Archives for the month of: Luty, 2013

Opowiadali mi dawno temu rodzice*, że oglądali w telewizji (słuchali w radiu? czytali w gazecie?) za czasów słusznie minionych tudzież w równie słusznie minionych latach dziewięćdziesiątych reportaż o linczu w jakiejś małej miejscowości. Kilku lokalnych mieszkańców wyraziło swoje votum nieufności wobec sołtysa czy kogoś takiego na drodze użycia siekiery ze skutkiem śmiertelnym. Jeden z zamieszanych w tę sprawę, zapytany przez dziennikarza, czemu to zrobili, odpowiedział:

– Komunistą był, ludzi gnębił, to wzielim i zabilim.

——————————————————————

* Jeżeli ktoś kojarzy tę historię, to będę bardzo wdzięczny za wszelkie bliższe informacje, względnie sprostowania.

Rodzice opowiedzieli mi dzisiaj, jak kiedyś, mając cztery lata, kiedy mój ojciec wrócił do domu z zagranicy po półrocznej nieobecności, rzuciłem mu się na szyję i zawołałem:

– Tatusiu, ja cię nie poznaję!

 

– Chciałem polubić, ale nie mogę, bo już lubię.

*

– Zobacz, co ja mam.

– Co masz?

– Nic nie mam.

*

– Jak tak możesz!

– Jak? Tak[,] mogę.

*

– To jeszcze jakieś czipsy.

– O tej porze są tylko te.

– Niech będą.

*

– To było niezwykłe, jakbyś mi trzymał serce w garści.

– Ale ja ci trzymałem[…]

– Latem mi się coś robi od słońca, więc noszę białe bawełniane rękawiczki.

– Białe rękawiczki?!

– No tak, bo nie mam w innych kolorach.

– Co ty powiesz. A nie rozważałeś możliwości noszenia mufki?

– Zrobię sobie mufkę z twojej dupy! Na lato!

Moi rodzice mają różne fajne powiedzonka. Przytaczam dwa, tyleż zabawne, co specyficzne:

*

Mam dreszcze i proszę o jeszcze.

*

Nic nie bolało i jeszcze za mało.

– Sypiałem kiedyś z jednym typem za seks.

– Za seks?!

– Weź mnie nie łup za słowa.

– Niebywała precyzja.

– No jasne, to przecież Kleiber dyryguje. Spróbowałaby się pomylić, toby ją zakłuł batutą.

– W bok?

– Nie ukłuł; zakłuł. Na śmierć.

Rozmowa o doktor Ewie Iwan-Chuchli (por. tutaj)

– Ile ona ma lat?

– No nie wiem, ze czterdzieści, czterdzieści pięć, wygląda nieźle…

– Myślałem, że powiesz, że ma siedemdziesiąt, bo wygląda na sześćdziesiąt.

Jakiś czas temu w księgarniokawiarni znanej też jako „Duży Pokój” lub „Bawialnia” wygrzebaliśmy taki ładny wierszyk Wandy Chotomskiej:

Do redakcji „Kurnika” przyszła kaczka tłumaczka

I przywiozła walizkę rękopisów na taczkach.

Pan redaktor się skłonił, musnął wąsem i baczkiem,

Najpierw zerknął na kaczkę, później spojrzał na taczki

I uprzejmie zapytał: – Pani książki tłumaczy

z angielskiego na polski? – Nie, z gęsiego na kaczy. –

Co? Z gęsiego na kaczy? W głowie mi się nie mieści!

Czyżby gęsi i kaczki tez pisały powieści? –

Oczywiście, że piszą, a ja właśnie tłumaczę

każde gęsie „gę gę gę” na „kwa kwa kwa kwa” kacze.

Proszę, oto jest próbka, niech pan w piśmie zamieści,

W tłumaczeniu na kaczy ślicznej gęsiej powieści:

„KWAŚ KWAKAŁA W KWASTWINIE”, tak się powieść zaczyna…

Pan redaktor osłupiał: – „KWAŚ”? „KWAKAŁA”? „KWASTWINA”?

Co to znaczy? – To proste! Wciąż pan nie wie, co znaczy?

„GĘŚ GĘGAŁA W GĘSTWINIE” w tłumaczeniu na kaczy…

Frazy z wyszukiwarek, po których ludzie trafiali ostatnio na mrówkodzika. Co ciekawsze wytłuszczam.

 

proktopenteteris

edward gorey kto to hipster     

dzieciece hasla cytaty otlenku wegla    

autor wiersza „prysk”

knur murzasichle-

tortury kobiet pochwy 

mówili kachnie, że jej z dupy

feromony suki

koszulka z mrówkojadem w swetrze

trucizna wypracowanie  

w damskich ciuchach na codzień opowiadania

bach – jam dość rad

okowy grzechu

jak wymawia sie rimming  

łechtaczka, wiersze

ruchanie dentystka opowiadanie

jakie grupy działaja w parafi co przyblizaja do boga i poma      

Piątkowy recital. Po raz kolejny: nie żałuję, że poszedłem, bo dzięki temu nie muszę żałować, że nie poszedłem (tak samo było z Manon). I gryźć się, że może straciłem coś dobrego, ciekawego.

Była pani, która śpiewa dwoma głosami na zmianę: w dole jest dobrej klasy fisharmonia, a w górze – przyzwoity akordeon. Niby nieźle, ale jak się spodziewasz usłyszeć organy, to trudno nie czuć się rozczarowanym. Bo ani to Silbermann pod palcami, ani Koopman czy Preston przy stole gry; gdyby było chociaż jedno, toby się broniło.

Rozumiem, że to taki styl, maniera, że charakterystyczna, i że kobieta dojrzała i role dojrzałe śpiewa, postacie przez czas bezlitośnie posunięte, na śmierć idące, mękami trapione, przez życie doświadczone. Ale można to oddać, nie robiąc z nich karykatury. Bo jest różnica między ukazaniem starości, niedołężności w jej przykrym, drażniącym też niekiedy kształcie, a robieniem z tego kabaretu (celowo bądź nie). Pokazać kogoś, kto  niedomaga, zapomina, cierpi – choćby i nieestetycznie, zachowuje się uciążliwie to nie to samo, co robić na niego zbliżenie, gdy się przewraca na śliskiej podłodze i wywijając rękami, upada z głośnym pierdnięciem. Śmieszne? Niesmaczne? Niepotrzebne? Co najmniej wątpliwe.

Rozumiem, że kwestia „po co” ustępuje tu przed pytaniem „dlaczego”, na to drugie jednak nie mam siły  próbować odpowiadać.

Na gorzką osłodę pomieszczam przykład mądrze i stylowo zaśpiewanej przez Podleś arii hrabiny z Damy pikowej.

– Dzisiaj coraz częściej ludzie piszą samo serdecznie zamiast pozdrawiam serdecznie na końcu mejla.

– Ja piszę: łączę wyrazy.

Szacunku?

– Nie, po prostu.

– Może: łączę wyrazy… bliskoznaczne?

– Tak: łączę wyrazy bliskoznaczne: jesteś głupią kurwą/dziwką/ślorą/suką.

Rzadko zamieszczam dowcipy, ale ten mnie ubawił setnie.

Dwie śpiewaczki operowe zostały nabite na pal. Jedna siedzi spokojnie, przyjmuje to z godnością, a druga wierci się, kręci, jęczy i stęka. I ta spokojniejsza patrzy na nią, i mówi z przekąsem:

– A koleżanka co, znowu pewnie źle obsadzona?

– A czy Głowacki napisał jakąś dobrą powieść?

– Tak. W dziewiętnastym wieku. Lalkę.

– Powodzenia!

– Nie ma czego.

– I zginął, umarł, bardzo w stylu lat osiemdziesiątych.

– W strzelaninie czy bardziej na AIDS?

– W pewnym sensie na oba: najpierw się strzela, a potem umiera.

– Uśmiech odmierzaj na uncje, łzy zostaw sobie na później.

– Właśnie mnie naszła ponura ochota, żeby się oddać bezmyślnej rozpuście.

Truizm bywa dla wiedzy tym, czym kicz dla sztuki. A przynajmniej uczuć.

Tango
Z różą w zębach
Spróbuj odebrać mi tę różę
Ustami po nią śmiało sięgaj
Jeżeli pragniesz
Bym tańczyła
Z tobą dłużej

[J. Kofta]

– Możecie się pobawić w doktora.

– Chyba niekoniecznie…

– No tak, skoro on naprawdę jest akurat chory, a ty naprawdę jesteś lekarzem, to już nie jest takie zabawne.