– „My, ludzie sztuki, artystki i artyści, animatorzy, uczestnicy kultury, by bronić prawa każdego obywatela do nieograniczonego korzystania z dóbr kultury, powołujemy ruch KULTURA NIEPODLEGŁA.”

 – Dlaczego jest „artystki i artyści”, a nie ma „animatorki i animatorzy”, „uczestnicy i uczestniczki”?

– No właśnie! I czemu nie ma „kobiety i ludzie”?

 

 

– Ach, ten word. Podkreśla mi „wszech czasów”.

– A „wszechczasów” akceptuje?

– Czekaj… Akceptuje!

– W sumie ma trochę racji. Jest wszechświat i wszechrzecz, to muszą być i wszechczasy. Tak jak wszechnica.

– Ty, jeśli wszechświat to wszelki, wielki świat, a wszechczasy to wszelkie, wielkie czasy, to wszechnica to…

– Wszelkie, wielkie nic!

 

 

– Przestań, on jest po Ikapie! On ma kompetencje interdyscyplinarne i certyfikat z postmodernizmu! Zna się z definicji na wszystkim!

–  IKP-owiec jest zazwyczaj jak człowiek, który mówi: nie umiem za dobrze pływać, ale w liceum byłem trzeci w klasie z biegania, no i  lubię pojechać rowerem na piknik pod miasto, więc będę specjalistą od triatlonu.

 

 

– Czy nasi sąsiedzi pochodzą z kraju Goudą płynącego?

– Znaczy się z kraju graaaaaag*?

– Goudą Tencer!

 

————————————-

* por. chrachać w słowniczku .

– Takie numery chyba tylko w Starachowicach. Jako, że chciałem pojechać linią R na piachy (nad wodę) i nie byłem pewny czy dziś kursuje autobus, zadzwoniłem do ZTM. Pan uprzejmie poinformował mnie, że ze względu na pogodę (czytaj brak słońca) autobus dziś nie kursuje. Faktycznie jest fatalna: 24 stopnie i głównie słonecznie.

– Ej, uważaj, bo ci zaraz wlepią specjalną opłatę „klimatyczną” od konserwowanego tam klimatu à la PRL!

– Oshee masz? Ukryte?

– Jakie oshee?

– Napój oshee. Mam ochotę. Gdzieś mi mignął…

– Nie ma już chyba…

– Nie kłam! Widziałem, że leżał na wierzchu ukryty!

 

 

– Nie wiem, czy ona jest specjalnie inteligentna. Ale na pewno skuteczna i w pracy sobie radzi.

– A kim jest?

– Inżynierem.

– Z kobietami inżynierami jest jak ze świnkami morskimi – ani to świnka, ani morska.

 

 

– Ale po co spaniel? Nie lubię spanieli.

– Ja też. Moja ostatnia kierowniczka tak wyglądała.

– Nawet grzybior w zagajniku nieopodal wejścia do BN-u stanął dęba.

– Wklęsły owocnik sugeruje, że to jakiś stary grzyb.

– Proszę tu bez aluzji nikczemnych!

– Na pewno do Glamu by go nie wpuścili

– Ooo… Policzę się z panem ja.

– Za późno! Mane, tekel, fares, tere fere!

– Właśnie. Tere fere – a kuku to dopiero będzie.

– Z dwojga złego, to może już lepiej na muniu… To przynajmniej świadomości nie będzie.

 

 

 

 

– Na przekór słowom piosenki, życia z „Klanem” miałem szybko dość…

– Och, Ilonie Łepkowskiej jestem nie mniej wdzięczny. Nasza krajowa Ciocia Tandeta. Ciepła kluska stęchłego polskiego zaduszku. Wyrazicielka marzeń na miarę naszego braku możliwości. Społeczna edukatorka z naciskiem na „kat”, chemiczny utrwalacz stereotypów, petryfikatorka strefy komfortu, intelektualny last minute all inclusive.

– Dotarło do mnie właśnie, jak drastynicznie, tragopitulicznie durne jest wymyślone przez Jacka Cygana – bo kogóż by innego! – sformułowanie „mój sokole gromowładny”. WTF?! Aż się człowiekowi chutor w burzanie otwiera.

– Oj tam, oj tam. A “Galileo, Galileo, Galilileo let me go! Let me go! Bismillah let me go! Scaramouche, Scaramouche will You let me fandango?” Czy jakoś podobnie. Głupie? Głupie. Genialne? Genialne. Nie mieszajmy „rejestrów”. Co, oczywiście, nie znaczy, że „Dumka” jest genialna. Ale Cygan ma na koncie kilka evergreenów.

– Moim zdaniem ten tekst Queenów jest świetny na wiele sposobów – głównie dlatego, że coś wnosi, burzy, pobudza estetycznie. Cygan zazwyczaj robi coś przeciwnego. Kołysze polskiego cebulaka w jego snach z pasztetowej i salcesonu. Evergreeny – może i tak, ale wiecznie zielone dlatego, że są z plastiku.

 

 

– Ładny facet.

– Ale w mokasynach na nadmiernie opalonej stopie.

– Mokasyny… Co za obuwie! Zazwyczaj jeśli nie jesteś rodowitym Włochem po czterdziestce, sączącym veneziano na Trastevere, to wyglądasz w tym nieszczególnie. To znaczy on też wygląda nieszczególnie, ale przynajmniej jakby tak… Na swoim miejscu.

– Tak. Mokasyny to przeważnie taki obuw dla taniego czarusia-podrywacza znad Morza Śródziemnego. Włosy na żel, złoty łańcuszek na szyi i brak górnej lewej czwórki.

 

 

– Popatrz, jaka nazwa: III Wydział Rejestracji Stanu Cywilnego i Ksiąg Zabużańskich.

– I co jeszcze? Wydział Klechd, Dziadów….

-… I Baśni Cygańskich!

 

 

 

– Chciałem podrzucić do słowniczka: „lalalizm”, czyli wokaliza – może być „la la la” albo „o-o-oo”… Albo inne cóś – celem nabicia ZAIKS-u, który płaci od minuty wykonania.

– Taka wierszówka-nutówka! Czasówka. To chyba rodzaj bardzo niekorzystnej pożyczki. A nie, to chwilówka.

– Owszem, wysoko oprocentowana uszyma odbiorców.

– I poddana bezlitosnej windykacji estetycznej.

 

 

 

Tramwaj, sobotnie popołudnie, grupka ludzi poniżej 20 roku życia. Dziewczyna peroruje z przejęciem:

– …Bo zasada jest jedna: tylko bóg może mnie sądzić.

Na co jej towarzysz z grzywką odpowiada rezolutnie:

– Jest też inna zasada: ma być smacznie jak u mamy!

 

 

– Wiesz co, w odpowiedzi na to stwierdzenie to mógłbym się co najwyżej… Jak to było po grecku?

Antapoperdo. Cytuję definicję za słownikiem: „skopcić się w odpowiedzi na coś”.

– No właśnie, skopcić.

– Ty, skoro skopcić się to spierdzieć się, to kopeć oznacza pierd?

– Czy ja wiem… Chyba w tym przypadku rodzaj jakiegoś nerwicowego zatwardzenia. Zespół jelita drażliwego, typ zaparciowy. Bo idzie w zaparte.

– Pracowałem na turnusie z dziećmi rosyjskojęzycznymi.

– A ty mówisz po rosyjsku?

– Nie. Ale to bez znaczenia, bo one w ogóle nie mówią.

– A jaki to kierunek? Zespół Retta? Autyzm?  Surdo?

– Nie, z Kazachstanu.

 

 

– Odbieranie maili podczas urlopu to symptom choroby. Każdy wie jakiej.  Zaraz, zaraz… Urlop… hmm, to takie dni w roku, kiedy maile czyta się dopiero od południa?

– Tak! I jak to się mawia w kontekście pierwszego drinka – zawsze gdzieś na świecie jest akurat południe.