Archives for posts with tag: egzamin

Jestem na egzaminie. Mam do streszczenia niezbyt długi tekst. Napisałem już dość sporo, kiedy przechodząca wykładowczyni nadzorująca egzamin uczula, że streszczenie musi mieć dokładnie jedną czwartą długości tekstu wyjściowego. Zaczynam więc liczyć słowa, ale okazuje się, że zamiast nadruku są tylko wypukłości na grubym białym papierze, przypominające alfabet Braille’a, ale złożone nie z kropek, ale pionowych kresek. Wtedy uświadamiam sobie, że koptyjskiego uczyłem się już strasznie dawno temu i nic nie rozumiem z tekstu, który streściłem, ponieważ nie umiem go przeczytać nawet w podstawowym zakresie. Ale i tak zostaję. Piszę dalej.

 

– Jak na nich patrzę, to sobie myślę, że ruskich to się nie powinno wypuszczać, wpuszczać za granicę. Powinni mieć wizy.

– Toć mają.

– To specjalny egzamin przed komisją obserwatorów.

– Ambasadorek złej woli ONZ!

– Z Kwaśniewską na czele. Uczyłaby ich, jak jeść bezę.

– No co ty, oni tam nie mają niczego takiego.

– Jak to? Przecież tam każda baba wygląda jak beza.

 

Znajoma opowiada, jak ileś lat temu podchodzi do swojej wykładowczyni od fortepianu przed egzaminem, na którym miała grać sonatę zadedykowaną przez kompozytora owej pani profesor, żeby wyznać:

– Pani profesor, ja chciałabym z góry przeprosić, że nie mam tej sonaty za dobrze opanowanej…

– Kicia, nie przejmuj się! Muzyka to nie fisy, gisy!

– Ja się produkuję, produkuję, obszernie i na temat, a ten się nagle obudził i mówi, że nareszcie jakieś konkrety. A tam była cała masa konkretów!

– Trzeba było mu powiedzieć: „Przepraszam bardzo, czy pan profesor cały czas myślał o jebaniu w dupę, kiedy ja mówiłem?”. Byłbyś moim idolem.

– Byłbym swoim idolem! Żałuję, że nie powiedziałem.

– Zabawne, że kiedyś mnie profesor tego uczył na studiach, a teraz ja z tego egzaminuję.

– Przejął pałeczkę.

– Tia, ciekawe, czy tak samo jest z chorobami, które się widziało u starszych…

Znajomy uczy się do egzaminu specjalizacyjnego z chorób wewnętrznych. Wkuwa kanoniczny podręcznik Szczeklika. Pisze do mnie w wiadomości:

Teraz czytam o limfangioleiomiomatozie płucnej, można sobie połamać język na samej nazwie. Na szczęście nie muszę się uczyć leczenia tej choroby, bo nic na to nie pomaga :)

Skoro już o fonologiach, to taka anegdotka.

Nie miewał mrówk na studiach ambicji ocenowych, ale zależało mu na ocenach z dwóch przedmiotów, jego absolutnych koników, i to z fajnymi wykładowcami – chodzi o fonetykę opisową i fonologię angielską (patrz: poprzedni wpis) oraz fonetykę i fonologię francuską z bardzo sympatyczną prof. Alicją K. Poprawiałem czwórkę na piątkę. Profesorka zadała mi kilka pytań, ale widać, nie była pewna, czy ma mi tę piątkę ostatecznie dać (dysfrekwencja i dezynwoltura zamiast solidnego się przykładania ją turbowały). W końcu pyta:

 – Co pan wie o fonologii generatywno-transformacyjnej?

– Czytałem Trubieckiego, Chomsky’ego, Halle’a i Perlina i muszę przyznać, że niewiele zrozumiałem.

– Ja też. Ma pan piątkę.