Archives for posts with tag: adopcja

– Znajomy dość wiekowy naukowiec z Zachodu adoptował razem ze swoim partnerem chłopca z Rumunii. Chłopiec się dobrze zapowiadał, zdolny był, grał na skrzypcach. Chcieli umożliwić mu rozwój i dobry start w życie. Ale okazało się, że jest mniej lotny i zdeterminowany, niż się spodziewali. Mimo trzydziestu lat na karku wciąż z nimi mieszka i ani myśli się rozwijać. Więc jakiś czas temu jeden z nich bierze mnie na stronę i mówi: You know, he’s such a disappointment!

– No, to stworzyli prawdziwą rodzinę!

 

 

Gdybym dzisiaj umarła, nikt nie odtrąbiłby żałoby narodowej. Nie byłoby salw i flag ściągniętych do połowy masztu.

[Anna Dutka, źródło]

*

Ja się na to nie zgadzam. Uważam, że tak jesteśmy stworzeni, żeby rodzina składała się z mamy, taty i dziecka. Ja nie chcę tu nikogo obrażać, to są gdzieś moje poglądy.

[Agnieszka Kaczorowska, źródło]

*

Mamę głównej bohaterki filmu „Cześć, Tereska” zjadł głuchy amstaf. Nikt nie wie, jak się nazywał, ale wielu chce go teraz adoptować jako ludojada ciekawostkę.

[wyborcza.pl, źródło]

*

MUSIAŁ ZERWAŁ Z WIĘDŁOCHĄ

[źródło]

*

Styl wspaniałej Jane wyprzedził epokę, co po raz kolejny potwierdza jej geniusz literacki. Na koniec dodam, że doskonała jest nie tylko treść książki. Na pochwałę zasługuję jej naprawdę urocza oprawa, która idealnie oddaje klimat powieści. Jestem pewna, że dzięki niej wasze domowe kolekcję będą jeszcze lepiej prezentować się na półkach. O tym, jak barwne i interesujące są dzieła Jane Austen, możecie przekonać się sami, sięgając po najnowsze wydanie Rozważnej i romantycznej. Gwarantuję, że sprawi wam wiele radości i na dobre zagościcie w świecie angielskiej śmietanki towarzyskiej z początku wieku.

[Katarzyna Ośko, źródło]

*

Będzie to tekst egzaltowany, pisany z nabożną czcią, bo inaczej o Jordim Savallu pisać nie umiem. Co – na szczęście – nie oznacza, że jestem bezkrytyczny wobec jego inicjatyw – zwłaszcza tych ostatnich, interdyscyplinarnych. A jednak… kiedy Savall gra, świat słucha w niemym zachwycie.

[Piotr Matwiejczuk, źródło]

– Kilka lat temu odwiedzam zaprzyjaźnionego weta w celu przycięcia Garfieldowi pazurów, w poczekalni siedzi też dobrze już starsza, bardzo elegancka pani z żółwiem. Żółw jest spory i ma popękaną skorupę, sklejaną i łataną czymś tam. Od słowa do słowa poznaję zdumiewającą historię. Otóż żółw pochodzi z transportu, który Niemcy podczas II Wojny wysłali na front wschodni, okradzionego przez krakowskich kolejarzy. Żółwie (zapewne z Grecji) miały wzbogacić żołnierską kuchnię Wehrmachtu, zamiast tego zostały zjedzone przez Untermenschów. Nie wszystkie – ten został zaadoptowany przez krakowską inteligencką rodzinę. Na starość zaczęły mu się mylić kierunki i któregoś dnia spadł z balkonu willi na beton. Weterynarz skleił popękaną skorupę, teraz pani z żółwiem przyszła do kontroli. Kiedy mi to opowiadała, żółw defekował zgrabną strużką na jej elegancki trencz. – Widzi Pan, jak on się denerwuje! – skomentowała.

– A czy ty, kiedy miałeś swoją pierwszą hodowlę pańską…

– Pierwsze co?!

– Tfu, pierwszą komunię świętą…

– Skazujesz w ten sposób fajne relacje na niepowodzenie.

– Nie skazuję, tylko wskazuję, i nie na niepowodzenie, tylko na uwarunkowania.