Archives for the month of: Grudzień, 2013

Rabbio opowiadał, jak był kiedyś na spotkaniu towarzyskim w większym gronie z pewnym przewrotnym znajomym, który zobaczył stojąca nieopodal Maję Komorowską, zaczaił się za nią chytrze  i zaczął poszeptywać zjadliwie w jej kierunku, ale tak, żeby nie wiedziała, skąd dobiega ten pospieszny, tnący jak brzytwa, napastliwy szept:

– Boga nie ma! Boga nie ma! Boga nie ma…!

Nieszczęsna, chociaż nerwowo rozglądała się dookoła, to nie udało się jej wypatrzeć czarta, co wlewał jej w uszy truciznę tych słów.

Niebawem znajomy zauważył też Roberta Janowskiego. Podszedł więc do niego, pierdnął siarczyście i zapytał tonem niewiniątka:

– Jaka to melodia?

proseko

[Z dedykacją dla JoF. i jej nożyka do otwierania proseka.]

– Drugi kieliszek mi bardziej smakuje.

– Drugie kieliszki mają to do siebie.

– Zwłaszcza że to jest czwarty.

Vrublini opowiadał kiedyś, że jego babcia ciągle płacze. Jak się okazuje, płacze również dziadek. Vrublini wyjaśnia dlaczego.

A bo płacze, bo chował się w tych ziemiankach na Wołyniu.

A bo płacze, bo byli źli Polacy i byli dobrzy Polacy, tak jak byli dobrzy i źli Ukraińcy.

A bo dostał książkę o Wołyniu i płacze; płacze, że przeżył i może teraz czytać o tym w książkach.

Tylko nie wiem, dlaczego nie płacze, że o tym czyta, bo to chyba niezbyt miłe wspomnienia.

Co ciekawsze frazy, po których trafiano przez wyszukiwarki na mrówkodzika w ostatnich tygodniach. Wytłuszczam co tłustsze.

maksyma taktu

slang pokazać mrowkojada

co oznacza w żargonie młodzieńczym btw

palcowka na mrozie

dupa i dzik

co to znaczy leje jak scebra?

bieda- opowiadanie erotyczne

nie ma sensu kupować kredensu

dildo w kształcie psiego

zboczone wierszyki o myciu rączek

matka spolkowala z synem

porno firanki

łiljam szekspir cytaty

jakby toby

http://www.onet pl pisownia wujek

porno gej z owłosionom klatom, dupą i penisem

długosz fiuta podczas wzwodu

– Widziałem profil jakiegoś kolesia zgrywającego heteryka, który to profil nazywa się straght coś tam. Biedaczek, nie zauważył, że mu z tego straight wypadło… I.

– To co, pojedziesz ze mną do moich rodziców na Wigilię?

– Tak.

– A będziesz grzeczny?

– Tak.

– I bezkonfliktowy?

– Taaak.

– Czyli nie do końca taki, jaki zwykle jesteś?

– Tak! Trzy razy zaparłem się siebie. A na dodatek to nie te święta.

 

– Kto to napisał?

– Geoffrey Koziol z uniwersytetu w Kalafiorni.

– Kalafiornia? Bardzo mi się to podoba. A co to ma wspólnego z kalafiorami? Chodzi ci o wygląd ludzi tam?

– O ich głupotę.

– Ale kalafiory nie są chyba wybitnie głupimi roślinami.

– Ale  s ą  roślinami.

– Tak czy siak bardzo podoba mi się to określenie, Kalafiornia. Nie mogę się przestać śmiać. Brzmi, jakby tam hodowali kalafiory albo zajmowali się ich przetwórstwem na masową skalę.

– Bo się zajmują!

– Nie bądź taki surowy wobec Glenn Close.

– Co się dzieje po zatruciu arszenikiem?

– Różne rzeczy, zaraz ci przeczytam. O, mam. Bóle brzucha, nudności, wymioty, biegunka, bóle głowy, wylewy do mózgu, utrata przyjemności, wstrząs i śmierć.

– Utrata przyjemności!

– Oboże, znowu bredzę. A nie, jednak mam rację, bo piszą, że w leczeniu takich zatruć stosuje się… BAL*!

————————————————————–

* Jak się potem okazało, BAL to skrót ot British anti-Lewisite, dimerkaprol, antidotum na luizyt.

– Zabawny zbieg okoliczności, że ty i Robak z Japka macie urodziny tego samego dnia.

– I mistrz Treliński też.

– Mógłbyś do niego pójść i powiedzieć: „Mistrzu, jestem tak wielkim admiratorem pańskiego dzieła, że zmieniłem sobie urzędowo datę urodzenia na taką samą jak pańska. I pesel, tak żeby sumował mi się do liczby, dajmy na to, dziewiętnaście, bo T jest dziewiętnastą literą alfabetu”.

Obaj cicho liczymy. Doliczywszy się, kontynuuję:

– T jest faktycznie dziewiętnastą literą alfabetu, jeśli nie liczyć Q.

– Ale trafiłeś! A ty wiesz, jak ja liczyłem? A, B, C, D, E, F, G, A, H, C… I dopiero jak byłem znowu któryś przy tym C, to się zorientowałem, że coś jest nie tak.

– A wiesz już, co tam dalej jest po G…?

– Zastanawiam się…

– I co, wymyśliłeś?

– Wiem! I, J, K.

– W tym przypadku to raczej „idiotka”.

– Tak. Nie jest dobrze.

– Chociaż do Trelińskiego do pasuje – błąd na poziomie skali, na poziomie alfabetu.

– Żeby zaśpiewać operę w innym języku, to się trzeba uczyć nie tylko nowego tekstu, tylko w ogóle od początku. Taka na przykład Birgit Nilsson śpiewała Zamek Sinobrodego, owszem, ale tylko po niemiecku i po szwedzku.

– Co ty gadasz! Śpiewać węgierską operę po szwedzku to jak wsadzać sobie wibrator w kształcie cipy!

– Porozmawiam z nią, wiesz, zawsze lepiej się dowiedzieć prywatnie, wprawdzie to nie rodzina, ale znajomy…

– Po mieczu?

– Co po mieczu?

– No, znajomy po mieczu?

– A ja nie wiem, czy ja tam mam miecz czy kądziel…

Dziś wyjątkowo a/varia z komentarzem, bo mamy szczególne cudo.  Chodzi o rozmowę z niedawnego numeru „Dwutygodnika”.

Pomijam już afektacje na temat trybu subjuntivo (który, nawiasem mówiąc, ma polską nazwę), jakich można by się spodziewać prędzej po egzaltowanym uczniu liceum dwujęzycznego.

Ale czy ktoś mi może powiedzieć, co to ma być „literatura hispanojęzyczna”? Coś takiego jak literatura polonojęzyczna, germanojęzyczna, frankojęzyczna, italojęzyczna, rusojęzyczna, fennojęzyczna, hungarojęzyczna, bohemojęzyczna, lituanojęzyczna, białorutenojęzyczna i wreszcie sinojęzyczna…?

Iberystka i tłumaczka literatury hispanojęzycznej. Wśród jej przekładów znalazły się książki takich autorów, jak Mario Vargas Llosa, Isabel Allende, Javier Cercas i Javier Marías. […]

Iberysta i tłumacz lieratury hispanojęzycznej. Przekładał książki m.in. Mario Vargasa Llosy, Gabriela Garcii Marqueza, Ruiza Zafona, Javiera Maríasa i Roberto Bolano. […]

– Wezmę parasol, mam w domu deficyt parasoli.

– A ten nie jest twój?

– Nie, ten jest twój.

– Więc ten, który wziąłeś na wyjazd, to tak naprawdę mój?

– Tak, był u mnie już od dłuższego czasu.

– Rozumiem.

– Kiedy zadzwonisz?

– Zadzwonię.

– A ty dawałeś, czy ruchałeś?

– Ja też aktywny, tak jak ty.

– A, to ja dawałem.

*

– Daj mi spokój. Popatrz, tam jest mój facet i zaraz ci spuści łomot.

– Że niby ten facet to ja…?

– Były?

– A nie przyszły?

– Prędzej niebyły.

– Popatrz jakie nazwiska! Tu jakieś indyjskie, to polskie, tam jest chyba bałkańskie, to wygląda na afrykańskie…

– Bo to nie domofon, to restauracja „Kuchnie świata”. No, to na co masz dziś ochotę?

W szkole, w której uczy matka znajomego, pewien chłopiec został przyłapany na oglądaniu filmików pornograficznych. Wyjątkowo odrażających i grzesznych. Skonsternowane nauczycielki wezwały jego matkę i zaczęły się jąkać:

– No bo, proszę pani… Jest taka sytuacja, że… Pani syn… On tak jakby… Nie wiemy, jak to opisać… O, to może pani pokażemy!

I pokazały.

– Zdarza mi się mylić intuicję z nadzieją. Chociaż mam nadzieję, że tak nie jest, to intuicja podpowiada mi, że tak właśnie jest.

– A skąd oni wezmą na to miejsce?

– Jest duże zaplecze, bo tam, gdzie się mieści dzisiaj klub, przedtem była cukiernia czy mięsny.

– No to akurat na klub gejowski: coś między cukiernią a mięsnym.

*

– Czerwone?

– Czarne?

Pustelnia Parmeńska.

– Tak staro wyglądam?!

Słowa są nieobecne w twej pieśni, Dydono,
stos żałobny zaszemrał, jeszcze nie zapłonął,
wypłoszywszy jaszczurkę. Morze jest jak spodek,
i tak jak słowo, sedno ukrywa pod spodem.
[…]
Tę opowieść dla innych chyba przeznaczono
kobiet. Milczysz królowo i nagle jak skowyt,
jak wilcze szczenię w mroku złowrogiej dąbrowy,
kiedy wpadłszy we wnyki przywołuje matkę,
tak ty śpiewasz, w dal patrząc za niknącym statkiem.
I w cyfrową lustrzankę chwytasz drobny promień
odbity od relingu, by sycić swój płomień.

[Anna Piwkowska, Lustrzanka z tomu pod tym samym tytułem, „ZL”, 2012, całość do przeczytania tutaj]