Miałem sen, że postanowiłem studiować we Wrocławiu. I okazało się, ze ich uniwersytet (przy którym kiedyś mieszkałem) jest świetny, ma klimat. Nie wiem czemu spotykałem tam same kobiety, chociaż we Wrocławiu zawsze moją uwagę zwracała przewaga liczebna mężczyzn.

Zajęcia przypominały raczej spotkania towarzyskie trochę inteligenckiej bohemy, trochę skacowanych choć twórczych artystów; odbywały się w zacienionych salach stanowiących połączenie pałacowej biblioteki z salonem nie do końca uprzątniętym po imprezie dzień wcześniej. Odymione obrazy w zaśniedziałych ramach, niepodomykane drzwiczki szafek z książkami i tym podobne. Siedzieliśmy na starych sofach, pufach i na poduszkach wprost na podłodze i rozmawialiśmy.

Ale najciekawiej docierało się do tych położonych w niewysokich pawilonach sal wykładowych: uczelnia bowiem była zlokalizowana pośrodku sporego jeziora, na wyspie poprzecinanej wąskimi kanałami jak, dajmy na to, Amsterdam. Po bokach tych wąskich kanałów rosły sympatyczne rośliny: hortensje, fuksje, peonie i berberysy, na brzegach stały ławeczki, a na nich siedziały studentki. Na wyspę zaś trzeba było dopłynąć jedno-dwuosobowa lichą łódeczką-pontonem, nie było rady, by tam dotrzeć, nie skąpawszy się w wodzie. Nawet mi się to podobało, ale martwiłem się, co będzie jesienią i zimą.