Archives for posts with tag: arsa

Dziś pragnę oddać głos niezwykłej lekarce, kompozytorce, piosenkarce, a przede wszystkim – poetce. Ona łączy w sobie i skupia jak soczewka trzy najważniejsze, najbardziej inspirujące mnie tematyki: literaturę, medycynę i muzykę. Najlepiej, jeśli damy przemówić (i zaśpiewać) samej autorce.

MOJE DOŚWIADCZENIE

Lek „X-Y” pacjentowi G. J. zaaplikowałam,
gdy już cienia nadziei na jego wyleczenie nie miałam.

Oporny na leczenie wyprysk hyperkeratotyczny stóp,
Nie opuściłby pacjenta tego z pewnością już po sam grób,

Gdybym nowego preparatu – dwa razy na dzień nie zastosowała,
Postać maści, nie kremu, w tym przypadku leczniczym wybrała.

Pozytywny efekt terapeutyczny był natychmiastowy !
Doprowadził on mnie i pacjenta niemal o zawrót głowy.

Tak szybkie ustępowanie przewlekłych ognisk chorobowych,
Równolegle podana regresja objawów podmiotowych,

A więc zmniejszenie świądu, bólu, uczucia „kłucia”, „ściągania’,
Od tej chwili, można powiedzieć, pacjent nie chodzi, lecz – gania !

Żadnych objawów niepożądanych nie zaobserwowałam,
Choć pilnie pacjenta, podczas badania, zawsze oglądałam.

Z radością pozytywny efekt terapii odnotowałam,
Lek „X-Y” dla opornych dermatoz – zarezerwowałam.

Polecam też piosenkę Miłość kontra śmierć  oraz galerię zdjęć autorki.

Obraz 563

Siedzimy i kartkujemy Schillera. Trafiam na elegię. Czytam cztery pierwsze linijki podkreślając sylaby akcentowane heksametru i pentametru:

Błogosławion jest, kogo bogowie łaskawi kochali,
Nim się narodził, kto Wenus piastunką swą miał,
Komu oczy bóg Febus, a wargi Hermes otworzył,
Zaś na czole sam Zeus mocny wycisnął swój znak!

I zachwycam się:

– Patrzcie, jak ładnie! Elegia dystychem przełożona!

– Ładne, ale nudne. A co to jest?

Szczęście.

Czytając jakieś tam szkice krytyczne, przypomniałem sobie swoją niegdysiejszą mocno późnonocną analizę wiersza  Lotte. Pomieszczam we fragmentach, w obawie i w końcu.

 

zapały swe ostudź i żądzę swą schłódź

i wzwodów swych nie wzwódź i wstrzymaj swą chuć

 

co może się zepsuć to musi się psuć

co czułam gdyś bódł przestałam już czuć

 

więc proszę się nie trudź lecz raczej stąd pódź

i więcej mi nie słódź i nie mnie już łudź

 

[…] Polisyndeton w służbie paralelizmu składniowego współgra z regularnym tetrametrem taktowanym amfibrachami. Poniekąd onomatopeiczna figura etymologica, na którą nakłada się chiazm w drugim wersie, przez pozorny hysteron-proteron w trzecim prowadzi uwagę do enallage z piątego, a anafory środowego segmentu wiersza stanowią wrzeciono, wokół którego dogodnie tkają się paronomazje. […]

[…] Konsekwentnie poprowadzony rym wewnętrzny koresponduje z regularną średniówką formy endekasylabicznej, w nieco rzadszym – lecz nie mniej wszakże czarującym – układzie 6+5, a jambiczna kataleksa w czwartym wersie, tym bardziej zaskakująca, że pojawiająca się przed dierezą, a nie w wygłosie wersu, nadaje arsie męskiej szczególnego charakteru – zważmy, iż rzeczona sylaba nie znajduje w całym wierszu konsonansu, a bazuje na – nieco „narcystycznym” – asonansie. […]

[…] Szeroko stosowana aliteracja prowadzi do niejednoznacznych paronimii, a pozorny hyperbaton z ostatniego wersu okazuje się… anapestową emfazą! […]