół do piątej na samolot. PB i ja w tym czasie siedzieliśmy i gadali.

Mrówk powiedział coś o tym, że już jest rano, czy coś. Na co mmch odpowiedział półprzytomnie:

- To, że mi się udało ledwie zdrzemnąć i spocić przez sen, to nie znaczy, że już jest rano.

Niezwykły prezent noworoczny przywieźli mi z Berlina PB i mmch. Miałem szczęście i przyjemność dostawać już od nich różne perfumy – zawsze niebanalne, nieszablonowe, starannie dobrane. Tym razem jednak dostałem kompozycję stworzoną ręką (nosem) pracowników jednej z najbardziej niesamowitych manufaktur perfumiarskich – Le Labo.

Zapach nazywa się Patchouli 24. Twórcy tych perfum piszą o nich, że zaczynają się od  dymnej, skórzanej woni brzozy, potem ujawnia się odrobina wanilii, a tytułowa rola paczuli jest w tej kompozycji nieoczywista. Dodają, że jest to zapach przepełniony poczuciem niepewności, przeznaczony dla tych, którzy lubią stąpać po cienkiej linie…

Ale to nie koniec. Na etapie metkowania każdemu zapachowi można przypisać dedykację (proszę kliknąć zdjęcie):

 

 

 

 

 

 

Jestem wdzięczny i wzruszony. Mrówkodzik ma swoje oficjalne perfumy!

Mmch opowiada o pewnych perfumach Jil Sander, które szczególnie lubi, ale jego facet, PB,  za nimi nie przepada, dlatego mmch używa ich tylko czasem, na przykład kiedy idzie spać, tak niezobowiązująco, dla miłych snów. Opowiada o tym zwyczaju, w obecności swojego faceta, następująco:

- PB ich nienawidzi, dlatego czasem się spsikuję do łóżka.

PB i mmch pokazują mrówkodzikowi liczne flakony rzadkich i finezyjnych perfum, które kolekcjonują. Ten już z wolna traci rozeznanie wobec tej orgii zapachów. W którymś momencie mmch chwyta popielniczkę pełną popiołu i podstawia ją mrówkodzikowi pod nos, wykrzykując niemal:
- A to jest zapach Kim Dzong Ila, zmarłego niedawno zresztą. Eau de Kim Dzong Il!

PB: No to zdrowie!

Mrówk: Na budowie.

Mmch: Na wątrobie raczej.

PB pyta mrówkodzika:

- Co tam słychać?

Mmch odpowiada za niego:

- Co i widać.

Mmch i mrówk rozmawiają w wigilię Wigilii o tym, jak coraz mocniej są posunięci przez czas. Mmch rozwija swoją koncepcję estetyczno-semantyczną opartą na tym dialogu:

Wiadomo, że w pewnym wieku nie wygląda się dobrze, tylko źle, i wszyscy to widzą. Wtedy można co najwyżej wyglądać korzystnie. Mniej lub bardziej korzystnie.

Mmch i mrówk rozmawiają przez telefon. Mmch wspomina o reakcji swojego faceta, który stoi gdzieś obok, na drobne nieporozumienie z mrówk.

Mmch: Powiedział, że jesteś burak.

Mrówk: To nie ja jestem burakiem, tylko on nie wie, kiedy przestać.

Mmch [do swojego faceta]: Buziaki masz! [po chwili do mrówk]: Ty też masz buziaki!

Mrówk wchodzi do KFC naprzeciwko Smyka ok. 23h00. Jest spora kolejka, staje więc w niej i się w coś wgapia niewidzącym wzrokiem. Kątem oka zauważa raczej atrakcyjnego okołotrzydziestoletniego faceta stojącego za nim. W lokalu na chwilę gaśnie światło. Koleś z tyłu komentuje:

- Jak w darkrumie.

Mrówk odwraca głowę i robi oczy. Koleś, widać, że lekko podpity, kontynuuje:

- Znamy się z Toro.

- Aaa.

- Ty jesteś matematykiem, nie?

- Tłumaczem.

- A, to jak tam twój facet, ten matematyk?

- Fizyk. Nie jesteśmy razem od paru lat.

- No tak, to było dawno. A jak się ma piesek, ten, co przynosił nogę lalki?

———————————————————-

Faktycznie. Nasz piesek, a dokładnie piesek mmch, a dokładniej suczka, aportowała urwaną nogę lalki, którą znalazła na dworze. Było to pocieszne, bo/choć wzbudzało specyficzne uczucia. Jak niektóre niespodziewane spotkania na mieście, zwłaszcza spotkania z przeszłością.

Barman: A co słychać u twojego byłego?

Mmch: Ja poszedłem w karierę, a on w życie.

Mmch: I co wy tak razem robicie?

Mrówk: Nic w sumie specjalnego…

Mmch: Ja wiem! Uprawiacie seks haiku.

Mrówk: On ma umysł trochę ścisły…

Mmch: No to seks sudoku.

 

Mmch (z mądrą miną): Dinozaury też kiedyś żyły w epoce.

Mrówk: I nie śmierdzisz?

PB: Bo ja się mało pocę.

Mmch: Ja też się kapię dwa razy dziennie.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.