Archives for posts with tag: FN

– Właściwie, to można ten wpis zadedykować Filharmonii Narodowej, która też ostatnio miała tournée po Stanach.

– Masz obsesję na ich punkcie?

– A skąd ten pomysł! Absolutnie nie. Ale jak tam lecieli do Ameryki, to śledziłem ich, jak byli w powietrzu; na takiej stronie, co pokazuje obraz z radaru w czasie rzeczywistym, ale tylko przez jakieś 3 godziny, bo potem wyłączyłem komputer.

 

 

– I w pewnym momencie posypały się monety z kieszeni moich spodni na ziemię. Ich metaliczny, jasny dźwięk usztywnił mnie (i tak już usztywnionego) na resztę koncertu. Po wszystkim jakaś pani schyliła się, pozbierała je i wręczyła teatralnym gestem (Bostridge!), mówiąc: pańskie pieniądze, na pewno się kiedyś przydadzą. A mojej towarzyszce w pewnym momencie włączył się z youtube’a Goerne, śpiewający Mondnacht, ale cichutko, jako wspomnienie zeszłorocznego koncertu. Powidok.

– To jak akt oskarżenia wobec Bostridge’a…

 

 

– O, zobacz, „Furia: Carrie 2”, ale już się kończy.

– A co to jest?

– Kontynuacja „Carrie”,  oglądaliśmy niedawno, kojarzysz? Stosując metodę streszczania filmów z Teleexpressu: „Carrie – film o dziewczynce z alergią na wieprzowinę i telekinetycznym zespołem Tourette’a”.

– A kojarzę! Chciałbym być Carrie… Podpaliłbym tych ludzi dzisiaj w filharmonii.

– Ja też chciałbym nią być. Ale dziś byś ich nie podpalił.

– A niby czemu?

– Bo puściłbyś tę budę z dymem już dziesięć lat temu.

– Jesteśmy w filharmonii z Rabbiem i Dwudziestolatkiem.

– Bosh, co wy robicie temu dzieciu?

– To Elka mu robi! I je też.

– Czyli nie molest. Ok.

– Ależ jak najbardziej molest. Tyle że techneseksualny.

– Gdzie ta rumiana muzykolożka tak szparko pobieżyła? Tak przed końcem braw… Nie wygląda na takiego, co ma wybitną kondycję.

– Też się zastanawiałem, gdzie on tak pobieży. Zawsze leci, zanim przestaną klaskać. I już wiem: ustawić się w kolejce po autograf. To jest łowczyni autografów!

– Aaa, to rozumiem, że on wybrał wykonawców klasycznych, bo do takiej Brytnej albo Madonny by się nie dopchał. Cioty to przecież po to ganiają na siłownię, żeby mieć siłę się dopchać!

– Opowiedzieć ci bajkę?

– Opowiadaj. Ale będę nagrywał na dyktafon.

– To nie opowiem.

– Oj, przestań. Muszę nagrywać, bo inaczej nie zapamiętam bez zapisywania. A nie umiem zasypiać i notować jednocześnie. Ale jeszcze trochę łażenia do filharmonii i opery, i się nauczę.

– Czy „narodówka” to nie brzmi trochę jak grypa?

– Albo śliwka. „Robaczywa narodówka była przyczyną choroby mojej ciotki”.

– Dla mnie jednak grypa: „Moją prababcię zabiła hiszpanka, a babcię wykończyła narodówka”.

– Chyba między-.

– Chyba twoją.

– Wyobraź sobie taki utwór, w którym cały czas spadałaby odrobinę intonacja i to byłoby bardzo symboliczne. Tylko musiałaby spadać regularnie o bardzo nieznaczne wysokości. Trzeba by to było jakoś zaznaczyć, tylko nie wiem jak…

– A po cholerę to zaznaczać. Napisz po prostu parę taktów a cappella i daj do zaśpiewania chórowi Filharmonii Narodowej.

– W Ameryce mają bardzo rozwinięty sponsoring w orkiestrach. To się nazywa endowment. Na przykład jest sobie wdowa, ma szyb i za ropę z niego funduje stanowisko, dajmy na to, koncertmistrza.

– A u nas spod palców koncertmistrzyni tryska ropa!

– „Kochanie, mów mi Husqvarna”.

– „Chodź na zaplecze. Mam nowy łańcuch…”

– Prosto od Lutosa!

– I jak się udał koncert?

– Nasz porażkowo. A Twój?

– Może nawet gorzej.

– Kto to dyrygował?

– Strugała. Potwornie wolne tempa…

– A, bo on tak rzadko dyryguje w Narodowej, że jak go już zaproszą, to chce sobie jak najdłużej postać…

– Widziałeś dziś Włóczkową Panienkę?

– Tak, jechaliśmy przecież razem na koncert metrem.

– Nie wygląda już jak przedwojenna gałganiara.

– Niesamowite!

– Przeszła przemianę i teraz wygląda już jak z lat dziewięćdziesiątych!

„Przekładaniec” to recenzowane czasopismo naukowe poświęcone przekładowi jako zjawisku kulturowemu, gatunkowi literackiemu, formie komunikacji międzykulturowej oraz sztuki.

[Źródło]

*

Dużo bardziej stanowczo wypowiada się natomiast, gdy rozmowa wraca do wspólnego mieszkania młodych przed ślubem.
– Stanowi to samookaleczanie ich miłości. Już sam rozum ludzki podsuwa niemożliwość jego akceptacji, wykazując, jak mało jest przekonywające „eksperymentowanie” na osobach ludzkich, których godność wymaga, aby były zawsze i wyłącznie celem miłości, obdarowania bez jakichkolwiek ograniczeń czasu czy innych okoliczności – mówi arcybiskup.

[Źródło]

*

Działania Rafalali miały przecież charakter obronny (a prawo do obrony koniecznej przewiduje również Kodeks karny), stanowiły odpowiedź na przemoc werbalną i próbę odebrania godności, czyli czegoś, co przynależy każdej istocie, nawet kosmicie. Poza tym, szklanka wody nikomu jeszcze nie zaszkodziła, a niektórych otrzeźwiła. Chyba że byłby to wrzątek, ale nie był.

[Bartosz Żurawiecki, „Replika” 51/2014]

*

…rosną sobie w Polsce maczo, którzy się dowartościowują antykobiecymi tekstami. A jest ich wielu, gdzie nie posiejesz, tam jakiś łeb wychyli.

[Grażyna Plebanek, źródło]

*

Czy naprawdę Muzeum Historii Żydów Polskich ma opowiadać historię przez pryzmat polskiej walki narodowowyzwoleńczej i uzasadniać swoje istnienie trąbieniem wsiadanego?

[Joanna Krakowska, źródło]

*

Zestawienie najlepszej niemieckiej orkiestry z najlepszym polskim chórem pod batutą charyzmatycznego dyrygenta zaliczanego do światowej czołówki, do tego zaś dwie kompozycje dla swych twórców emblematyczne i ze wszech miar genialne – czyż trzeba dodatkowej rekomendacji?

[Źródło]

– Mam coś wspólnego z Barbarą Wysocką!

– Cóż takiego?

– Kiepski akcent po niemiecku i nie najlepszy oddech, bo żadne z nas nie jest śpiewaczką i dlatego nie umiemy wykonywać Sprechstimme. Ale jest też między nami różnica.

– Jaka?

– Ja nie pobieram gaży solisty na inauguracji sezonu w Filharmonii Narodowej.

 – Na semiscenicznym wykonaniu Così fan tutte słuchacze ciągle wybuchali nieuzasadnionym śmiechem przy najsuchszych dowcipach i najbardziej sztampowych aluzyjkach. Widać publiczność – mogąc „legalnie” się zaśmiać w tak zwanym bardzo poważnym miejscu – jest gotowa z byle czego zarechotać się na śmierć.

 

 

– I tak ci się podobał Dyl Sowizdrzał w tym wykonaniu?

– Ogólnie ładny. Ale jak usłyszałem solówkę naszej koncertmistrzyni, to już wiem, skąd jest powiedzenie „dylu, dylu na badylu”.

W tym roku 25 sierpnia znów wypadł jakoś tak bardziej 26-go. Zaczynam się przyzwyczajać.

Znalazłem nagranie Gawryluka wykonującego to, czym bisował po dzisiejszym koncercie. A był to jeden z najbardziej błyskotliwych bisów, jakie słyszałem. Lisztowska parafraza Marsza weselnego Mendelssohna w aranżacji Horowitza.

U nas zagrał to lepiej, ale i tak można tego posłuchać. Pod spodem Horowitz.

 

– Przyłapałem się dziś na tym, że wychodząc do filharmonii, biorę tabletkę na serce, od bólu głowy i przeciwalergiczną.

– I co, pomaga?

– Dziś nie pomogło.

– I jak się udał koncert?

– Do dupy. Hélène Grimaud nabiła Brahmsowi limo. Grali, jakby nie mieli próby, nierówno, bez koncepcji brzmienia, ona nieczysto, wszystko podlane pedałem na 5 taktów, brzydkim dźwiękiem. Totalna chałtura z jej strony. Najgorsze wykonanie na żywo tego koncertu, jakie słyszałem.

– A zostałeś na drugą połowę?

– Tak, Penderecki nie jest mnie w stanie rozczarować, więc to był bezpieczny wybór. Najbardziej podobała mi się skoordynowana akcja jakiejś przytomnej młodzieży, która przed Te Deum biła brawo strojącej się orkiestrze, chcąc chyba wskazać na walory muzyki Mistrza.

Wejściówka na koncert finałowy festiwalu Beethovenowskiego – 10 zł.

Wytrzymanie długiego kwartetu Haydna, w dobrym skądinąd wykonaniu – trudne do oszacowania.

Sala koncertowa podświetlona na różowo à la klub go-go i kobieta w hełmofonie z włosów przemawiająca pod gigantyczną ceratą zwisającą pośrodku – bezcenne.

– Widzę, że po dzisiejszym koncercie uczucia mamy mieszane.

– Niestety nie wstrząśnięte.