To okno zgasło już i ogień lampy mdły
Dyktuje chwiejny krok kolejnych ruchów rąk,
Co w górę oraz w dół nadają nikły rytm
Substancjom których gniew wypełnia rurek spląt,
Bo tak nakazał im zwyczajny ludzki spryt,
Gdy pracy słony fakt w ten wąski wstąpił kąt.
Cóż, słońce zaszło już, a szyby ślepy blask
Tak ostro w ciszy brzmi, bo sens swój stracił smak.
Lecz jeszcze chociaż raz – powtórzyć ręki ruch,
Wypełnić mrokiem pięść retorty, dolać coś,
Nad palnik przenieść szkło i mocno skupić słuch,
By zanim zawrze płyn odstawić go na bok,
Choć za oczami tkwi bolesny, sztywny słup,
A do przelania jest: tak dużo, dużo ton.
I czasem gdzieś w tym śnie, jak świadomości ślad,
Przebija poprzez ból raz polon, a raz rad.
rozważam mikrosensy, też z myślą by całość skrócić
sens makro istnieje, co wiem na rozum,
choćby dlatego że kiedyś go czułem.
pomęczę się trochę i wróci
[Wiersz, który mnie przed laty wzruszył, na tablicy niedaleko skrzyżowania Grójeckiej z Bitwy Warszawskiej. Sfotografował dla mnie Plu i przetranskrybować pomógł, czytając.]
Podczas niedawnego wieczoru pieśni (bez tańca) u Wehwalta zanuciłem moją ulubioną passacaglię z Króla Artura Purcella, How Happy The Lover. Na co Wehwalt wyciągnął, nie zwlekając (!) The Fairy Queen tegoż i puścił mi bliźniaczą w pewnym sensie passacaglię czy ciacconę If love’s a sweet passion.
If Love’s a Sweet Passion, why does it torment?
If a Bitter, oh tell me whence comes my content?
Since I suffer with pleasure, why should I complain,
Or grieve at my Fate, when I know ’tis in vain?
Yet so pleasing the Pain, so soft is the Dart,
That at once it both wounds me, and tickles my Heart.
How happy the Lover,
How easy his Chain,
How pleasing his Pain!
How sweet to discover
He sighs not in vain.
For Love ev’ry Creature
Is form’d by his Nature;
No Joys are above
The Pleasures of Love.
In vain are our Graces,
In vain are your Eyes,
If Love you despise;
When Age furrows Faces,
’Tis time to be wise.
Then use the short Blessing,
That flies in Possessing:
No Joys are above
The Pleasures of Love.
[teksty raczej zrozumiałe, to nie tłumaczę, chociaż ten pierwszy kawałek anonimowego librecisty kojarzy mi się z Donne’em i może się kiedyś pokuszę]
Mrówk: Że bez realizacji, to jeszcze nie bez wpływu. Ja się kocham w jednym takim, i też bez wpływu na życie, w sensie: na codzienność, ale ogólnie z dużym wpływem. Ta rozpacz zaczyna mi się jakoś podobać.
Tajny D.: Ja od rozpaczy mam byłe związki, całą, dziękuję uprzejmie, kostniczkę. Jest to oczywiście kostniczka uprawna, zapładniająco duchowo, pozwalająca kontemplować cierpienia, hodować teksty i takie tam.
[appendix do poprzedniego wpisu z cytatem z Prousta o nieobecności , przypomniało mi się i wygrzebałem; definitywnie zatem nie ja pierwszy na to wpadłem]
L’absence n’est-elle pas pour qui aime la plus certaine, la plus efficace, la plus vivace, la plus indestructible, la plus fidèle des présences?
Czyż nieobecność nie stanowi dla kochającego najpewniejszej, najskuteczniejszej, najżywotniejszej, najodporniejszej, najwierniejszej ze wszystkich obecności?
Z okazji prawie trzydziestego zestawienia fraz, które wpisawszy, goście na mrówkodzika trafiali – wracam do dawnych dobrych zwyczajów i w formie wierszowej statystyki pomieszczam [frazy wyszukiwarki przytoczone w ich dokładnym brzmieniu, każda w osobnej linijce].
Się ostatnio wzruszam. Wykonanie specyficzne, na początku drażniące, ale warto się przyzwyczaić. Ten androgyniczny głos ma coś w sobie. No i tekst, kawałek poezji ludowej.
Najbardziej mnie rusza wspięcie się melodii w górę pasażykiem (D7 z 4 zam. 3, mówiąc technicznie). Słychać to na „dombrowy”, „iść kåzåł”,„-ka klénkli” itd.
Paśli pastérze woły na zielônej dombrowy.
Anioł sie im pokåzåł, do Betléjem iść kåzåł.
A ôni sie go zlénkli, jaz na kolanka klénkli.
Pytać sie go nie śmieli, gdzie Pana sukać mieli.
Jaze nad łônki zbiegli, tam do sopki przybiegli.
Znaleźli dziecie w złobie, nié miało nic na sobie.
[…]
Przez twoje narodzénie, däj grzéchów odpuscénie
A odpuściwsy złości, däj nåm zazyć radości.
Radości wiekuistéj, däjze nåm, Jezu Chryste.
[transkrypcja fragmentów ze słuchu przez mrówk, z wątpliwościami]
Jest też bardzo ładne opracowanie w polszczyźnie standardowej z muzyką a la wczesny XVI wiek:
Ponufry do mrówk à propos związków i przeżywania samotności:
no to wiem, ty jesteś romantyczny, ja nie bardzo. chociaż jak mój eks nie dojadł kanapki to sobie ją schowałem do lodówki na pamiatkę
zapytany, czy to taka pogodna kpina, odparł:
no niestety nie jest to kpina. włożyłem ją do lodówki, gdzie uschła, a potem próbowałem zmienić ją w kryształ soli. to znaczy zawiązałem na niej nitkę i włożyłem do słoika, na którego dnie była bardzo zasolona woda. liczyłem na to, że obrośnie solą i będę miał ją na zawsze. ale potem, bo to już było po zerwaniu, stwierdziłem że jestem pojebany skoro to robię i wyrzuciłem ją do śmieci.
Vrublini: „Iwaszkiewiczowski” się powinno pisać z małej, bo to przymiotnik, nie?
Mrówk: Jeśli odnosi się do konkretnych dzieł, dajmy na to, Mickiewicza to wielką literą, a jeśli do dzieł pokrewnych Mickiewiczowi – małą. Na przykład “Dziady Mickiewiczowskie” ale “mickiewiczowskie frazy u Dehnela”. Chociaż nie, czekaj, jeśli u Dehnela to musi być wielką literą.
Pomieszczam jedyny niezły fragment złego filmu pt. Pół serio. Grubą nicią, choć miejscami udatne. Kto mnie zna, wie, czemu akurat ten fragment zwrócił moją uwagę. No i żeby nie było, że nie mam dystansu, hehe.
Vrublini przyniósł mi stosik książek do przeczytania. Wśród nich kilka rzeczy Jerzego Jarniewicza, krytyka i literaturoznawcy, tłumacza i znawcy literatury anglojęzycznej. Tłumaczy mi, czemu warto go poczytać:
- Z niego dowiesz się, kogo jeszcze można czytać. Kto się kim inspirował. Kto był Żydem i kogo nie czytać…
Seks jest korzeniem, erotyzm łodygą, a miłość kwiatem.Co jest owocem?
Owoce miłości są nieuchwytne i to jest właśnie jedna z jej zagadek.
Pochodzi to cudo z opisu kolesia z gejromeo. Kiczowatość tego, hm, aforyzmu tak mnie zachwyciła, że poszperałem i przez angielski dotarłem do hiszpańskiego oryginału:
El sexo es la raíz, el erotismo es el tallo, y el amor la flor. ¿ Y el fruto ?
Los frutos del amor son intangibles. Éste es uno de sus enigmas.
Autorem jest Octavio Paz, literacki noblista z 1990.
I ostatnie z nagrań sonetów Szekspira do muzyki i w wykonaniu Rufusa Wainwrighta – sonet XLIII. Najodważniejsze harmonicznie, może się skojarzyć z późnymi pieśniami Brahmsa; przywodzi mi też na myśl niektóre pieśni Debussy’ego albo Poulenca.
When most I wink, then do mine eyes best see,
For all the day they view things unrespected;
But when I sleep, in dreams they look on thee,
And darkly bright are bright in dark directed.
Then thou, whose shadow shadows doth make bright,
How would thy shadow’s form form happy show
To the clear day with thy much clearer light,
When to unseeing eyes thy shade shines so!
How would, I say, mine eyes be blessed made
By looking on thee in the living day,
When in dead night thy fair imperfect shade
Through heavy sleep on sightless eyes doth stay!
All days are nights to see till I see thee,
And nights bright days when dreams do show thee me.
Kolejne nagranie Wainwrighta – sonet XXIX. Ciekawa harmonika, nie można się nudzić. Lżejszy niż poprzedni, to znaczy mniej ciężki. Za to mocny, jak hymn.
When, in disgrace with fortune and men’s eyes,
I all alone beweep my outcast state
And trouble deaf heaven with my bootless cries
And look upon myself and curse my fate,
Wishing me like to one more rich in hope,
Featured like him, like him with friends possess’d,
Desiring this man’s art and that man’s scope,
With what I most enjoy contented least;
Yet in these thoughts myself almost despising,
Haply I think on thee, and then my state,
Like to the lark at break of day arising
From sullen earth, sings hymns at heaven’s gate;
For thy sweet love remember’d such wealth brings
That then I scorn to change my state with kings.
Rufus Wainwright napisał muzykę do kilku sonetów Szekspira. I zrobił to naprawdę ciekawie; dla mnie na pograniczu dobrze pojętej eklektyzującej muzyki współczesnej, tzw. „poważnej” (co za kontrowersyjny sąd).Wybrałem trzy do pomieszczenia tutaj – XX, XXIX i XLIII.
Najpierw sonet XX – najsmutniejszy ze wszystkich w wersji Wainwrighta (zakończenie!), a przy okazji jeden z najciekawszych i najbardziej tajemniczych w całym zbiorze Szekspira.
A woman’s face with Nature’s own hand painted
Hast thou, the master-mistress of my passion;
A woman’s gentle heart, but not acquainted
With shifting change, as is false women’s fashion;
An eye more bright than theirs, less false in rolling,
Gilding the object whereupon it gazeth;
A man in hue, all ‘hues’ in his controlling,
Much steals men’s eyes and women’s souls amazeth.
And for a woman wert thou first created;
Till Nature, as she wrought thee, fell a-doting,
And by addition me of thee defeated,
By adding one thing to my purpose nothing.
But since she prick’d thee out for women’s pleasure,
Mine be thy love and thy love’s use their treasure.
Piosenka, nietypowo nieco, mi się podoba, głównie ze względu na bardzo trafiony tekst i modulację do moll w trzeciej strofie.
Cigarettes and chocolate milk These are just a couple of my cravings Everything it seems I like’s a little bit stronger A little bit thicker A little bit harmful for me
If I should buy jellybeans Have to eat them all in just one sitting Everything it seems I like’s a little bit sweeter A little bit fatter A little bit harmful for me
And then there’s those other things Which for several reasons we won’t mention Everything about them is a little bit stranger A little bit harder A little bit deadly
It isn’t very smart Tends to make one part so broken-hearted