Archives for the month of: Wrzesień, 2013

– Staroraku!

– Staroraku?

– Wiesz, co to są staroraki? Takie morskie, na przykład skrzypłocz.

– Skrzypłocz? Nie wiem, jak to wygląda. Czy to jest podobne do widłaków?

– A więc rozwód.

– Przykro mi, nie wiedziałem.

– Nic takiego. Myślałem, że będę płakać, a będę się płukać.

– Ale ta drag queen się wypina i kręci tyłkiem! To bardzo kobiece!

– Kobiece srece. Wypina tyłek, bo wtedy jej fiuta nie widać, a chyba ma co ukrywać.

– Ja już wiem, wyście pojechali zbierać te małże wcale nie w celach naukowych, tylko żeby je zeżreć.

– Etam, pojechaliśmy zbierać, bo moja koleżanka z pracy chce zrobić habilitację, ale nie ma z czego i potrzebne jej małże. Doktorat zrobiła też z małży, ale kopalnych.

– Och, to można powiedzieć, że ona zęby na nich zjadła!

– Jjjuż! Obraziłem!

– Kogo?

– Ja!

– Kogo?!

– Siebie!

– Popatrz, Halotan Records ma w polubieniach. Halotan to jest chyba jakiś anestetyk wziewny, nie wiem, czy to jeszcze stosują.

– On ten halotan wdycha i każe sobie wkładać stopę do dupy?

– To nagrania są. Czekaj, sprawdzę, czy to na pewno to, co mi się wydaje. „Halotan – organiczny związek chemiczny, fluorowcowa pochodna etanu. Związek ten ma silne działanie uspokajające”.

– No, można być niespokojnym, jak się ma stopę w rzyci.

– Sport to jednak zdrowie. Gdybyśmy szli pod górę Tamką, to niechybnie dostalibyśmy po pysku od pijanych drecholi – ale ponieważ biegliśmy, to tylko obrzucili nas butelkami (niecelnie).

– Tacy pobożni młodzieńcy mogą być nerwowi, bo odczuwają podziemne wibracje z powodu wiercenia tunelu metra. Boją się piekła.

– Mieliśmy taką panią od religii w podstawówce. Miała strasznie dziwną wymowę. Mówiła „mydlmy się”. No to się mydliliśmy. Pewnego dnia cała klasa przyszła na lekcję religii z… gąbkami.

– Popatrz, prezerwatywa fluorescencyjna.

– Ależ to absurdalne świecić sobie do dupy.

– W darkrumie mogłoby to posłużyć za taką racę, flarę.

– No i możesz wreszcie zostać dogłębnie oświecony.

Znajomy proponuje koledze wieczór kinowy.

– Chcesz obejrzeć jakiś film?

– A jaki?

Piratów z Karaibów?

– Nie.

– To może jakiegoś Almodovara?

– Nie.

– No to co?

– A wszystko jedno.

– No to co robimy? [kaszle]

– Nawet chciało mi się gdzieś wyjść, a teraz już nie wiem; co za dzień.

– Pytasz mnie? [kaszle] Mi się średnio chce, ale jeśli tobie tak, to mogę się dostosować.

– Możemy połączyć średnio przyjemne z dość pożytecznym.

– Nie będzie mi wolno mówić, żebym nie kaszlał, tak…?

– Nie. Miałem na myśli pójść do całodobowej apteki na placu Zbawiciela po thiocodin, a potem ewentualnie wstąpić na drinka.

W tym roku 25 sierpnia wypadł dla mnie 26-go. Poszliśmy późnym wieczorem na koncert Nelsona Freire, którego przybycie na występ niemal do ostatniej chwili nie było pewne z powodu poważnych kłopotów pianisty ze zdrowiem. Po Brahmsie, Prokofiewie i Chopinie zagrał na bis chorał z kantaty 147 w transkrypcji Myry Hess.

Wpisując „Freire bleibet” do wyszukiwarki, nie liczyłem za bardzo na to, że znajdę to wykonanie. Ale się udało.

– Dopiero niedawno dowiedziałem się, że meraba nie znaczy po turecku „dziękuję”, tylko „dzień dobry”. I dotarło do mnie, że będąc w Turcji, ku zdziwieniu kelnerów i sprzedawców mówiłem do nich wielokrotnie meraba, bo chciałem być taki miły.

– Oj, będę jutro niewyspany.

– Oj. Ja ciągle jestem: ktoś się tłucze po nocy, choć nie wzywa pomocy.

– Ja się tłukę i upadlam czasem, widać trzeba. Jadę, jadę. Do domu dojeżdżam. Pić mi się chce i spać, i rozmawiać też, co gorsza, o wzniosłych tematach…

– You have been drinking!

– Oj, no właśnie nie… Na trzeźwo, jak widać, jest nawet gorzej.

– To jest piękna kobieta!

– Tak… To jest… człowiek… o… nieprzeciętnej aparycji.

————————————————-

Patrz także: tutaj.

– Jedna położna mówiła mi, że ból porodowy to jest taki ból pierwotny i to trzeba zaakceptować, to trzeba przeżyć, i to jest dobre.

– Czyli najlepiej sobie tym dzieckiem w tę i we w tę…?

– Napastowała nas wczoraj kobieta!

– Jak to kobieta?

– No kobieta, prawdziwa kobieta, z cipą, w sensie, taka po czterdziestce.

– Ale jakim cudem?

– No nie wiem, przy okazji pozdrowieniowych pocałunków chciała nam wkładać język do ust. Ma na imię Halina.

– Halina… Tak, to jest takie imię, które predestynuje, predysponuje do bycia napastliwym w pewnym wieku.

W telewizji produkuje się jakiś nadzwyczaj dostojny mężczyzna w czarnej marynarce ze stójkowym kołnierzem. Z mentorskim tonem współgra włos siwy, okulary potęgują blask światłego wejrzenia. Rabbio, który leży na łóżku tyłem do telewizora, wykręca głowę, zerka i pyta:

– A kto to? Ksiądz Boniecki?

– Nie. To Andrzej Seweryn.

– Co robią króliki na zimę?

– No nie wiem, śpią?

– Chyba coś jedzą.

– No pewnie, że jedzą, zawsze się je.

– Jak się śpi, to się nie je.

– Ale niedźwiedzie jak zapadają w sen zimowy, to przecież coś jedzą.

– Jak to jedzą?

– No mają tam przecież jakieś spiżarki… Nie…?

– Jamnik piszczy w kuchni.

– Udaje, że jest głodna. Nic jej teraz nie dam, bo jak rodzice wrócą, to i tak ją nakarmią, plus jej nocne żarcie jak zwykle, i zje dzisiaj trzy obiady zamiast dwóch.

– Cztery. Bo twoja matka, przekonana, że głodziłeś jamnika, nakarmi go podwójnie.