Archives for posts with tag: Vrublini

W słowniku u Lotte znaleźć można, między innymi, mniemania dziecięce.

pastelos – mały czerwony rondelek do gotowania jajek, od kiedy jako dziecko usłyszałam jak mama, znalazłszy go gdzieś w kącie, zapytała retorycznie: A kto to tutaj tak porzucił na pastwę losu?

papierz – najwyższy dostojnik kościelny, zwany papierzem ze względu na to, że nosi czapkę z papieru (tiarę); materiałowa nie byłaby wystarczająco sztywna i zaraz by oklapła

astygmatyzm – choroba polegająca na tym, że się ma stygmaty

[Lotte]

przetobłagać – bardzo błagać; por. Przetobłagam Najświętszą Maryję, zawsze Dziewicę, wszystkich Aniołów i Świętych, i was, bracia i siostry, o modlitwę za mnie do Pana Boga naszego

[Plu]

*

Obserwując swoją ciężarną mamę i zadając jej liczne pytania, ustaliłam, że: U mamy w brzuchu mieszka dziecko (świadectwo mamy). „Mieszka” to znaczy: ma tam małe mieszkanko, z meblami utworzonymi z substancji kostnej, ze zwisającą z wewnętrznego sklepienia mamy lampą oraz z kredensem pełnym konserw, bo coś przecież musi jeść (wniosek mój). Dziecko cały czas rośnie i kiedy będzie odpowiednio duże, wydostanie się z mamy przez specjalny otwór (świadectwo mamy), a razem z nim wydostaną się także mebelki, które będą w sam raz dla moich lalek (uzupełnienie moje).

Nie muszę chyba dodawać, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy po powrocie mamy ze szpitala nie dostałam kościanych mebelków. Podejrzewałam, że przywłaszczyła je sobie jakaś pielęgniarka.

[Lotte, całość dużo bardziej złożonego wpisu jest tutaj]

*

W jednym z najnowszych wpisów Lotte i w komentarzach pod nim także pojawiają się mniemania dziecięce.

Najmłodsze dziecko zawsze siedziało na najgrubszej książce z babcinej biblioteki. Panna To będzie siedziała na balzaku – oznajmiała Locha i kładła opasły tom na krześle Panny To. Przez całe dzieciństwo byłam przekonana, że „balzak” to po prostu ogólna nazwa wszystkich grubych książek, które podkłada się pod tyłek dzieciom zbyt małym, żeby siedząc na dorosłym krześle, dosięgały do stołu.

[Lotte]

 Jak byłam mała, myślałam, że wszystkie dzieci wstają o 6 rano, a chodzą spać o 18 (tak, tak!), a w domu mogą się bawić tylko chore dzieci, bo te zdrowe są na spacerze.

[mamrot]

 Z pięć lat może miałem, gdy w jakimiś amerykańskim filmie padło „przegrać z kretesem”. Odtąd „Kretes” to było spersonifikowane zło, jakiś przeciwnik św. Mikołaja, ktoś o powierzchowności Jacka Nicholsona.

[Radeczek]

*

Jak byłem mały to myślałem że w kolędzie zamiast: Jezus malusieńki, płacze w śród stajenki, płacze z zimna nie dała mu matula sukienki. Bo uboga była, rąbek z głowy zdjęła… jest: …Bo u Boga była… i nie mogłem zrozumieć, co ma sukienka do tego, że ona była u tego Boga i że ten rąbek na głowie.

[Vrublini]

Wczoraj wczesnym wieczorem, koło osiemnastej. Wracam od Michchała, idę od strony Teatru Wielkiego. Mijam po drodze kilkanaście wozów policyjnych, z tych większych. Przechodzę Świętokrzyską, tuż przy Poczcie Głównej. Okazuje się, że jest jakaś manifestacja. Dużo młodych ludzi, głównie chłopaków, o dresowato-kibolowatym wyglądzie. Pytam kogoś stojącego z boku, z jakiej okazji ta demonstracja i dowiaduję się, że chyba chodzi o niepodległość Kosowa.

Jestem umówiony z Vrublinim, który już na mnie czeka, więc postanawiam nie zmieniać trasy i przechodzę koło tłumu ulicą Jasną. Po lewej mam tych podejrzanych demonstrantów (szaliki jakieś dziwne, a flagi w kolorach bieli, czerni, niebieskie i zielone, co budzi nie najlepsze skojarzenia), a po prawej, pół metra ode mnie, stoi w dwóch rzędach kilkudziesięciu policjantów w hełmach i z tarczami. Jeżą mi się włosy na karku, gdy zdaję sobie sprawę, że jestem niejako między młotem a kowadłem, ale jest spokojnie i bez problemu docieram do domu. Myślę przez chwilę, jak musieli się czuć ludzie w czasie stanu wojennego. Ale tylko przez chwilę.

Dziś czytam o wczorajszej manifestacji w Wyborczej:

Na Nowym Świecie, niedaleko lokalu „Krytyki Politycznej”, wodzirej zaśpiewał: „A na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści”. Tył manifestacji dodał: „I pedały też”. Kiedy kolumna maszerujących przechodziła obok Nowego Wspaniałego Świata, w okna kawiarni poleciały petardy, race, grudy śniegu i kamienie. Jeden roztrzaskał szybę. Policjanci, którzy otwierali, zamykali demonstrację i zabezpieczali ją po obu stronach, nie interweniowali. Czekali, aż marsz przejdzie dalej. Przez ten czas trwało torpedowanie kawiarni, a nacjonaliści skandowali: „Gdzie macie Niemców?”, „Antifa łowcy HIV-a”. Tego samego wieczoru Marcin Mrozek z biura prasowego policji stwierdził, że „nie ma przesłanek, które wskazywałyby, że związek ze zdarzeniem miały osoby biorące udział w zgromadzeniu”.

Całość do przeczytania tutaj.

Vrublini mi przyniósł płytę Cecilii Bartoli, której po jego wyjściu już słuchałem z Lotte, która także ją ma i lubi (choć – jak stwierdziliśmy – najlepsze są ścieżki parzyste).

Najlepszy kawałek to ostani – Quel buon pastor son io – Antonia Caldary. Długa aria na sopran (w tym linku jej połowa) i smyczki z dość niezwykłymi motywami melodycznymi, przywodzącymi na myśl muzykę żydowską.


Quel buon pastor son io,
Che tanto il gregge apprezza
Che per la sua salvezza
Offre se stesso ancor.
Conosco ad una ad una
Le mie dilette agnelle
E riconoscon quelle
Il tenero pastor.

Jestem tym dobrym pasterzem,
Który tak kocha swe stado,
Że gwoli jego zbawienia
Poświęca siebie samego.
Znam każdą co do jednej
Moje najdroższe owce,
A one rozpoznają
Swego czułego pasterza.

[o tekst podejrzany jest Metastasio, tłum. mrówk]

Vrublini, patrząc na zdjęcie pewnej znanej i wpływowej osoby z ambitniejszego sektora rynku wydawniczego, obdarzonej spojrzeniem wyrażającym napięcie, a znanej z neurotyzmu:

Mam wrażenie, że jest to typ osoby, która codziennie chodzi sobie na płukanie okrężnicy.

Vrublini: Świetna książka!

Mrówk: Tak, to jest wręcz doskonała pozycja bibliograficzna!

Vrublini z mrówkodzikiem, który zapuścił ostatnio małego irokeza, składali sobie życzenia noworoczne, więc nie obyło się bez siostrzanego pocałunku. Po kwadransie odkąd się pożegnali, Vrublini nadesłał mrówkodzikowi takiego smsa:

Me gusta twoje mrówcze usta. A pas dzika na głowie sprawia, że mi w majtkach mrowie.

To bardzo miły komplement noworoczny:-)

 

 

Opowiadał Vrublini, jak nauczycielka w szkole miała puścić film przyrodniczy.

Vrublini: A będzie czytać Czubówna?

Nauczycielka: Nie.

Vrublini: To ja wychodzę.

Wziął swoje rzeczy i – wyszedł.

Vrublini: „Iwaszkiewiczowski” się powinno pisać z małej, bo to przymiotnik, nie?

Mrówk: Jeśli odnosi się do konkretnych dzieł, dajmy na to, Mickiewicza to wielką literą, a jeśli do dzieł pokrewnych Mickiewiczowi – małą. Na przykład “Dziady Mickiewiczowskie” ale “mickiewiczowskie frazy u Dehnela”. Chociaż nie, czekaj, jeśli u Dehnela to musi być wielką literą.

Vrublini zwierzył mi się ze swojego niedawnego snu. A śniło mu się, między innymi, że spotkał się z Lotte von Kirschenstein. I że powiedział do niej (cytat dokładny):

- O witaj, o zbrodnio i karo poezji Iwaszkiewiczowskiej.

Vrublini:

- Ja też bym się poczuł nieswojo, gdyby mój facet w towarzystwie opowiadał o mojej dupie albo kutasie. Są takie rzeczy, które może wszyscy znają, ale jednak…

 

Vrublini, idąc spać:

Bis zum Morgen, meine Sorgen.

Mrówk się zachwycił zgrabnością i wieloznacznością tego powiedzenia, które Vrublini zna jakoby ze szkoły. Można je odczytać jako: Teraz się nie martwię, zajmę się tym jutro (rozumienie optymistyczne), ale także jako: Jutro obudzę się z tymi samymi problemami (rozumienie pesymistyczne).

Celem sprawdzenia, która interpretacja jest obowiązująca, mrówk wpisał do powiedzenie do wyszukiwarki. Okazuje się, że… takie przysłowie najwyraźniej nie istnieje. Wyskoczyło tylko coś w stylu Guten Morgen, liebe Sorgen.

No i skąd Vrublini wziął to przenikliwe sformułowanie?

Vrublini:[Sam na zimę] zostanę jak ten robaczek, co gra…? Pinokio…?

Mrówk: Świerszcz?

Vrublini: Świerszcz.

Mrówk: Czy jest to utwór optymistyczny?
Vrublini: Nie, ale na żydowską nutę.

Vrublini w kuchni mrówk tonem żony ze Stepford komentuje płyn do zmywania:

- Pur jest gęsty i wystarcza naprawdę tylko kropla.

Ulubiona polonistka Vrubliniego z liceum napisała mu w post scriptum kartki pocztowej z wakacji:

A czytałeś „Czarodziejską górę”? To książka poniekąd magiczna…

Vrublini na to się ucieszył sam do siebie:

- Super! Fantastyka!

Jakiś czas temu Vrublini wysłał mi nagranie, na którym czyta wiersz Siwczyka Sum.

Najbardziej podoba mi się właśnie, jak Vrublini mówi to “sum” na początku. Poważnie, ale bez zadęcia. Z wyraziście wyartykułowanym “u”. Taki — sum.

Poświęciłem temu dzieło graficzne poniższe.

W rewanżu za wspaniały portret mrówkodzika pióra (myszy) Vrubliniego, dwa portrety Vrubliniego poczynił mrówk. Na jednym portrecie dziób jest za mały, a na drugim za duży, ale tak widać musiało być.

Mrówkodzik doczekał się portretu, a nawet dwóch. Autorem pierwszego jest Vrublini (kapelutek zasugerowany przez portretowanego). Drugi portret to autoportret.

Vrublini przyniósł mi stosik książek do przeczytania. Wśród nich kilka rzeczy Jerzego Jarniewicza, krytyka i literaturoznawcy, tłumacza i znawcy literatury anglojęzycznej. Tłumaczy mi, czemu warto go poczytać:

- Z niego dowiesz się, kogo jeszcze można czytać. Kto się kim inspirował. Kto był Żydem i kogo nie czytać…

Brzydki zły portal zaskakuje mnie pozytywnie, ale nie w sposób, jaki zamierzyli jego twórcy. Otóż ilekroć coś polubię-to albo się z kimś/czymś zlinkuję, generuje tyleż zgrabne, co wieloznaczne komunikaty. Czytając je czuję się trochę jak kognitywista, który spłodził dziecko po to, by napisać rozprawę o relacjach typu język-umysł-rzeczywistość, śledząc rozwój kompetencji językowych u progenitury.

Uraczył mnie ten portal na przykład takim komunikatem:

[Twoje] Ulubione zajęcia i zainteresowania:
Inne    
Vontrompka
Jesień Fetyszysty

Kurczę, trafne to. Zwłaszcza znaczenie tego “Inne”. Pytanie tylko, czy drodzy Vontrompka i Jesień Fetyszysty czują się bardziej zajęciami, czy zainteresowaniami.

Dowiedziałem się też, że Vrublini lubi moją aktywność. Pozostaje mi tylko polubić jego pasywność.

Natomiast Agathé skomentowała także swoje zdjęcie, a ty i Kasia F. lubicie to.

Ktoś jeszcze polubił zmianę na moim profilu. Lub zmiany. Lub czasopisma.

Wooow.

Mrówk:

ja różnie wolę, tj. nie wolę… obłędnie lubię rudych, lubię wyglądających jak zbite szczenię (względnie ogólnie pies). lubię też odstające uszy.

Ponufry:

oraz „piegi, aparaciki, wady wymowy, brzuszki, krzywawe nogi, lekkiego zeza, podkrazone oczy, rude wlosy, albinosow, lagodny hiperteloryzm, rozsądna dolichocefalie” *
prawda to? :)

Ponufry:

wszystko prawda. a nawet więcej prawda. ale jakbym wypisał wszystko, to połowa uznałaby to za żart, a niektórzy ludzie, którzy to mają, poczuliby się dotknięci

Ponufry:

że np amputacje też Cię kręcą?

Mrówk:

gdybym traktował cię choć trochę poważniej, to musiałbym się obrazić

—————————————————

* Cytat z opisu profilowego mrówk.

—————————————————

A cała rozmowa była apropo tego:

Pokazane przez Vrubliniego.

A to Vrublini mi pokazał. Pierwsze wrażenie nie najlepsze. Zaczyna się jak dicho, chłopak brzydki, tekst banalnawy. Ale to taki kawałek, że jak się go słyszy (tzn. jak ja go słucham) po raz drugi, to mam ochotę na trzeci i piąty. Oczywiście dlatego, że smętny, wypełniony pustką i poczuciem zawiedzenia.

Tu tekst jest istotny, to przetłumaczę może ważniejsze kawałki:

qui dit étude dit travail

qui dit taf te dit les thunes

qui dit argent dit dépenses

qui dit crédit dit créance

qui dit dette te dit huissier

oui dit assis dans la merde

qui dit amour dit les gosses

dit toujours et dit divorce

kto mówi studia mówi praca

kto mówi praca mówi kasa

kto mówi pieniądze mówi wydatki

kto mówi kredyt mówi wierzyciele

kto mówi dług mówi komornik

tak mówi siedząc w gównie

kto mówi miłość mówi dzieci

mówi zawsze i mówi rozwód

qui dit proches te dit deuil

car les problèmes ne viennent pas seuls

qui dit fatigue dit réveil

[...]

alors on sort pour oublier

tous les problèmes

alors on danse

kto mówi bliscy mówi żałoba

bo problemy chodzą grupami

kto mówi zmęczenie mówi budzik

[…]

więc wychodzimy żeby zapomnieć

o wszystkich problemach

i tańczymy

et là tu te dis que c’est fini

car pire que ça ce serait la mort

[…]

et puis tu pries pour que ça s’arrête

mais c’est ton corps c’est pas le ciel

alors tu te bouches plus les oreilles

et là tu cries encore plus fort

et ça persiste

 

a wtedy mówisz sobie że to koniec

bo gorzej to już tylko śmierć

i modlisz się żeby się skończyło

ale to ciało a nie niebo

więc jeszcze mocniej zatykasz uszy

i jeszcze głośniej krzyczysz

a to nadal trwa

Vrublini zastanawiał się, jaki nowy adres mejlowy sobie założyć do bloga (caviardage). Ów caviardage okazał się być zajęty, a wziąć sobie caviardage01, to zdeka obciach. Wymyśliliśmy więc następujące potencjalne adresy (nieobciachowe):

puszczamsiezadyche@gmail.com

mamawiezecpiesz@gmail.com

mamawielepiej@gmail.com

robiezpolykiem@gmail.com

obrobkagaly@gmail.com

ciagmnielaskie@gmail.com

chlopieczzurawiej@gmail.com

znajdzmnienacentralnym@gmail.com

mrowkodziktociota@gmail.com

kilamogila@gmail.com

Zwykle unikam poznawania twórców jako osób, nie czytam biografii, nie śledzę wywiadów, nie uczęszczam na spotkania autorskie z ludźmi, których nie znam (jak znam, to już nic nie poradzę, zresztą to bywa wartość dodana, ale do poznania nie dążę). Im bardziej podoba mi się ich wytwór (dzieło), tym większą odczuwam obawę przed rozczarowaniem (lub co gorsza: irytacją) osobą twórcy.

Vrublini zachęcił mnie do obejrzenia wywiadu z Natalią Brożyńską, twórczynią Drżących trąb, co uczyniłem niechętnie, ale nie żałuję.  Miejscami ten wywiad jest taki jak sama historia Pafnucka i Kalasia. Gorąco polecam, Grażyna Torbicka.

Vrublini ma przyjaciela R., który ma kilka sympatycznych przezwisk o etymologii sytuacyjnej.

Mrówk: Jak wy go nazywacie? Stara Szafa?

Vrublini (kwaśnawo): Duch Starej Serwantki…

Z cyklu “jaki ten świat jest mały” – przeglądamy na flikrze fotki z Europride’u w Warszawie zrobione przez Vrubliniego.

Na kilku z nich, wybitnie charakterystycznych i doskonale mi znanych, widnieje… Wiewiór!

(Vrublini i Wiewiór się w zasadzie nie znają. Zetknęli się tylko przy okazji robienia tych fotek.)

Tak o.

Vrublini: Ukradłem kiedyś książkę.

Mrówk [z aprobatą]: Ukradłeś?

Vrublini: Poniekąd…

Mrówk [z rozczarowaniem]: To znaczy, nie ukradłeś.

Vrublini: Skłamałem, że ją odesłałem [właścicielowi].

Mrówk [tonem pochwały]: To jednak ukradłeś.

Vrublini opowiada o swojej babci, która ciągle na jakiś temat płacze:

A bo przyjechaliśmy i ona się cieszy, więc płacze.

A bo wyjeżdżamy i ona płacze.

A bo ona jest stara i znów płacze.

Vrublini opowiadał, jak to stał na przystanku autobusowym, a obok kobieta paliła papierosa, rozmawiając po angielsku przez komórkę. Przeszkadzał mu dym papierosowy, postanowił więc interweniować, mówiąc z naganą w głosie:

- Must you!

Na co kobieta, zadziwiona, niechętnie odsunęła od niego papierosa. Wtedy mruknął ku niej słyszalnie:

- Fucking stupid fat cow.

Vrublini: Oczko mi w sylwestra pyknie znowu.

 

———————————————-

Miał na myśli swoje urodziny.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.