Archives for the month of: Czerwiec, 2013

To jest taka średnia warszawska pensja.

[Robert Biedroń o zarobkach premiera]

*

Związki homoseksualne mają przewagę nad heteroseksualnymi i są wartościowsze. Tu bowiem dwoje ludzi żyje dla siebie nawzajem. Nie dla otoczenia, rodziny, dzieci, ale właśnie tylko dla siebie.

[Maria Szyszkowska]

*

„Mariusz Szczygieł nie zamierza na razie zdradzać, kim był „N”, czyli informator który, powiadomił go o sprawie. – Być może ujawnię to w następnej książce – mówi.”

[za natemat.pl]

*

Obiekty autorstwa Krzysztofa Franaszka, mimo że indywidualne i autonomiczne, tworzą jednocześnie wspólną, kilkuczęściową konstrukcję definiującą kubik galerii we wszystkich jego wymiarach, włączając w tę relację także poruszającego się pomiędzy nimi widza. Zakwestionowana zostaje dominanta jednego kierunku – wektory prowadzą zarówno wertykalnie, jak i horyzontalnie, ściana staje się równoprawną podstawą dla obiektów wybiegających daleko i głęboko do wnętrza pomieszczenia, dzięki czemu punkty odniesienia i sposoby percepcji stają się zmienne.

[CSW, jak sądzę Kaja Pawełek]

*

Masaże klasyczne, tkanek głębokich i relaksacyjne, manipulacja powięzi, techniki energii mięśniowej, terapia manualna i punktów spustowych. Zapraszam!

[Fizjoterapia Wójtowicz]

*

Hinten?

[Robert Lewandowski]

– W ramach czegoś w rodzaju coming outu powiedziałem w redakcji przy wszystkich: „A jej syn, z którym chodziłem do klasy, to ma fajne łydki”. Nie wiem, czy ona mnie nie słuchała, czy jakaś nieprzytomna jest, ale podobno potem pytała ludzi, czy widzieli, jak się jej gapię na cycki.

– A duże ma?

– Skąd mam wiedzieć, nie patrzyłem.

 

– Koc też wyjmę, będzie oprzonko pod plecy.

– Właśnie, jak ty nazwałeś poszewkę od swojej ulubionej mojej poduszki? Tę od „flaczka”?

– Wywłoczko.

– Oprzonko, wywłoczko, to co ty jeszcze tam masz?

– Chore oczko.

– Czy masz jeszcze ten wielofunkcyjny dzyndzel do czegoś tam?

– „Trupiej czaszki nigdy nie brakuje za zalotną maską, a życie jest tylko szatą z dzwonkami, którą Nic zawiesiło na sobie, aby nimi dzwonić, i którą na koniec rozedrze i odrzuci.”*

– Za zębami natomiast niekiedy brakuje katedry podniebienia, w której mogłoby wybrzmieć milczenie. Niestety, zdarza się i beknięcie z krypty.

—————————————————————————————

A. Klingemann, „Straże nocne”, fragment zacytowany przez pewnego bardzo ponurego osobnika.

– Czuję się jakoś… Dziwnie. Nie wiem, co to oznacza.

– To znaczy, że chce ci się czegoś, albo jeszcze czegoś ci się nie chce.

– Powiedzieć, że program partii komunistycznej był w owym czasie był dla Polski najlepszy, to tak jakby stwierdzić, że seks był najlepszym programem dla tego, kto w jego trakcie zaraził się kiłą.

– Gdzie mieszkasz?

– Na Ochocie. Ochota najlepsza!

– Ja na Woli, Wola jeszcze gorsza.

*

– No czegóż chcieć więcej?

– Miałbym parę sugestii.

*

– Jak będę sobie szukał faceta, pomyślę o kimś takim jak ty.

*

– To bekaj.

– Po co?

– Co po co?

– No.

– Po co co?

*

– Bądź uprzejmy.

– Pierdoli mnie to.

– Nie ma już pełni, ale może zaraz będzie księżyc.

– Wyglądała jak skrzyżowanie gustu rosyjskiej Wenus z amerykańską prostytutką. Ze wszystkiego niezadowolona, zniesmaczona. Komentuje kostium: „Kto to słyszał w takich szmatach śpiewać… Ja śpiewałam Halkę w stroju łowickim – pięknie wyglądałam!”

– I co, będzie ruch tłoka w cylindrze?

– Żeby poruszył się tłok, musi powstać ciśnienie.

Tajny D. miał w Warszawie pied-à-terre wynajmowane w… Katedrze! Nie Świętego Jana, tylko jakiejś innej, również położonej na Starym Mieście, nieistniejącej w rzeczywistości, o bardzo dziwnej architekturze, jakby była pozlepiana z wielu różnych kościołów mniej więcej gotyckich, ale ładnej.

Do tego wysokiego jednopokojowego mieszkania z antresolą wchodziło się przez średniowiecznie wyglądające drzwi z kaligraficzną mosiężną tabliczką: „Nie wchodzić. Mieszkanie prywatne”.  Kiedy zapytałem, ile za nie płaci, odparł po anglosasku, że pięćdziesiąt tysięcy rocznie, co po podzieleniu przez dwanaście dało nam tysiąc dwieście.

Bardzo miły lekko zgrzybiały proboszcz tego kościoła serwował wiernym różowe wina (twierdząc z przekonaniem, że inne to rozpusta), z chóru ktoś wesoło śpiewał luterańskie chorały przy fałszywym akompaniamencie ligawy, a w nawie bocznej wyłożonej tandetną sosnową boazerią odprawiano nabożeństwo po grecku. Wyszedł z niego starszy mężczyzna, podszedł do stolika z dewocjonaliami i próbował oprawić jakąś książkę religijną w ramkę zabraną ze świętego obrazka.

Chciałem zagrać na miejscowych organach, ale proboszcz kręcił nosem, aż wreszcie zgodził się, zaznaczając, że musi mi towarzyszyć jakaś kompetentna sopranistka. Z Tajnym D. zaś wstępnie ustaliliśmy, że przejmę to mieszkanko mniej więcej od września.

– Less more, more less.

– Z zimy gwałtownie robi się lato, tak gwałtownie, że drzewa nie nadążają kwitnąć, a potem się znowu ochładza szybko i pada deszcz z gradem (i tornadem).

Wybór fraz, po których w ostatnich dwóch tygodniach trafiano – głównie przypadkowo, jak widać – na mrówkodzika.

 

sonet szekspira najsmutniejszy

złote myśli stuła

poprawna nazwa tzw rzygownika

gry rodzenie i ruchanie

„golenie głowy” rekonstrukcje historryczne

zupa czernina wiersze

jak powstaje dziecko przez ruchanie

kurczenie penisa po amfetaminie

kokieteria a rebours co to

śpiewaczka operowa łódż matka aldony orłowskiej

co w slangu gejowskim znaczy róża ?

kot z herbu pruszkowa

mloda i dziadek daje odbyt i sra

Słuchamy utworów Othmara Schoecka. Chóralny Postillon op. 18. Rabbio docieka:

– Z jakiej zabitej dechami niemieckiej dziury jest ten chór, że… tak dobrze śpiewa?

 

Potem zerkamy na koncert na róg tegoż. Rabbio rzuca:

– A, to jakaś piątoligowa orkiestra, o poziomie której FN może tylko pomarzyć?

– A czy ty, kiedy miałeś swoją pierwszą hodowlę pańską…

– Pierwsze co?!

– Tfu, pierwszą komunię świętą…

– Ja jakoś do tej pory nie mogę się przekonać do Lutosławskiego.

– Sądzę, że Lutosławski nie miałby nic przeciwko temu.

– Tak, i powiedziałby mi to po francusku.

– W porównaniu z tobą on jest wręcz wodospadem, lawiną emocji.

– To prawda, dla mnie ideałem emocjonalności byłaby ameba.

– Ale ameba też…

– M a r t w a  ameba.

Rabbio trzyma w ręku tom poezji i wyczytuje nieskładny potok bezładnie pozestawianych słów. Zerkam, widzę, że książka jest otwarta na okolicach końca. Upewniam się:

– A, bo ty czytasz spis treści?

– Nie, popatrz, to jest taki wiersz.