Rany boskie, skoro już muszą być wszędzie te końcówki rodzaju żeńskiego, to niech one przynajmniej będą z sensem i wymawialne. Czemu Karolina Wigura tytułuje się w biogramach adiunktką (sic)? Jak już musi, to niech będzie adiunktą, choćby przez analogię z ministrą. To w końcu łacińskie słowo, „adiuncta”, brzmi dobrze i jest uzasadnione. Doprawdy, „-ka” to nie jedyny formant rodzaju żeńskiego w polszczyźnie.

Ciekaw jestem, kiedy zapragnie, by tytułować ją człowieką, albo – idąc za słowotwórczym ciosem poniżej pasa – człowieczką. Przy okazji mnie, na przykład, mogłoby oburzać, że ktoś może o mnie powiedzieć, że jestem osobą. Przecież powinienem być osobem.

Na domiar dobrego w – całkiem dobrym skądinąd tekście – Karoliny Wigury znalazłem dwa przykłady femodywersji składniowo-fleksyjnej:

„A także kompleks: wstyd przed Zachodem, jaką żywią ludzie biedniejsi przed bogatszym sąsiadem”

„Jaki sens ma wolność? Czy naprawdę tylko taką, by z każdą dekadą żyć na nieco lepszym poziomie?”