Archives for posts with tag: Agathé

Agathé relacjonuje wizytę u okulisty. Ma przeczytać literki na tablicy.

– Tych literek nie widzę.

– Jak to?

– No przecież mam wadę wzroku.

– Ale włożyłam pani do okularów tyle dioptrii, ile pani normalnie nosi.

– O, faktycznie. Już czytam.

[…]  nie ma nic obrzydliwszego od moich kulinarnych koszmarów sennych czyli azjatyckiego spaghetti z popiołem z krematorium (w postaci czarnych, sporych wiórów) podanego na obiedzie dla tajnych agentów u koreańskiego dyktatora (ale nie Kima! ten był b. przystojny) oraz udka niemowlęcia duszonego z cebulką, podanego na kolację wigilijną w obozie koncentracyjnym. 

– Powiedziałam kiedyś o ex: “moja dziewczyna dochodząca, przez dziewięć miesięcy”. Z tym że powiedziałam to na jednym wydechu i przecinek było słychać tylko w mojej głowie.

 

– Ej, a wiesz, ze w BUW-ie jest już mniej restrykcyjnie? Można wejść z plecakiem (!), rzecz jeszcze parę lat temu… chyba nawet rok temu, nie do pomyślenia. I przy wejściu nie robią już wziernikowania odbytu!

 

Mrówkodzik: Rozmawialiśmy potem o tym trochę i doszliśmy do wniosku, że to się mieści w stylistyce operowej. W teatrze raczej nie krzyczy się brawo; W operze – tak. W teatrze się nie buczy; w operze – prędzej.

Agathé: Już rozumiem. To pewnie dlatego opera jest tak popularna wśród pedalstwa i wszelkiego autoramentu drama queens… a może na operach się buczy, bo chodzi tam pedalstwo?

 

Idę ulicą Bracką ku Jerozolimskim, wczesne popołudnie. Widzę nadchodzącą z naprzeciwka Agathé w towarzystwie jakiejś koleżanki. Śpieszę się, więc podchodzę tylko na chwilę, żeby się przywitać. Agathé próbuje mnie wyminąć, ale ją skutecznie zaczepiam. Wymieniamy pozdrowienia i od razu bieżymy każde w swoją stroną.

Po kilku minutach dostaję w tramwaju smsa od niej:

Widziałam cię kątem sokolego oka. Mignął mi tylko mglisty zarys sylwetki. Dostrzegłam też szczecinę na twarzy. Myślałam, że jakiś żul się do mnie przypierdala i chce drobne:D

[sokole oko jest nawiązaniem do mątek pustynnych kątem plujących]

– Kamieniczki stoją na biurku i kurzą się niemożliwie. Ulica stoi w szafie. Ludziki leżą w pudełku.

[Agathé o wykonanej przez siebie z lego Paradzie równości, której obejrzenie gorąco polecam]

Śniło mi się dziś, że przyśnił mi się odlotowy sen i przez resztę snu powtarzałam sobie ów sen over and over, żeby go nie zapomnieć i moc Ci go opowiedzieć – byłam pewna, ze Ci się spodoba. Niestety rano już niewiele pamiętałam. Ale cos tam spróbuję odtworzyć.

W tym śnie we śnie zwiedzałam studio filmowo-psychiatryczne, w którym można było przeprowadzać różne ciekawe eksperymenty, oglądać scenografie, a jednocześnie psychiatrzy mogli obserwować i badać reakcje zwiedzających. Jednym z punktów programu była wizyta w dostatnim, mieszczańskim niemieckim domu ze służbą żydowsko-ukraińską. Mogliśmy wcielać się w postaci domownikowi (tak dosłownie, tzn. wygląd tez nam się zmieniał) i doświadczać na własnej skórze, jak to jest być faszyzującą staruszką, której dom sprząta ukraińska dziewczyna lub jak to być ukraińską dziewczyną. Co ciekawe, bez względu na to, w kogo się wcielaliśmy, historia zawsze kończyła się mordem – albo staruszka/pani domu/przyjaciel domu, SS-man/ mordował służącą, albo służąca podkładała ogień pod dom…

Kolejnym punktem programu była wycieczka po ludzkim organizmie. Trzeba było wejść do jamy ustnej supermegawielkiego manekina i przez przełyk zjechać mu do… wiemy dokąd. Wrażenia były nieprawdopodobne – ja bardzo się bałam smrodu soków żołądkowych i treści jelitowej, przez którą musieliśmy się przedzierać, ale okazało się, ze to wszystko atrapy i nic nie śmierdzi. Ale poza tym wrażenie było bardzo realne. Aha, przedzieraliśmy się na czas. Ja niestety zaklinowałam się w jelicie, a ty już wszedłeś do środka, świetnie sobie radziłeś i zjeżdżałeś jelitami tak ziuuuuuuuuuuum! Więc musiałam wcisnąć się w ściankę jelita, żeby Cię przepuścić.

[jest to opis snu Agathé, pomieszczony za jej uprzejmym pozwoleniem; wytłuszczenia – mrówkodzik]

– Ej, opowiadałam Ci o ulubionej wizji mojej mamy? Że mnie zgwałcono i połamano mi nogi, żebym nie mogła uciec? Mama ma nową wizję. Cytuję: „Boję, że leżysz gdzieś pokotem… na jakimś przystanku… zwinięta w kłębek… Sama jak pies!”. Podobno dlatego codziennie do mnie dzwoni. Nie spytałam, czy na tym przystanku leżę zgwałcona i z połamanymi nogami, czy to są dwie osobne wizje.

 

Zobaczyłam wczoraj plakat informujący o panelu dyskusyjnym o przekładzie poezji P. Larkina (prowadzenie: Dehnel i Jarniewicz, https://www.facebook.com/translateit.uw) i oczywiście zerkałam nań jednym okiem (kątem).

Rzucił mi się w oczy adres strony internetowej: translateit.waw.pl. Próbowałam go zapamiętać i powtarzałam sobie „translateit”, „translateit”, „translateit” i zastanawiałam się, czy od razu napisać do Ciebie z pytaniem, czy „translateit” to po łacinie i co to znaczy, czy poczekać, aż będę mięć dostęp do netu.

Zastanawiałam się dobra minutę, nim dotarło do mnie, ze to „translejt yt”:| Nie jest ze mną dobrze…

Moje życie zmieniła, najpierw na lepsze, bo wydobyła, a potem na gorsze, bo mi się bieguny oddzieliły. Jak w 7 dniach stworzenia. Ciekawe, który teraz mam dzień…

Ooo, to oddzieleniu biegunów w 7 dniach stworzenia jest piękne! Pociągniesz tę historię?

Historia ciągnie się sama, chwilami – za mnie. I za mną.

Ja już zaczynam się jąkać.

– To znaczy, że jesteś już blisko prawdy.

Moje samopoczucie określiłbym jako „dół z wglądem”.

Piękna jednostka chorobowa!

Inżynieryjna wręcz.

[Agathé doniosła i pozwoliła mi pomieścić.]

Dostałam dziś w nocy sms-a, którego przeczytałam – jak zwykle przez (pół)sen – jednym okiem. Sms brzmiał:

Czy wiedziałaś o istnieniu Mątek Pustynnych, żyjących w odosobnieniu medytująco-kątem plujących, wymieniających się tchem?

Zrobiłam wielkie oczy (a właściwie wielkie oko, oczywiście sokole) i pomyślałam, że chodzi o jakieś pustynne stworzenia, gryzonio-gado-owady, żyjące w bezruchu w piaszczystych norkach, od czasu do czasu spotykające się i chuchające na siebie (tchnienie) lub plujące lepkim jadem na przechodzące obok potencjalne ofiary. Bardzo mi się spodobało, że autorka wiadomości napisała o tych stworzonkach „medytujące”. Uznałam, że tak sobie żartobliwie zinterpretowała ich bezruch.

*

Kiedy ponownie przeczytałam sms-a, tym razem obojgiem oczu, przekonałam się, że brzmi on następująco:

Czy wiedziałaś o istnieniu Matek Pustyni? Żyjących w odosobnieniu medytująco-kontem plujących? Wymienia się je jednym tchem po Ojcach Pustyni, jakby równie zasłużone były… Niesłychane.

A to jeszcze nie koniec – już wiedziałam, że chodzi o Matki Pustyni, ale nadal myślałam, że są one medytująco-kątem plujące. I że autorka wiadomości napisała „kontem”, bo lubi bawić się głoskami. I sądziłam, że pisząc o spluwaniu kątem chciała wyrazić niechęć do Matek. Że niby to jakieś stare wiedźmy-eremitki, które tylko medytują i od czasu do czasu złośliwie sobie spluną. Kątem.

A na cieslakovitzu komplet przedpotopowych odcinków „Doodle Girl”.

Sama jesteś przedpotopowa! One są, powiedzmy, z zeszłego sezonu. Z sezonu naszej młodości.

Dziecięcych (i nie tylko) mniemań ciąg dalszy. Dziś sekcja religijna.

*
Agathé doniosła w komentarzu do poprzednich mniemań, co następuje:

Doszłam do wniosku, że betlęta (Pasterze śpiewają, BETLĘTA klękają) to małe dzieci mieszkające w Betlejem.

Nacudię (Naród niewierny trwoży się, przestrasza, Nacudio nasza, Alleluja!) uznałam za utwór muzyczny, coś w rodzaju rapsodii. Wydawało mi się, że skoro Maryję można nazwać Wieżą z Kości Słoniowej, to Boga można nazwać Walczykiem, Polonezem, Rapsodią lub właśnie Nacudią. (A propos, podobno sporo ludzi śpiewa „Nasturcjo nasza”)

*
Wolf opowiadał kiedyś, że słyszał był, jak w pewnym krakowskim kościele baby śpiewały na godzinkach (w bardzo ładnej skądinąd pieśni):

Między cierniem lilija kruszy chleb smokowi
zamiast: Kruszy łeb smokowi
oraz Chlast w mordę Samsona
zamiast: Plastr miodu Samsona

*
Sam mrówkodzik żywił w dzieciństwie przekonanie, że w kolędzie Wśród nocnej ciszy jest:

Padniemy na twarz przed Tobą, wierząc, żeś jest Podosobą Chleba i Wina.


Myślał, że Podosoba to taka jakby nieco mniej ważna (niż Bóg Ojciec) osoba w trójcy, co mu pasowało do Chrystusa.

Dzieci miewają przekonania. Te czasem biorą się z ich własnej inwencji lub (dys)interpretacji, a czasem ktoś im coś błędnie podrzuci, niechcący czy dla żartu.

*
Znajoma wierzyła na przykład latami w to, że ksiądz i lekarz nigdy nie umierają.

*
Kiedyś, jako dość małe dziecko przekomarzała się z nieco starszym kuzynem.

Ona: Gdzie jest kuchnia?
On: W domu.
Ona: A gdzie jest dom?
On: W Wołominie.
Ona: A gdzie jest Wołomin?
On: W Polsce.
Ona: A Polska?
On: W Europie.
Ona: A Europa?
On: Na Ziemi.
Ona: A co to jest Ziemia?
On: Taka wielka kula.
Ona: A gdzie jest ta kula?
On: W kręgielni!

Były to lata siedemdziesiąte, może osiemdziesiąte. Kręgielni w Polsce nie bywało. I ona tak do wczesnej dorosłości miała przekonanie, że Ziemia to kula w jakiejś tajemniczej kręgielni.

*
Jej mąż za to jako dziecko był przekonany, że ognia nie da się zgasić wrzątkiem.

*
Agathé zaś, słuchając piosenki zimowej Dzieci stawiają bałwana, dorośli stawiają kołnierze, wyobrażała sobie dzieci lepiące ze śniegu bałwana, a dorosłych – lepiących ze śniegu kołnierz.

Mrówk zastanawiał się w rozmowie z Agathé, czy lesbijki mają swoje męskie ksywy tak, jak niektórzy geje mają żeńskie. Lesbijskie męskie musiałyby być równie maczo, co gejowskie żeńskie są przegięte. Zaproponował więc, że Agathé mogłaby mieć ksywę Arnold. A Mrówkodzik – zaproponowała Agathé – Suzanne. Stąd powstał pomysł:

HBO przedstawia propozycję na sezon 2012: serial „Arnold i Suzanne” – poruszająca historia crossgenderowej nieheteronormatywnej interakcji subwersywnych konstruktów psychospołecznych. X-rated. Czyta: Michał Witkowski.

Agathé doniosła mi, że jest taka wystawa w „Zachęcie”, na której niejaka Goshka Macuga (tak, wiem) prezentuje między innymi różne obelżywe listy nadesłane do Andy Rottenberg, nierzadko pisane tzw. pismem parkinsonowym lub kaligrafią starczą. Zacytowany przez Agathé nagłówek jednej koperty mnie rozwalił:

Bezwstydna Prostytutka
dyrektor gmachu „Zachęty”
krajowa cudzoziemka
żydówa ANDA ROTTENBERG
00-001 Warszawa

—————————————————-

Wystawa wydaje się ciekawa; jest opisana tutaj typowym dla galerii sztuki name-droppingowym tautologicznym bełkotem, więc jeśli czytać, to raczej dla śmiechu. Dowiemy się stamtąd, że Goshka Macuga (tak, wiem):

łączy przeszłe fakty z rzeczywistością i współczesnymi problemami, unaoczniając podobieństwa i zależności, odsłaniając to, co niewidoczne

oraz uprawia własną metodologię pracy,

jak również interesuje się kolekcjami instytucji, w których wystawia.

Co szczególnie ciekawe, w przeciwieństwie do wcześniejszych wystaw Macugi, złożonych z prac o czasami trudno rozpoznawalnych relacjach, prace w Zachęcie wydają się snuć nić jasnych powiązań.

W sumie nie powinno to dziwić, skoro jej wystawy, które nierzadko cechuje oszczędność formalna, składają się z wielu warstw znaczeniowych niełatwych do identyfikacji.

[sms od Agathé]

Śniło mi się, że pedał-konwertyta (konwertyta na hetero), Włoch, mały i brzydki, ubrany w cheerleaderkową obcisłą sukienkę na ramiączka (zza dekoltu wyłaziły mu włochy), posuwał mnie w kiblu przy muzyce z Tarantino, potem na stole, a potem bił mnie fiutem po twarzy i obudziłam się ze spuchniętym, podbitym lewym okiem. Chyba nawiedził mnie inkub…

————————————————-

Agathé, adeptka Safony skądinąd, przebiła tym samym chyba nawet Wiewióra, któremu przez sen inkub poturbował żebro…