Archives for posts with tag: etymologia

– Ach, ten word. Podkreśla mi „wszech czasów”.

– A „wszechczasów” akceptuje?

– Czekaj… Akceptuje!

– W sumie ma trochę racji. Jest wszechświat i wszechrzecz, to muszą być i wszechczasy. Tak jak wszechnica.

– Ty, jeśli wszechświat to wszelki, wielki świat, a wszechczasy to wszelkie, wielkie czasy, to wszechnica to…

– Wszelkie, wielkie nic!

 

 

– A mrówkodzik gdzieś w komyszach….

– W leżu, tudzież w babrzysku!

– Może być też gawra. Miśki chwilowo zwolniły. Bo dziuple to raczej nie. Te, co ocalały od Szyszki, mają wzięcie.

– Ko-mysz to brzmi w sumie jak comes (towarzysz) albo co-mus (współmysz). A jako że szczur(ek) nie jest do pogardzenia, to bardzo mi komysze pasują!

– Proszę Pana. Jest chłopcem zepsutym „nawskroś”.

– Panie proszę nie przyklejać łatek… wszak wszyscy znamy, którzy lubią „nawskroś”.

– Ja przyklejam? Ona samoklejka!!!

– Phi! Obyczajówka? Proszę przyjechać na Facebooka!

– Słyszałem już różne epitety, ale samoklejka wymiata!

Po tych frazach trafiano w ostatnich dwóch miesiącach przez wyszukiwarki na mrówkodzika:

 

zapisz wyrazy które ukrył się w słowie mrowkojad

okreslenie cium cium

perwersja w zwiazku i naklanianie do zdrady

rzygownik inna nazwa

uczciwosc malzenska

suchar o pradze

żuk kołoradskij

bzykanie izoldy

co oznacza sympatyczna w dolnośląskim gwarze

cwaniak co to znaczy znaczenie

nie niszczcie zurawki

chuj nie słowik romeo i julia

slimak slimak pokaz rogi a jak nie to wypierdalaj

szalet etymologia francja

polubporno

opowiadania porno pijany ksiądz

lep na kleszcze

wyciorać

 

 

 

– Tak jak Żydówki, co mają w drugą stronę?

– Co mają?

– No to.

– Usta?

– Nie usta. To drugie.

– Nie wiem co.

– Przestań robić dziwne miny i pomyśl. To w dole.

– O, to tak jak bankomat!

– A co tu masz?

– Jemiołę.

– Skąd?

– Z drzewa, ścinali znowu.

– O, zdobyczna! Wyłudna! Mejn jidysze mistełe!

– Po angielsku to jest mistletoe?

– Tak. A po niemiecku… Mistel. Tak sobie teraz pomyślałem, że jeśliby potraktować to jako archaiczne zdrobnienie, to byłoby od słowa Mist.

– A co to jest?

– Gnój.

– No właśnie.

– No właśnie? Teraz już rozumiem aluzję!

– Co to znaczy Trudeliese?

– Sprawdzam. Trude to skrót od Gertrude, a to znaczy ­z germańskiego „ger” – włócznia, „thruth” – siła. Silna włócznia.

– A Liese?

– Patrzę. To jest skrócona forma Elżbiety. To pewnie z hebrajskiego. „El” to zwykle bóg… Tak. Elżbieta to „Bóg jest doskonały” albo „Bóg jest mą przysięgą”.

– Czyli w sumie „Siła mojej włóczni to boża doskonałość” albo „boża przysięga”.

– Świetne imię dla dziewczynki! „Siła Mojej Włóczni To Boża Doskonałość”, brzmi super.

– A zdrobnienie by było… Ostka!

– Dzięki twojej ostatniej działalności zainteresowałem się jidyszyzmami. Wiesz, że tego w polszczyźnie jest od cholery?

– Domyślam się, ale nie umiem żadnego wymienić.

– To w większości zapożyczenia leksykalne, typu „bajgiel”, „rejwach” albo „belfer”. Są też charakterystyczne składniowe, mylenie biernika z dopełniaczem w dopełnieniu i tak dalej. Jak w dowcipie o żydowskim pedofilu, który mówi: „Chłopczyku, chcesz kupić cukierek?” Ale i tak najlepsze są w angielskim. To nagłosowe powtórzenie schm- jest właśnie z jidysz!

– Na przykład?

– Na przykład moody – schmoody, albo marathon – schmarathon, Boston – Schmoston.

– Po polsku też tak można! Wrocław – Szmocław, Kraków – Szmaków…

– Warszawa – Szmarszawa? Hm…

– Ale! Katowice – Szmatowice!

– Ha! I Kielce – Szmelce!

– Ekwador ma to w nazwie.

– A co ona znaczy? Aequus to „równy”, d’or to „złoty”. Czyli co, „równy złotu”?

– Ciekawie kombinujesz! Dodam, że écu, czyli odpowiednik escudo, tudzież scudo, to tarcza, a zatem…

– Złota tarcza!

– A kogo tam obchodzi litewski.

– Uważaj, litewski to matka języków europejskich!

– Że to najstarsza kobieta w tym towarzystwie, to jeszcze nie znaczy, że matka.

– Co to znaczy robusti?

– Hm, robusto to „krzepki, pełny, zaspokajający” chyba… A czemu pytasz?

– A bo to nazwisko.

– Aaa, nazwisko! Myślałem, że na przykład określali tak jakichś malarzy, że tacy wyjątkowo udani, czy coś w tym rodzaju. Nazwiska nic w sensie leksykograficznym nie znaczą.

– Włoskie znaczą.

– No dobrze, to co znaczą?

– Taki, dajmy na to, Tintoretto.

– Dzwoneczek?

– Nie. To jest od farb…

– Racja! Tingere, tinto, farbiarz, a dokładniej farbiarek. To jego prawdziwe nazwisko, czy pseudonim?

– Pseudonim, naprawdę nazywał się Robusti.

– Aha!

– To znaczy to był pseudonim jego ojca…

– A jak miał w rzeczywistości na nazwisko? 

– Komin.

– A jak to jest po włosku?

– Comin, przez „c”! I nie wiem, co to znaczy. Raczej nie komin.

– Nie, komin to chyba camino, więc może kmin. Albo kmiot.

– Mam tu też nazwisko Schiavona. To coś z niewolnikiem?

– Tak, z niewolnicą, przyrostkiem zgrubiającym, czyli niewolucha, albo inna lesbijska niewolnica więźniarka.

– Jest też Bordona.

– To taka brzęcząca, bucząca, butch.

– A nie, to są dopełniacze, no trudno. Jest też Tycjan. Tiziano.

– Cycołak?

Na murze mojego dawnego liceum widnieje niezwykle motywująca grafika na kształt drzewa, które składa się ze słów wyrastających niczym konary, gałęzie i liście z pnia stworzonego przez rdzeń: „ucz-”.

Ktoś tę grafikę bardzo udatnie poprawił. Zupełnie jakby tę szkołę kończył.