Oglądamy na dvd Adrianę Lecouvreur, niemożliwie kiczowatą operę Francesca Cilei w stylu podróby Pucciniego. Synopsis: księżna de Bouillon (sic) truje sławną aktorkę Adrianę bukietem nasączonych jadem fiołków w ramach rywalizacji o faceta. Czegoś jednak w tym libretcie nie rozumiem i dociekam, czemu księżna zrobiła przedtem tytułowej Adrianie afront, na co ta zareagowała napadową recytacją Fedry Racine’a (po włosku, oczywiście). Daję przy tym popis widowiskowego niezrozumienia realiów epoki. Rabbio objaśnia:

– Zazdrosna była.

– Ale o co?

– O miłość, a o co.

– No nie wiem, może o to, że tamta jest…

– Aktorką? Zazdrosna? Ona jest księżniczką! Aktorka, początek XX wieku! Toś wymyślił.