Archives for the month of: Czerwiec, 2014

– A ty umiesz robić Batmana?

– Umiem! A jak to się robi?

– I skończyłam na dnie.

– Co to znaczy być na dnie?

– Mówić co innego, niż się robi.

[Stanisława Celińska w rozmowie z Krzysztofem Kwiatkowskim, „Wprost” 24/2014]

Hop, hop.

 

[Znajomy opisuje swoje przebudzenie.]

Ranek w cudzym mieszkaniu po wspólnej nocy. Chłopiec puszcza gramofon, z którego idą dziwne dźwięki, jakby coś się spieszyło.

 Uwielbiam słuchać tego rano – powiada. – To Ariadna na Naksos.

Tak – odpowiadam, zerknąwszy – ale na przyspieszonych obrotach.

[Dwie wyborne sytuacje przeżyte i spisane przez Futurosioła, które publikuję za jej miłym przyzwoleniem. Po raz kolejny dzi(ę)kuję!]

Wczoraj za to robiłam zakupy na bazarze u przygłuchego dziadka. Poprosiłam go o jedną cukinię
– Jedną? – zapytał nieco zdziwiony.
– Jedną. – potwierdziłam.
Kiedy on po nią poszedł, oddałam się rozmyślaniom, jakie jeszcze warzywo jest mi potrzebne, aż w końcu uśmiechnięty dziadek przyniósł mi w foliówce jedną brzoskwinię.
– Ale ja prosiłam o jedną cukinie!
– Proszę?
– O jedną cukinię prosiłam! – i wskazałam w kierunku skrzynki z cukiniami.
– Moreli? – już się dziadek wyrwał z foliówką do skrzynki moreli, co się obok cukinii znajdowała, a ja za nim. W końcu bardziej na migi zrozumiał, że chodzi o cukinie, a pozostałe warzywa już sama mu podawałam.

Jednak mistrzostwo świata w niewyraźnym mówieniu osiągnęłam pewnego razu w osiedlowym warzywniaku.
– Poproszę jabłko – poprosiłam.
– A co to jest? – odpowiedziała zdumiona sprzedawczyni.

– … I w związku z tym jesteśmy zaproszeni na ślub.

– O, jak miło. To jedziemy.

– Przed ślubem jest wieczór panieński.

– A kawalerski?

– Też jest…

– Aha.

– No, ale my dwaj zostaliśmy zaproszeni na panieński…

*

– I co, napisali, że przyjdą do nas?

– Nie są pewni, bo mają zaproszenie na ślub i wypada im jechać, ale to daleko, więc mają wątpliwości.

– A czyj ślub?

– Jak to?

– No, kogoś z rodziny czy ze znajomych.

– Nie wiem, chyba z rodziny.

– To lepiej.

– Czemu?

– Bo do znajomych to słabiej.

– Słabiej co? Że można olać, czy nie można olać.

– No nie, do znajomych to nie olewać.

– Nie wiem, zerknę do maila.

– I co?

– To nie ślub!

– A co, pogrzeb?

– Żaden pogrzeb. Czytałem tego maila jednym okiem, jak gadałeś o tym ślubie i wieczorze kawalerskim, i panieńskim, i mi się przekręciło. Oni jadą na premierę przedstawienia.

– Czyjego? Kogoś z rodziny?

– „W reżyserii mojej znajomej, z którą współpracuję.”

– Twojej znajomej?!

– Jakiej znowu mojej znajomej?

– Tak powiedziałeś.

– Jej znajomej.

– Czyli nie z rodziny.

– No. Więc trzeba jechać.

– Może moglibyśmy skorzystać jakoś z naszych wad?

– Jakich?

– Wzroku, słuchu. Ty jesteś półślepy, a ja półgłuchy.

– No tak, to razem bylibyśmy jednym niepełnosprawnym, który miałby bilet za darmo, a drugi byłby sprawny…

– Więc wchodziłby za pół ceny jako opiekun!

– A którą stronę masz gorszą?

– Lewą.

– Ja też lewą. To jak byśmy stali do siebie?

– Boko-tyłem. Ja do twojego prawego oka swoim prawym uchem. A chodzilibyśmy bokiem, jak krab, żeby żadnego z nas nie dyskryminować.

 

 

– Ale nie przez krzaczory, dobrze?

– Przecież popsikaliśmy się tym na komary. Na kleszcze też pewnie działa.

– Ja tam nie wiem. Nigdy się tym nie psikałem. I nigdy nie miałem kleszcza. Kto wie, może ten środek je do mnie przyciągnie?

– Ach, salmiakki…

– Lubisz?

– Nie…

– Ale zjadłbyś?

– Tak.

Zasłyszane na paradzie (doniesione przez Tajnego D.). Jedna pani pod sześćdziesiątkę do drugiej:

– Dobrze, że ci faceci idą na paradę, przynajmniej nie siedzą w domu i nie piją.

– …Bo ona kochała Edmunda, który ginie w pocałunku… To znaczy ginie w pojedynkę… Tfu, ginie w pojedynku!

– Ja tam kiedyś byłem na naked party.

– I co, byłeś naked?

– Nie, byłem party.

*

– Pragniesz mnie?

– Trochę…

– To chodź tańczyć.

*

– Patrz, jak ja idę.

– Kulejesz?

– Bo mam żwir w bucie przecież.

– A, to dlatego.

– Nie tylko.

– No to jesteś kaleką czy nie, bo nie wiem, czy mam ci współczuć!

 

 

Futurosioł donosi:

– Dzisiaj próbowałam zdrapać wlepkę Legii White Legion, co ją dojrzałam spacerując z psem. Motto na niej wypisane brzmi „Niech ktoś nam kurwa powie, że nie mamy racji”. W dodatku nie chciała się zdrapać. Odniosłam moralne zwycięstwo, czyli porażkę. Jeszcze tam wrócę.

 

– Widziałeś to euro sado-maso?

– Coo?

– No, transparent, tu po prawej.

– Euro sado-maso?!

– „EUROSODOMA STOP”!

– Ty tylko o jednym.

Więc którą opcję wybierasz? Szybką i bezbolesną? Powolną i przerażającą?

Czy mozolne tłuczenie kijem po łbie, aż padniesz?

 

suicide booth

 

– Powiedziałem mu to.

– Co mu powiedziałeś?

Qué pequeñitas orejas!

– Co to znaczy?

– Że ma małe uszka. Śliczne ma. Myślisz, że zrozumiał?

– Nie wiem, ale pocałował mnie  w głowę i poszedł.

*

– Patrzcie, mam misia!

– Jakiego misia?

– Tu, misia maskotkę.

– Ojej, ale on ma… Cipę!

– Lepszy miś z cipą niż cipa z misiem.

*

– Podobacie mi się.

– On powiedział, że mu się podobamy? Nawzajem!

– Nie, powiedziałem: „Siedzicie sobie?”…

– A, tak czy siak nawzajem.

– Niech on ci opowie, co znalazł w toalecie w bibliotece. I to w części pracowniczej, niedostępnej dla czytelników.
– No, co tam znalazłeś takiego?

– Stolec.

– Stolec?

– W pisuarze.

– Rany boskie!

– No co, jelita!

– Ej, a pożyczyłbyś mi…

– Nie mam.

– Ale przecież widzę, że masz, bo płacisz.

– Płacę zbliżeniowo.

– Oj, nie przedstawiłem was sobie. A może panie się znają?

– Nie…

– A to  przepraszam, powinienem był powiedzieć „panowie się znają”.

– Mówi się, że jak ktoś kilka razy w tygodniu przesiaduje w tym samym barze, to jest meblem.

– Ta laska to taka miejscowa komódka.

– Może serwantka?

– Serwantka lepiej. Ona chyba ani ładna, ani mądra, w sumie całkiem miła jest.

– Politurę ma podniszczoną…

– Ale ma na pewno funkcjonalne schowanko na przybory do szycia!

– Słucham? Że niby tam, w dole? Ale do szycia…?

– Nie, skąd, to miało wyrażać, że jest taka sympatyczna właśnie. Wiesz, że wysuwasz szufladkę, a tam takie otwierane puzdereczko w środku zamontowane.