Archives for posts with tag: filharmonia

– Gdzie ta rumiana muzykolożka tak szparko pobieżyła? Tak przed końcem braw… Nie wygląda na takiego, co ma wybitną kondycję.

– Też się zastanawiałem, gdzie on tak pobieży. Zawsze leci, zanim przestaną klaskać. I już wiem: ustawić się w kolejce po autograf. To jest łowczyni autografów!

– Aaa, to rozumiem, że on wybrał wykonawców klasycznych, bo do takiej Brytnej albo Madonny by się nie dopchał. Cioty to przecież po to ganiają na siłownię, żeby mieć siłę się dopchać!

– Och, przepuszczasz mnie w drzwiach! Prawdziwy z ciebie dżentelmen.

– Prawdziwa dama, ale wyemancypowana.

– Wyobraź sobie taki utwór, w którym cały czas spadałaby odrobinę intonacja i to byłoby bardzo symboliczne. Tylko musiałaby spadać regularnie o bardzo nieznaczne wysokości. Trzeba by to było jakoś zaznaczyć, tylko nie wiem jak…

– A po cholerę to zaznaczać. Napisz po prostu parę taktów a cappella i daj do zaśpiewania chórowi Filharmonii Narodowej.

– W Ameryce mają bardzo rozwinięty sponsoring w orkiestrach. To się nazywa endowment. Na przykład jest sobie wdowa, ma szyb i za ropę z niego funduje stanowisko, dajmy na to, koncertmistrza.

– A u nas spod palców koncertmistrzyni tryska ropa!

– „Kochanie, mów mi Husqvarna”.

– „Chodź na zaplecze. Mam nowy łańcuch…”

– Prosto od Lutosa!

– Kiedy w krakowskiej filharmonii puszczają przed koncertem prośbę o wyłączenie telefonów, nienagrywanie i niefotografowanie, to mam wrażenie, że zaraz dodadzą: „i niemodlenie się do bogów cudzych przede mną”.

– Przyłapałem się dziś na tym, że wychodząc do filharmonii, biorę tabletkę na serce, od bólu głowy, pobudzającą i przeciwalergiczną.

– I co, pomaga?

– Dziś nie pomogło.

Wejściówka na koncert finałowy festiwalu Beethovenowskiego – 10 zł.

Wytrzymanie długiego kwartetu Haydna, w dobrym skądinąd wykonaniu – trudne do oszacowania.

Sala koncertowa podświetlona na różowo à la klub go-go i kobieta w hełmofonie z włosów przemawiająca pod gigantyczną ceratą zwisającą pośrodku – bezcenne.

– Dział promocji Chóru Filharmonii razem z działem promocji Chóru Opery to dwie legendy światowego chóraoptymizmu.

Dochodzę ostatnio do ponurego wniosku, że moja książka habilitacyjna, zamiast dotyczyć postaci pewnego wielkiego Greka w tradycji żydowskiej, powinna raczej być o gejowskich romansach w fantastyce – w ostatnich czasach mam wrażenie, że tych ostatnich czytam znacząco więcej, niż książek naukowych na ten pierwszy temat.

[blog jakiegoś literaturoznawcy, źródło]

*

„I’ve always been fascinated by the spindle hole. Everything on the record’s face conspires to highlight it: the price circles it; the label and the round window in the protective paper envelope echo its shape….

The hole makes no single anatomical allusion. It makes many. It isn’t reductively equal, even in the listener’s unconscious, to any part of the human body. But it has always spoken to me of the emptiness at the center of a recorded voice and the emptiness at the center of a listener’s life and the ambiguities in any sexual body, including a homosexual body, concerning the proper and improper function of orifices.”

[The Queens Throat, Wayne Kostenbaum i Tony Kushner, recenzja tutaj]

*

Porsche nie potrzebuje fortepianu, żeby stworzyć symfonię.

[z blogu o reklamach, tutaj]

*

Lubię zbierać grzyby, jagody, borówki na przykład. To i lubię zbierać bursztyn. To jest przyjemne, jak polowanie.

[Joanna Chmielewska]

*

– Chciałem założyć bloga, ale nie miałem pomysłu – opowiada Rafał [Hetman]. […]Rafał ma 26 lat i zajmuje się promocją.

[wyborcza.pl]

*

Tak bardzo chwalone przez krytyków, melomanów, a przede wszystkim przez współpracujących dyrygentów z całego świata brzmienie i łatwość, z jaką Chór FN interpretuje ogromny wachlarz repertuarowy a capella i oratoryjny od baroku do współczesności – jest dziełem artysty, chórmistrza i dyrygenta, który od 35 lat nieprzerwanie prowadzi zespół. To Profesor HENRYK WOJNAROWSKI.

[filharmonia.pl]

Wayne Koestenbaum, Tony Kushner

Zamknięcie sezonu, przedstawicielka korposponsora odbiera statuetkę za zasługi. Wypowiada słowa podziękowania skierowane bardziej do swojego pracodawcy w sumie niż do wyróżniającej firmę instytucji. I wyznaje szczerze:

– …Sponsoring zależy od gustu prezesa firmy…

Mówią, że w takich chwilach całe CV przelatuje człowiekowi przed oczyma.

Spotykamy się we trzech we foyerze. Wymieniamy komplementy.

– Ależ ty dzisiaj elegancki, pod muchą!

– A ty pod krawatem!

– A ty pod…

– …Koszulkiem!

– Nie przedstawił mnie im w operze, pewnie w odwecie za moją wczorajszą gafę, kiedy nie przedstawiłem go w filharmonii znajomemu, bo byłem przekonany, że się znają. To taki… reafront.

– Reafront? Brzmi nieźle.

– Tak, ale wyszło gorzej.

Po kiepsko zagranym i źle zaśpiewanym rekwiem Faurégo dyrygent z nie do końca pojętych względów postanowił przemówić do publiczności, ozywając się takimi oto słowami:

Non nobis, sed tibi, Deo, gloria. Nie nam, lecz tobie, Bogu, chwała.

W drodze do wyjścia, przechodząc przez foyer, spotykam znajomego, który lekko się trzęsie ze śmiechu. Mówi:

– Słyszałem właśnie rozmowę dwóch pań w średnim wieku. Jedna pyta drugą, co ten dyrygent powiedział na końcu, a tamta odpowiada: „Nie ma bis, chwała Bogu”.

Filharmonia Narodowa w Warszawie. Marta Argerich, o jakieś piętnaście lat młodsza, gra Les fées sont d’exquises danseuses Debussy’ego; co jakiś czas szarpie struny fortepianu palcami. Jestem zachwycony. Dzielę się moim zachwytem z chłopakiem, z którym jestem na tym koncercie. Nie pamiętam jego twarzy, nie pamiętam, z kim byłem. W tle, za artystką, wyświetlają na ścianie film z Brentem Corriganem.