Wczesne popołudnie, niedziela, ciepło i pogodnie. Do tramwaju wsiada jeszcze po prawej stronie Wisły na oko dwudziestokilkuletni chłopak o wyglądzie rastafariańskim i zaczyna dziwnym głosem krzyczeć, raczej wesoło, choć za głośno:

– Pilnujmy ludzi, którzy są przepełnieni sobą! Hap! Hap! Hap! Hap!

I wali w kasownik.