Archives for the month of: Listopad, 2011

 Ostatnio w Café „Po Schodkach” działy się rzeczy niezwykłe. Był jeden półdługowłosy, strasznie nawalony koleś (co nie jest znów takie niezwykłe). Bardziej niezwykli byli jego przeciętnie nastukani towarzysze – ładny blondynek o zjawiskowo dolichocefalicznej czaszce podkreślonej progenią (długa głowa z wysuniętą żuchwą) i około czterdziestoletni człowiek, który mówił, że studiował filozofię i teologię, jak również był kiedyś w zakonie michalitów. Przytoczył mi nawet najważniejszą tradycyjną modlitwę braci michalitów:

 Sancte Michaël Archangele, defende nos in prœlio. Contra nequitiam et insidias diaboli esto præsidium!

 co się przekłada:

Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną!

Ale do rzeczy. Ów półdługowłosy był tak porobiony, że gadał straszne bzdury i robił dziwne miny, a w którymś momencie bełkotał, leżąc na podłodze w korytarzu. Jak zareagowali koledzy?

Młodszy trzymał bełkoczącego, a starszy, po łacinie, odprawiał nad nim… egzorcyzmy.

Żubr: Ściągnąłem sobie najnowszą część Zmierzchu już tydzień temu, ale czekałem, aż będę wystaczająco pijany, żeby mi nie zależało.

Mrówk: I co, obejrzałeś?

Żubr: Połowę. Resztę na fast forwardzie.

Żubr (zachwyca się sobą po strzyżeniu łba):

I’m a fairy! I’m a fairy! I’m a giant bald fairy!

Mrówk (poprawia zgryźliwie, znudzony):

Shaved-headed.

Żubr (niespeszony):

I’m a fairy! I’m a giant shaved-headed fairy!

– Nie jest to chyba zakamuflowana oferta matrymonialna.

– Jak jej się przyjrzeć, to mogłaby być. Oczywiście nie ważyłbym się tego powiedzieć, a może nawet pomyśleć, gdyby nie to, że wiem, że to nie ma znaczenia.

– Defetysta.

– Po prostu wyciągam wnioski zamiast ciągnąć losy.

 


Skoro już mamy jesień, to taki kwiatek edytorski. Pamięci Borisa Viana poświęcam, myślę, że by mu się podobało.

Tu istotny, to przetłumaczę może ważniejsze kawałki:

qui dit étude dit travail

qui dit taf te dit les thunes

qui dit argent dit dépenses

qui dit crédit dit créance

qui dit dette te dit huissier

oui dit assis dans la merde

qui dit amour dit les gosses

dit toujours et dit divorce

kto mówi studia mówi praca

kto mówi praca mówi kasa

kto mówi pieniądze mówi wydatki

kto mówi kredyt mówi wierzyciele

kto mówi dług mówi komornik

tak mówi siedząc w gównie

kto mówi miłość mówi dzieci

mówi zawsze i mówi rozwód

qui dit proches te dit deuil

car les problèmes ne viennent pas seuls

qui dit fatigue dit réveil

[…]

alors on sort pour oublier

tous les problèmes

alors on danse

kto mówi bliscy mówi żałoba

bo problemy chodzą grupami

kto mówi zmęczenie mówi budzik

[…]

więc wychodzimy żeby zapomnieć

o wszystkich problemach

i tańczymy

et là tu te dis que c’est fini

car pire que ça ce serait la mort

[…]

et puis tu pries pour que ça s’arrête

mais c’est ton corps c’est pas le ciel

alors tu te bouches plus les oreilles

et là tu cries encore plus fort

et ça persiste

 

a wtedy mówisz sobie że to koniec

bo gorzej to już tylko śmierć

i modlisz się żeby się skończyło

ale to ciało a nie niebo

więc jeszcze mocniej zatykasz uszy

i jeszcze głośniej krzyczysz

a to nadal trwa

Vrublini zastanawiał się, jaki nowy adres mejlowy sobie założyć do bloga (caviardage). Ów caviardage okazał się być zajęty, a wziąć sobie caviardage01, to zdeka obciach. Wymyśliliśmy więc następujące potencjalne adresy (nieobciachowe):

puszczamsiezadyche@gmail.com

mamawiezecpiesz@gmail.com

mamawielepiej@gmail.com

robiezpolykiem@gmail.com

obrobkagaly@gmail.com

ciagmnielaskie@gmail.com

chlopieczzurawiej@gmail.com

znajdzmnienacentralnym@gmail.com

mrowkodziktociota@gmail.com

kilamogila@gmail.com

– A co słychać u twojego byłego?

– Ja poszedłem w karierę, a on w życie.

Jest taka piosenka The Cranberries Zombie, wszyscy znają, to nie zagnieżdżam.

Tekst jest przyzwoity. Jest w nim taki fragment:

 But you see, it’s not me, it’s not my family.
In your head, in your head they are fighting,
With their tanks and their bombs,
And their bombs and their guns.
In your head, in your head, they are crying

Dopiero niedawno dowiedziałem się, że tam jest:

 And their bombs and their guns.

Całe życie myślałem, że ona śpiewa:

And their bombs and they’re-gones.

„Ich bomby i ich odejścia/zniknięcia”, tak to rozumiałem, według tej samej logiki co must-haves, dos and don’ts czy has-beens. Wydawało mi się to bardzo udane i całkiem poruszające. A tu feler.

Romantyczny jesteś. Ja chyba też. Ale życie mi zweryfikowało pewne sprawy.

Mi już to zostanie, za długo to trwa i za bardzo jest ze mną zrośnione.

Dobrze ci tak.

W Café „Po Schodkach” znajomy, bardzo sympatyczny, Włochiszpan całuje mrówkodzika w rękę na powitanie. Mrówkodzik, niepewny jak zareagować, zaczyna mówić:

No se… […hace así – „tak się nie robi”]

ale urywa i odchodzi zakłopotany, więc zostaje tylko:

No sé. [„nie wiem”]

– Ech nie tak prędko dam radę z kimkolwiek, niedawno się rozstałe, boli bardzo.

– Tyłek?

– Nie, serce.

– Jeśli masz dusznicę bolesną, to poppers rozszerza naczynia wieńcowe i powinien dać pewną ulgę.

 

Lotte: I jeszcze ten samobójczy wiatr.

Mrówk: Jak to samobójczy?

Lotte: Nic tylko się powiesić. I bujać.

Plu (zwiędle, zza przepierzenia): Mi by się nawet bujać nie chciało.

–  Jakby ktoś był ciekawy to szukam zapelniaczy wolnych luk w terminarzu dnia…

Żubr kupił masło naturalne i chce je włożyć do odnalezionej właśnie po dwóch miesiącach od przeprowadzki maselniczki. Mówi:

To ty wyjmij masło, a ja wypłuczę tę mydelniczkę, solniczkę.

Biskup Antoni Długosz, ordynariusz częstochowski, na łamach „Super Expressu” radził, jak wolno przeklinać katolikowi, a które sformułowania są zabronione:

Wolno mówić:

– Motyla noga!
– Kurza stopa!
– Kurza melodia!
– Kurczę blade!
– Kurtka na wacie!
– Kuchnia felek!
– Psiakość!
– Do kroćset fur beczek!
– Na krowie kopytko!
– Kurcze pióro!
– Kurczę pieczone!

Nie wolno mówić:

– Na rany Chrystusa!
– Do stu tysięcy diabłów!
– Niech cię licho porwie!
– Niech mnie kule biją!
– Tam do kata!
– Niech to szlag!
– Na rany koguta!
– Niech to piekło pochłonie!
– Matko Boska i wszyscy święci!
– Tam do diaska!

[źródło , wytłuszczenia pochodzą od mrówk]

Zdaje się, że Dziwisz też coś ostatnio na ten temat mówił.

Kiedy się widzimy?

Jakoś niedługo mam nadzieję.

– Właśnie robię się na bóstwo. Wprawdzie wyjdzie z tego pewnie jakiś przeraźliwy afrykański bożek wzbudzający wstręt, lęk lub śmiech, ale zawsze.

[sms od Agathé]

Śniło mi się, że pedał-konwertyta (konwertyta na hetero), Włoch, mały i brzydki, ubrany w cheeleaderkową obcisłą sukienkę na ramiączka (zza dekoltu wyłaziły mu włochy), posuwał mnie w kiblu przy muzyce z Tarantino, potem na stole, a potem bił mnie fiutem po twarzy i obudziłam się ze spuchniętym, podbitym lewym okiem. Chyba nawiedził mnie inkub…

————————————————-

Agathé, adeptka Safony skądinąd, przebiła tym samym chyba nawet Wiewióra, któremu przez sen inkub poturbował żebro…

Do not disturb.

It’s disturbing enough.