Archives for posts with tag: dziadek

– Pachniesz brutalem.

– Co?

– Perfumami dziadka.

– Jak to.

– Brutalem, dziadkiem.

– Okej, jeśli pamięta premierę Parsifala, to zgoda.

– Dziadka perfumami! Brutala dziadka!

Vrublini opowiadał kiedyś, że jego babcia ciągle płacze. Jak się okazuje, płacze również dziadek. Vrublini wyjaśnia dlaczego.

A bo płacze, bo chował się w tych ziemiankach na Wołyniu.

A bo płacze, bo byli źli Polacy i byli dobrzy Polacy, tak jak byli dobrzy i źli Ukraińcy.

A bo dostał książkę o Wołyniu i płacze; płacze, że przeżył i może teraz czytać o tym w książkach.

Tylko nie wiem, dlaczego nie płacze, że o tym czyta, bo to chyba niezbyt miłe wspomnienia.

– Całkiem ciekawy był ten typek sprzed jakiegoś czasu. Taki koło 40stki. Wiedział dużo o Wagnerze, to intrygujące.

– Tak, to mój przyjaciel. Wybitna postać.

– Z określeniem „wybitny” jest trochę tak jak ze „sławny”: Jeśli ktoś jest wybitny/sławny, to nie trzeba tego zaznaczać. A jeśli trzeba – to znaczy, że nie jest. Ale to nie zarzut.

– Jest bardzo interesujący. Z wielu względów. Dla mnie głównie ze względu na swojego dziadka.

Uwielbiałem mojego dziadka ze strony ojca tak bardzo, że potrafiłem ugryźć go z miłości do krwi. Podobno raz nawet przegryzłem mu koszulę. Mimo to, gdy babcia powiedziała kiedyś do niego w serdecznych w gruncie rzeczy nerwach „Eż, ty głupi dziadu, ciebie to nic tylko wziąć młotek i walnąć w ten łeb!”, poszedłem zdecydowanym krokiem do kuchni, wyjąłem drewniany młotek do mięsa i podjąłem próbę walnięcia dziadka w rzeczony łeb.

A zadawał ów dziadek taką zagadkę:

– Co to jest: świder zostawił, a dziurę zabrał?

Zamknięte muzeum. Kamienice jakby pozrastane, niezgodności poziomów, drzwi w nie do końca spodziewanych miejscach, schody niby dokądś, a jakoś donikąd. Stelaże, ramy, instalacje ściany i ścianki – to nie ekspozycja, tylko podkład, grunt, na którym pozostały tabliczki z podpisami, a eksponatów, których dotyczyły, nie ma. Czemu ty na balustradzie nie ma takiej drewnianej kuli, jak obok? W konserwacji jest. Po korytarzach snują się pracownicy i znikają w pokojach, w których z rachitycznymi mebelkami z lat siedemdziesiątych sąsiadują dwustuletnie zegary. Do działu kadr wchodzi się przez wyłożoną kobiercami salę (leżą, jakby się suszyły), gdzie o ścianę stoi oparte półślepe lustro. Tu jest portret tego i tego, autorstwa tamtego. Kopia, oryginał u konserwatora. Niskie długie meble pozakrywane grubymi foliowymi pokrowcami. Podchodzę z zaciekawieniem, ale żaden nie okazuje się instrumentem.

Łazimy. Poszczególne pomieszczenia mają różne zapachy: czuć głównie muzealny kurz, ale tutaj pleśń, tutaj detergent, a tu nagle jak w dzieciństwie, kiedy dziadek pokazywał pracę przy ulach, czuć – bo pastują podłogi woskiem pszczelim. Pewnie pięćset lat temu tak samo pastowali na tej wysokości, ale nie w tym samym budynku, bo to już nie ten budynek. Od zera nie ten, ale na minus jeden, minus dwa, jeszcze trochę ten. W tych świeżo wyremontowanych piwnicach chłodno i świeżo, wydajna klimatyzacja osusza i filtruje. A tu jest skarb, który tu wykopano, monety w garnku. To znaczy garnek jest prawdziwy, a monety to atrapa. Prawdziwe są u archeologów.

Klatka schodowa, któraś z kolei, od dłuższego czasu już nie wiem, gdzie dokładnie jestem; północ, południe, zachód wydają się tutaj  nieomal oszustwem. Fotografie, w założeniu spłowiałe od nowości, nadrukowane na plansze wielkiego formatu, wiszą tu chyba od miesięcy, pokrywa je pył. To też pozostałość po wystawie pozostałości. Dotykam. Marcin podchodzi, przygląda się chwilę, nabiera powietrza w płuca i dmucha na jedną z plansz.

 – Co ty robisz! Zdmuchnąłeś bardzo kosztowną atrapę kurzu!

Na zewnątrz wczesne popołudnie. Siadamy we czworo na kamiennej ławce. Po jakimś czasie odwracamy się tyłem do rynku i światła, które tępo wciska się w oczy, mimo że lub może właśnie dlatego że dzień nie jest szczególnie słoneczny.