Archives for posts with tag: Agnieszka

Znajome wrażenie zagubienia, rozległe szkolne niewyspanie. Piasek pod powiekami, dyskomfort w żołądku. Wiesz, że masz podkrążone oczy, nawet bez patrzenia w lustro. Odklejenie od rzeczywistości, jakby się trochę wypiło albo przypomniało sobie złą wiadomość. Raczej to drugie: uczucie powierzchownego znieczulenia w parze z utrwalającym się lękiem.

Dzwoni dzwonek. Nie mogę znaleźć swojej klasy. Podchodzę do różnych ludzi, nie poznaję twarzy, chociaż niektóre są całkiem ładne. Do tej szkoły przeniósł się specjalnie dla mnie Piotrek, ale jestem na niego pogniewany, bo z jednej strony dziwnie się czuję z tym, że zadał sobie nieproporcjonalnie duży trud przyjścia tu za mną, a z drugiej jestem zazdrosny, bo siedzi w łazience i podrywa jakiegoś równolatka.

Wreszcie natrafiam na grupkę dziewczyn. Są ubrane w sukienki balowe jak na studniówkę, mają fikuśne fryzury i mocny makijaż. Popijają szampana z długich kieliszków.

– Ej, nie wiecie może, gdzie jest moja klasa?

Wskazują gestem na pozostałe dziewczyny siedzące i stojące w strojach wieczorowych. Rzeczywiście, poznaję. Ze zdziwieniem zauważam wśród tych osób twarze znane raczej z klubów niż z liceum, ale nie wnikam.

Wchodzę do klasy. Pracownia polonistyczna, nauczycielki jeszcze nie ma, na biurku leży otwarty dziennik. Koleżanki i koledzy już siedzą normalnie ubrani w ławkach częściowo ustawionych w podkowę.

Jest gorące popołudnie. Wstaję i pytam:

– Jaki my mamy miesiąc? Czasem nie sierpień?

– Nie, czerwiec.

– To już po maturach? Dlaczego jesteśmy w szkole?

Koleżanka prostuje:

– Bo mamy maj.

Inna poprawia:

– Mamy marzec, matury za pasem.

Kolejna uściśla:

– Tak, mamy kwiecień.

– Rany boskie, ja się w ogóle nie uczyłem. Ale zaraz, ja już to chyba zdawałem. Czy my tego nie zdawaliśmy?

Cisza.

– No, mówcie, ręka w górę, kto zdawał.

Wszyscy podnoszą ręce.

– A kto z was zdał tę maturę?

Zdecydowana większość podnosi ręce.

– To dlaczego teraz jesteśmy w szkole? Co to jest w ogóle za szkoła?

Koleżanka odpowiada z miną taką, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie:

– Sześcioklasowe technikum.

– Że co? W której jesteśmy klasie?

– Czwartej.

– Ale dlaczego?!

Agnieszka, która siedzi przede mną z nosem w zeszycie zapisanym wzorami matematycznymi, odwraca się i odpowiada rezolutnie:

– Bo daje to nam nowe możliwości zdawania na przykład fizyki, chemii na maturze.

– Ale po co?

– Żeby studiować na politechnice.

– To się kupy nie trzyma. Dobrze chociaż, że ty też z powrotem tutaj, Agnieszko.

Mam taką ksiażkę: Król mrówek Herberta. Proza poetycka układająca się w minieseje na tematy mitologiczne, zwykle o mitach mniej znanych albo ich mniej popularnych wersjach, interpretacjach.

Nie kupiłem tego, tylko pożyczyłem od Agnieszki, przyjaciółki z późnego liceum i studiów. I można powiedzieć, że mi ta książka została. Nie dałem rady jej odnieść rodzicom Agnieszki. Raz tylko widziałem jej matkę – uderzyło mnie, jak jej córka była do niej podobna. Ona też nigdy przedtem mnie nie widziała. Spojrzała na mnie, powiedziała do mnie po imieniu i oboje zaczęliśmy płakać.

Zostawiłem więc książkę sobie. Ostatnio czytałem ją dość dawno temu. Od kilku lat nie zaglądałem do niej nawet. Zabierałem ją ze sobą przy każdej przeprowadzce, ale bez otwierania.

Niedawno znajoma opowiedziała mi o wrażeniu, jakie zrobił na niej pierwszy utwór z tego tomu – o Hermesie, Eurydyce i Orfeuszu, ale widzianych inaczej. Postanowiłem zajrzeć do Króla mrówek i przypomnieć sobie, jak to dokładnie było.

Otworzywszy książkę, znalazłem w niej niedużą kopertę z nadrukiem GALERIA FITNESS CLUB TURBOO. Kiedyś były w niej zaproszenia na sylwestra w tym nieistniejącym już od ładnych paru lat klubie. Obok nadruku przybity ex libris mojego ówczesnego faceta, z pewnością dla żartu, a po lewej napisane niestarannie moją ręką:

Xanax 1mg, zacznij od ¼ tabl.

W środku kilka charakterystycznych fioletowych tabletek.

*

Chowam kopertę z powrotem do książki.