A dyć! – Sandryna przed lustrem siadłszy, wyciąga swe długie palce aż krzywe od lubieżnych pierścieni i przeczesawszy siwą gęstwę włosów na piersi swej gruźliczo zapadłej, niespiesznie bieży do swej służki a czczej powiernicy, iżby ta jako pacholę zmyła z niej znój dnia oraz wosk pszczyli na jej plamami wątrobowymi poznaczonym łonie po obsprawunku przyrody pozostały.

Tedy się ona służka, Klarcia, kryguje a zgrabnie wywraca, i o łaskę swą panią upraszając, rzęzi, ta zasię do gniewu nieskora spuszcza na nią zasłonę i milczenia jak również swe rozkoszne ineksprymable, które przymilnie cmokać zyzwala, czego panna służebna ani na kroć nie omieszka!