[wprowadzenie: patrz tutaj]

Wydawało się to tak nieprawdopodobne, że Wilhelmowi zajęło trochę czasu, nim pojął znaczenie zniknięcia korony. Gdy do niego dotarło, chwycił fotel i roztrzaskał go o mur. Odwrócił się do emira. Miesiące spędzone na wojnie przywróciły jego nieco zbyt pulchnej ostatnio twarzy jej pierwotne piękno. Rude włosy spadały mu na ramiona i gdyby nie czarna broda odziedziczona po hiszpańskich przodkach jego matki i jego ciemna cera, wyglądałby kropka w kropkę jak jego ojciec Roger II. Górował wzrostem nad Maionem, któremu wydawało się przez chwilę, że gniew króla zmiecie go z powierzchni ziemi. Dla rozrywki dworzan król wyginał czasami żelazne kraty gołymi rękami albo podnosił wierzchowca wraz z jeźdźcem! Co więc mógłby uczynić z emirem…

– Znajdź ją, Maionie. I to szybko – syknął Wilhelm.

– Tak jest.

 *

Drukowało się to tak bezprzykładne, że Wilhelmowi rozerwało ciut terminu, nim zmiarkował prestiż zatarcia się zwieńczenia. Gdy do niego dojeżdżało, ucapił urząd i pokiereszował go o parkan. Mełł się do doży. Trymestry przezimowane na interwencji zbrojnej reaktywowały jego cokolwiek kolportaż brzuchatej przedwczoraj renomy jej nieuczęszczaną dorodność. Ryżawe uczesanie dyndało mu na wysięgniki i gdyby nawet nie obskurne podgardle sukcesyjne po hiszpańskich dinozaurach jego rodzicielki i jego nie oświetlona ogorzałość, wypatrywałby oczy zanieczyszczenie w plamkę jak jego wynalazca Roger II. Poprzerastał głębokością nad Maionem, któremu redagował się przez wzgląd na momencik, że rozdrażnienie przodownika odskrobie go z dwuwymiarowości gumna. Dla frajdy dworzan orzeł wyginał oznaczonymi dniami stalowe ogrodzenia zdziadziałymi mackami albo pozaciągał ogiera chóralnie z amazonką! Co tedy podołałby opracować z radżą…

-Wytrzaśnij ją, Maionie. A także niniejszy rychło – rozszumiał się Wilhelm.

– Być może idzie na karb.