Torquato zachęca mnie i Tomka do posłuchania Rossiniego, za którym żaden z nas nie przepada. Mówi o sile przekazu Otella:
- No bo posłuchajcie sceny burzy! Sceny śmierci Desdemony! Sceny… sceny w ogródku!
Torquato zachęca mnie i Tomka do posłuchania Rossiniego, za którym żaden z nas nie przepada. Mówi o sile przekazu Otella:
- No bo posłuchajcie sceny burzy! Sceny śmierci Desdemony! Sceny… sceny w ogródku!
Znajoma miała jamnika. Daisy. Któregoś dnia Daisy zachorowała. „Wszystko będzie dobrze, Daisy”, mówiła. I choć Daisy w końcu odeszła, było dobrze. Więc wszystko będzie dobrze, Daisy.
*
- Dobry wieczór. Jesteś tutaj sam?
- Nie, jestem przejazdem.
*
- Idę sikać. Zostawiam piwo. Możesz mi wrzucić pigułkę gwałtu.
- Ale to ty chcesz gwałcić?
*
- Nie wiem, jak mam z tobą rozmawiać.
- Dobrze, to może zaczniemy od seksu.
*
- Ładnie pachniesz, co to?
- Nie wiem, spytaj mojego faceta, będzie wiedział.
- Czym on pachnie?
- Trenerem?
*
- Taki, kurwa, life.
- No chyba death.
[dzwoni mmch, wieloletni były, a obecnie przyjaciel mrówkodzika]
- Halo?
-Hej, znowu śniło mi się dzisiaj, że nie żyjesz. Tym razem podciąłeś sobie żyły. Nie wyglądałeś najlepiej.
- O, to wybacz. Żyję i mam się dobrze. Choć rzeczywiście parę godzin spędziłem dzisiaj na cmentarzu.
- I co, wykopałeś jakieś złote zęby?
- Jak możesz!
- Ja wiem, czemu ty tam chadzasz. Hieno cmentarna!
- Nieprawda! Tam się gada też o seksie.
- Aha! Więc nekrofilia. A może i fagia?
- Coś tam czasem przekąszamy.
- Ohyda. Dobra, kończ już, bo mnie nudzisz.
- To ty mnie nudzisz.
- No to spadam. A, masz pozdrowienia od mojego faceta.
- Pozdrów go ode mnie, ale całować nie musisz, bo wiem, jak to bywa po ładnych paru latach związku.
Wehwalt: I wtedy Zawieyski umarł.
Grzegorz: Zawieyski to wyskoczył przez okno.
Wehwalt: Tak. I w wyniku tego umarł.
- I został zamordowany.
- Został zlikwidowany.
- No mówię, zamordowany.
- Wykonali na nim wyrok.
- Dobrze: wykonali na nim wyrok, mordując go.
Mrówkodzik: Jęki rozkoszy.
Torquato: To ty jęczysz? Słuchasz Parsifala w czasie stosunku?
Mrówkodzik: Nie, bo nie lubię płakać podczas seksu. I wolę być wstrząśnięty zmysłami, a nie odchodzeniem od zmysłów.
Ziew. Zaraz zemdleję. Lepiej pójdę spać. Za 3 h muszę wstać i będę wyglądał jak trup. A niestety czuł się jak żywy.
W rozmowie o myślowym „wydeptywaniu sobie ścieżek” w mózgu z Tajnym D.:
- Ty to masz chyba sześciopasmową autostradę do seksu.
- Ona prowadzi od seksu do śmierci.
———————————————–
W rozmowie z Rozhulantyną o śląskim czasowniku kutać:
- Ty wiedziałeś, że po polsku mówi się też robić kogoś, w znaczeniu ruchać?
- Może kalka z angielskiego. Do somebody to właśnie ruchać kogoś.
[po chwili]: A do somebody in to: zabić kogoś.
Polecam Rubukowi obejrzenie Żelaznej damy:
Jakiś czas temu widziałem francuską komedię o źle przetłumaczonym tytule Przepis na miłość (oryg. Les émotifs anonymes – anonimowi wrażliwcy). Wybuchłem potężnym śmiechem w pierwszej minucie. Na Żelaznej damie łzy w oczach miałem chyba w czwartej. To o czymś świadczy. Oczywiście poza tym, że jestem sentymentalnym histerykiem.
*
Rubuk o reakcji swojego faceta na wzmiankę o Żelaznej damie:
On na to hasło: “A co to, jakiś film o torturach…? To prawie jak żelazna dziewica tylko trochę zardzewiała, no i ma dłuższe kolce.”
Christ lag in Todesbanden to moja ulubiona kantata, a może raczej: w jakimś sensie najważniejsza. Zamieszczałem już kiedyś na dziku moje tłumaczenie trzech pierwszych versus oraz linki do dobrego wykonania, które się zdążyły zdezaktualizować, więc poprawiałem, w sumie na lepsze.
Dziś wykonanie zupełnie inne. Dyryguje Richter, więc jest mocno organowo. Bardziej ociężale, nie na starych instrumentach i z chórem zamiast solistów. Ale chociażby dla tych organów warto posłuchać (jest to versus II – Den Tod niemand zwingen kunnt’)
Adam D: Strasznie zimno.
Mrówk: Zimno, zimno, za zimno.
Adam D.: No i z tego zimna się jej zmarło.
Mrówk: Specyficzne epitafium.
Adam D.: Och, to przecież właśnie ślad jej ducha!
Mam taką ksiażkę: Król mrówek Herberta. Proza poetycka układająca się w minieseje na tematy mitologiczne, zwykle o mitach mniej znanych albo ich mniej popularnych wersjach.
Nie kupiłem tego, tylko pożyczyłem od Agnieszki, przyjaciółki z późnego liceum i studiów. I można powiedzieć, że mi ta książka została. Nie dałem rady jej odnieść rodzicom Agnieszki. Raz tylko widziałem jej matkę, na pogrzebie – uderzyło mnie, jak jej córka była do niej podobna. Ona też nigdy przedtem mnie nie widziała. Spojrzała na mnie, powiedziała do mnie po imieniu i oboje zaczęliśmy płakać.
Zostawiłem więc książkę sobie. Ostatnio czytałem ją dość dawno temu. Od kilku lat nie zaglądałem do niej nawet. Zabierałem ją ze sobą przy każdej przeprowadzce, ale bez otwierania.
Niedawno Lotte opowiedziała mi o wrażeniu, jakie zrobił na niej pierwszy utwór z tego tomu – o Hermesie, Eurydyce i Orfeuszu, ale widzianych inaczej. Postanowiłem zajrzeć do Króla mrówek i przypomnieć sobie, jak to dokładnie było.
Otworzywszy książkę, znalazłem w niej niedużą kopertę z nadrukiem GALERIA FITNESS CLUB TURBOO. Kiedyś były w niej zaproszenia na sylwestra w tym nieistniejącym już od ładnych paru lat klubie. Obok nadruku przybity ex libris mojego ówczesnego faceta, z pewnością dla żartu, a po lewej napisane niestarannie moją ręką:
Xanax 1mg, zacznij od ¼ tabl.
W środku kilka charakterystycznych fioletowych tabletek.
Nie wiem, czy by pomogły.
*
Chowam kopertę z powrotem do książki.
Skoro już o tym nie ma mowy, to pomieszczam specyficzny madrygał Gesualda, wraz z tłumaczeniem mrówk.
Moro, lasso, al mio duolo,
E chi può dar mi vita,
Ahì, che m’ancide e non vuol darmi aita!
O dolorosa sorte,
Chi dar vita mi può,
Ahì, mi dà morte!
Konam znużony wśród bólu,
A ten, co me życie ma w mocy,
Zabija mnie, skąpi pomocy.
O, mój bolesny losie,
Ten, co mógłby dać życie,
Ach, tylko mi śmierć przynosi.
Właśnie, to skoro o podsumowaniach mowa (pół żartem, bardziej serio). Długi wstęp. Śpiewać zaczynają po drugiej minucie, jakby co.
I’ vo piangendo i miei passati tempi
i quai posi in amar cosa mortale,
senza levarmi a volo, abbiend’ io l’ale
per dar forse di me non bassi essempi.
Tu che vidi i miei mali indegni ed empi
Re del cielo, invisibile, immortale,
socorri a l’alma disviata e frale,
e ’l suo defetto di tua grazia adempi;
sì che, s’io vissi ’n guerra ed in tempesta,
mora in pace ed in porto; e se la stanza
fu vana, almen sia la partita onesta.
A quel poco di viver che m’avanza
ed al morir, degn’esser tua man presta:
tu sai ben che ’n altrui non ò speranza.
[Petrarca, CCCLXV]
Idę i płaczę nad mym dawnym życiem,
Które oddałem miłości na świecie,
W lot się nie wzbiłem, mając skrzydła przecież,
By się pokazać godnym należycie.
Ty, któryś widzał me niegodziwości,
O niewidzialny, wieczny niebios Królu,
Ratuj mą duszę zbłąkaną wśród bólu,
Jej słabość pokryj pełnią łaskawości
Tak, bym umierał w spokojnej przystani,
Przeżywszy burze i wojny; i niechaj
Po próżnym życiu cny koniec nastanie.
W tej resztce życia, w ostatnich oddechach,
Gdy śmierć przybędzie, racz mi dać twe ramię:
W tobie jedynej nadziei pociecha.
[tłum. mrówkodzik]
Lotte: I jeszcze ten samobójczy wiatr.
Mrówk: Jak to samobójczy?
Lotte: Nic tylko się powiesić. I bujać.
Plu (zwiędle, zza przepierzenia): Mi by się nawet bujać nie chciało.
————————————————-
Dodatkowe podziękowania dla Lotte za rektyfikację, a dokładnie to dwie. Niestety, mój mózg dochujawia (patrz: słowniczek) i czasem niepotrzebnie dopowiada/wygładza dialogi. Jeśli ktoś z cytowanych zauważy jakieś przeinaczenie, które uszkadza cytat, to BARDZO PROSZĘ zgłaszać.
Jakiś znajomy o Café „Po Schodkach”:
Umrzeć tutaj to nawet gorzej niż tu zasnąć.
Postanowiłem czasem sobie pogrzebać w pamięci, by wyciągnąć co ciekawsze/ważniejsze dla mnie kawałki tekstów, muzyki i muzyki z tekstem i pomieszczać. Zaczniemy od tego.
Film – Tańcząc w ciemnościach – polecam w całości, jak ktoś nie widział. Jest w mojej pierwszej trójce. W sensie formalnym jest to musical, hehe, ale taki, że można dostać palpitacji… Bardzo niemusicalowy.
Tekst tej piosenki jest niebylejaki. W sumie gdybym nie wiedział, że to piosenka Bjork, to czytając, o autorstwo mógłbym podejrzewać Whitmana albo Audena czy Plath.
[…]
You haven’t seen elephants, kings or Peru!
I’m happy to say I had better to do
What about China? Have you seen the Great Wall?
All walls are great, if the roof doesn’t fall!
[…]
You’ve never been to Niagara Falls?
I have seen water, its water, that’s all…
The Eiffel Tower, the Empire State?
My pulse was as high on my very first date!
[…]
I’ve seen what I chose and I’ve seen what I need,
And that is enough, to want more would be greed.
I’ve seen what I was and I know what I’ll be
I’ve seen it all – there is no more to see!
[...]
Chinglish i Singlish bawią (i nie uczą) niezmiennie od lat. Z Wiewiórem przeglądałem tego ostatnio sporo. Wybrałem te, które pobudzają do refleksji, czasem zupełnie poważnej, albo są już totalnie absurdalne.
Niezwykle mocna piosenka Billie Holiday. Warto się przyjrzeć znakomitemu tekstowi.
Strange fruit
Southern trees bear strange fruit,
Blood on the leaves and blood at the root,
Black bodies swinging in the southern breeze,
Strange fruit hanging from the poplar trees.
Pastoral scene of the gallant south,
The bulging eyes and the twisted mouth,
Scent of magnolias, sweet and fresh,
Then the sudden smell of burning flesh.
Here is fruit for the crows to pluck,
For the rain to gather, for the wind to suck,
For the sun to rot, for the trees to drop,
Here is a strange and bitter crop.
Mało gdzie można w tak czystej formie zaobserwować to, co tak szczególnie mnie porusza – deklaracje nadziei (…shall all your cares beguile…), w którą wypowiadający się ewidentnie nie wierzy, której nie ma. Wystarczy posłuchać, żeby nie mieć co do tego wątpliwości. Poniżej wykonanie Dellera i, jak zwykle, Scholla.
Music for a while
Shall all your cares beguile.
Wond’ring how your pains were eas’d
And disdaining to be pleas’d
Till Alecto free the dead
From their eternal bands,
Till the snakes drop from her head,
And the whip from out her hands.
Można jeszcze zerknąć na to wykonanie Doultona, choć szkoda trochę, że przy From their eternal bands śpiewa sekundy wielkie zamiast małych, co trochę odbiera ponurego dramatyzmu.
—————————————————-
Podziękowania dla Lotte za przypomnienie mi tego kawałka i pokazanie go w wykonaniu Dellera.
No i kolejne odkrycie. Kto jest zainteresowany specyfiką tej kompozycji, niech zerknie na ten abstrakt pewnego artykułu tutaj. W totalnym skrócie: Buxtehude napisał fantazję chorałową w postaci małej stylizowanej partity (cykl tańców dworskich, świeckich, naturalnie) na motywie chorału Auf meinen lieben Gott, a zatem formy jak najbardziej religijnej, w ramach swojego głosu w temacie ars moriendi.
Stąd też wykonanie organowe (tu: Ton Koopman)
Równie wspaniałe jest wykonanie bardziej dworskie – klawesynowj (gra Lars Ulrich Mortensen). Linki do poszczególnych części pomieszczam poniżej:
Allemande , Gigue , Sarabande , Courante
(mam nadzieję, że niczego nie pomyliłem z nazewnictwem części, bo kolejność jest nietypowa i na czuja nazywałem)
Jeśli You don’t own me w tym wykonaniu Lesley Gore jest mocne, to na Over the rainbow w tym wykonaniu Judy Garland brak określenia. Dopiero jak słucham tych nagrań, to widzę, że te kawałki nie mają (nie muszą mieć) w sobie nic cukierkowego. A tak już się poniekąd niestety utarło.
To dwa bardzo podobne do siebie nagrania. Te kobiety wydają się podobne.
Pełniejsza wersja, ostatnie wykonanie Garland jest tu.
Żubr do mrówk:
- Czy ty mi nadal grozisz śmiercią? WŁASNĄ śmiercią?
Rzodkiewnik:
A kiedy masz czas? Zawsze jak próbuje się z Tobą umówić to zajęty jesteś ;-)
Mrówk:
bo ja zajety jestem. musze uporzadkowac sprawy. przed smiercia.
mam ci do oddania parasol
Rzodkiewnik:
Co ty gadasz jaką śmiercią, no parasol by sie miprzydał ;-)
Kolejna książka z biblioteki Grossvatera W. – Długie pożegnanie Chandlera (wyd. Czytelnik – Seria z jamnikiem!), nieźle przetłumaczona przez Krzysztofa Klingera. Oto dwa ciekawe cytaty:
Zawsze można się czymś zająć, jeśli człowiek nie musi pracować i liczyć się z tym, ile co kosztuje. Nie daje to prawdziwego zadowolenia, ale bogaci o tym nie wiedzą. Nigdy go przecież nie zaznali. Zresztą nie dążą do niczego usilnie, chyba że jest to przespanie się z czyjąś żoną, ale i to pragnienie jest blade w porównaniu z tym, jak żona hydraulika marzy o nowych zasłonach do jadalnego pokoju.
[no tak, wpadka, jadalny pokój; w odróżnieniu od pokoi niejadalnych…]
I naprawdę piękne sformułowanie:
Przeważnie staram się zabić czas, ale czas umiera powoli.
Zespół Cotarda – rzadko występujące zaburzenie towarzyszące czasem ciężkiej depresji, objawiające się występowaniem urojeń nihilistycznych o rozbudowanej, absurdalnej treści (zanik narządów, rozpad organizmu, przekonanie o własnej śmierci). Obserwuje się także pobudzenie psychoruchowe, silny lęk oraz obniżenie czucia bólu i skłonności samobójcze (suicydialne). Należy do obrazu chorobowego wystepującego najczęściej w depresji inwolucyjnej.
Nazwa schorzenia wywodzi się od nazwiska Jules’a Cotarda (1840–1889), francuskiego neurologa, który jako pierwszy opisał to schorzenie jako le délire de négation.
W publikacji tej Cotard opisał przypadek panny X, która początkowo zaprzeczyła istnieniu boga i szatana, oraz niektórych części swego ciała, i kazała nazywać się Mademoiselle X. Później utrzymywała, że jest martwa i skazana na wieczne potępienie i nie może już umrzeć naturalną śmiercią.
[za wikipedią]