Piątkowy recital. Po raz kolejny: nie żałuję, że poszedłem, bo dzięki temu nie muszę żałować, że nie poszedłem (tak samo było z Manon). I gryźć się, że może straciłem coś dobrego, ciekawego.

Była pani, która śpiewa dwoma głosami na zmianę: w dole jest dobrej klasy fisharmonia, a w górze – przyzwoity akordeon. Niby nieźle, ale jak się spodziewasz usłyszeć organy, to trudno nie czuć się rozczarowanym. Bo ani to Silbermann pod palcami, ani Koopman czy Preston przy stole gry; gdyby było chociaż jedno, toby się broniło.

Rozumiem, że to taki styl, maniera, że charakterystyczna, i że kobieta dojrzała i role dojrzałe śpiewa, postacie przez czas bezlitośnie posunięte, na śmierć idące, mękami trapione, przez życie doświadczone. Ale można to oddać, nie robiąc z nich karykatury. Bo jest różnica między ukazaniem starości, niedołężności w jej przykrym, drażniącym też niekiedy kształcie, a robieniem z tego kabaretu (celowo bądź nie). Pokazać kogoś, kto  niedomaga, zapomina, cierpi – choćby i nieestetycznie, zachowuje się uciążliwie to nie to samo, co robić na niego zbliżenie, gdy się przewraca na śliskiej podłodze i wywijając rękami, upada z głośnym pierdnięciem. Śmieszne? Niesmaczne? Niepotrzebne? Co najmniej wątpliwe.

Rozumiem, że kwestia „po co” ustępuje tu przed pytaniem „dlaczego”, na to drugie jednak nie mam siły  próbować odpowiadać.

Na gorzką osłodę pomieszczam przykład mądrze i stylowo zaśpiewanej przez Podleś arii hrabiny z Damy pikowej.