Archives for posts with tag: Purcell

Chyba kończyła się zima. Piliśmy wino i słuchali muzyki, potem podśpiewywaliśmy sobie Chopina, Purcella, Dowlanda. W końcu wylądowaliśmy w klubie. Przechadzka po rozległych ciemnicach, ciszej tam, chłodniej, mniej duszno. Gadaliśmy, patrzyli; widać niewiele. Gdy krążyliśmy po korytarzykach, pogwizdywał – czysto i przenikliwie, choć cicho – Schuberta.

 

Dry those eyes which are o’erflowing,

All your storms are overblowing.

While you in this isle are biding,

You shall feast without providing,

Ev’ry dainty you can think of,

Ev’ry wine that you can drink of,

Shall be yours and want shall shun you,

Ceres’ blessing too is on you.

Przedstawienie The Tempest Purcella w Collegium Nobilium (teatr Akademii Teatralnej w Warszawie). Brak miejsc siedzących, bo wstęp wolny. Jakiś nieznajomy próbuje znaleźć sobie miejsce do wygodnego stania. Trochę po sobie depczemy, choć nie bez sympatii, na balkonie.

- To przedstawienie będzie bardzo dobre, bo czeka nas owacja na stojąco.

- Z konieczności.

- Chociaż możemy też klęknąć tu przy barierce. W świątyni sztuki.

- Możemy się też opierać.

-  No właśnie: klęknąć czy się opierać?

Podczas niedawnego wieczoru pieśni (bez tańca) u Wehwalta zanuciłem moją ulubioną passacaglię z Króla Artura Purcella, How Happy The Lover. Na co Wehwalt wyciągnął, nie zwlekając (!) The Fairy Queen tegoż i puścił mi bliźniaczą w pewnym sensie passacaglię czy ciacconę If love’s a sweet passion.

 

 

If Love’s a Sweet Passion, why does it torment?

If a Bitter, oh tell me whence comes my content?

Since I suffer with pleasure, why should I complain,

Or grieve at my Fate, when I know ’tis in vain?

Yet so pleasing the Pain, so soft is the Dart,

That at once it both wounds me, and tickles my Heart.

 

 

How happy the Lover,

How easy his Chain,

How pleasing his Pain!

How sweet to discover

He sighs not in vain.

For Love ev’ry Creature

Is form’d by his Nature;

No Joys are above

The Pleasures of Love.

 

In vain are our Graces,

In vain are your Eyes,

If Love you despise;

When Age furrows Faces,

’Tis time to be wise.

Then use the short Blessing,

That flies in Possessing:

No Joys are above

The Pleasures of Love.

[teksty raczej zrozumiałe, to nie tłumaczę, chociaż ten pierwszy kawałek anonimowego librecisty kojarzy mi się z Donne’em i może się kiedyś pokuszę]

Mało gdzie można w tak czystej formie zaobserwować to, co tak szczególnie mnie porusza – deklaracje nadziei (…shall all your cares beguile…), w którą wypowiadający się ewidentnie nie wierzy, której nie ma. Wystarczy posłuchać, żeby nie mieć co do tego wątpliwości. Poniżej wykonanie Dellera i, jak zwykle, Scholla.

 

 

Music for a while
Shall all your cares beguile.
Wond’ring how your pains were eas’d
And disdaining to be pleas’d
Till Alecto free the dead
From their eternal bands,
Till the snakes drop from her head,
And the whip from out her hands.

Można jeszcze zerknąć na to wykonanie Doultona, choć szkoda trochę, że przy From their eternal bands śpiewa sekundy wielkie zamiast małych, co trochę odbiera ponurego dramatyzmu.

—————————————————-

Podziękowania dla Lotte za przypomnienie mi tego kawałka i pokazanie go w wykonaniu Dellera.

Tak, tak. Korzystając z ogromnej uprzejmości barmana Zdzisia, mrówk wraz z Arturem B. puścili parę kawałków, których ten nocny pub-klub nie zaznał bodaj nigdy przedtem. Ludzie byli zadziwieni. A ukoronowaniem tego maratonu było puszczenie (z jutjuba, oczywiście) finałowej arii z Dydony i Eneasza Henry’ego Purcella When I am laid in earth, znanej powszechnie jako lament Dydony. Wybraliśmy wykonanie mało może purcellowskie, ale bardzo poruszające i oczywiście doskonałe technicznie – niezrównanej Jessye Norman:

Co w bardziej typowo barokowym wykonaniu może brzmieć np. tak (opcja nieco subwersywna, hehe):

When I am laid in earth,
May my wrongs create
No trouble in thy breast.
Remember me, remember me,
But ah! forget my fate.

Skoro już jesteśmy przy Purcellu, pomieszczam wspaniałą passacaille z opery King Arthur, dyr. William Christie.

Passacaille, czyli włoska passacaglia (passacalli, pasacalle), to jeden z ulubionych gatunków mrówkodzika. To forma wariacyjna, zatem w pewnym sensie transowa, ale nie nudna, bo oferująca wciąż nowe (czesto improwizowane) elementy, wywodząca się z dostojnego chodzonego tańca hiszpańskiego w metrum trójdzielnym. W basie występuje ostinato, tzn. niemal niezmienny temat powtarzający się w kółko, a wyższe głosy wykonują różne wariacje. Forma ta jest spokrewniona z chaconne (ciacconą).

Autorem jednego z najciekawszych i najbardziej złożonych przykładów passacaglii jest oczywiście Bach (BWV 852, c-moll) tu w wykonaniu Helmuta Walchy, który stosuje świetną registrację, ciekawszą moim zdaniem niż Richter i Koopman]:

Polecam też wykonanie Michaela Murraya ze względu na bardzo spokojny charakter przypominający marsz żałobny.

Sam przyznam, że jestem wielkim fanem dynamicznego (poniekąd właśnie tanecznego!) wykonania młodego organisty węgierskiego Bálinta Karosiego, którego nie tylko świetnie się słucha, ale także na którego się przyjemnie patrzy:

Purcell napisał coś na kształt requiem angielskiego, w sensie treści, nie formy (nie jest to msza).

Henry Purcell napisał bowiem muzykę na pogrzeb królowej Marii II Stuart. Te utwory wykonano także na jego własnym pogrzebie. Mają niesamowicie charakterystyczny Purcellowski styl, a wykonanie jest naprawdę godne, dyryguje Jean Tubéry. Oto one.

 

What power art thou,
Who from below,
Hast made me rise,
Unwillingly and slow,
From beds of everlasting snow!

Seest thou not how stiff,
And wond’rous old,
Far unfit to bear the bitter cold.

I can scarcely move,
Or draw my breath,

Let me, let me,
Freeze again to death!

[sł. John Dryden, muz. H. Purcell; aria pochodzi z półopery King Arthur i jest powszechnie znana pod tytułem Cold Song]

Ogromne podziękowania dla Herr Krullicka za pokazanie mi tej arii!

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.