Archives for posts with tag: FN

Słuchamy utworów Othmara Schoecka. Chóralny Postillon op. 18. Rabbio docieka:

– Z jakiej zabitej dechami niemieckiej dziury jest ten chór, że… tak dobrze śpiewa?

 

Potem zerkamy na koncert na róg tegoż. Rabbio rzuca:

– A, to jakaś piątoligowa orkiestra, o poziomie której FN może tylko pomarzyć?

Zamknięcie sezonu, przedstawicielka korposponsora odbiera statuetkę za zasługi. Wypowiada słowa podziękowania skierowane bardziej do swojego pracodawcy w sumie niż do wyróżniającej firmę instytucji. I wyznaje szczerze:

– …Sponsoring zależy od gustu prezesa firmy…

Mówią, że w takich chwilach całe CV przelatuje człowiekowi przed oczyma.

– A wy byliście na Mutter w piątek?

– Wiesz, nie, mi taksówka nie dojechała i nie miałem jak się wydostać z domu.

Otóż najlepiej tak jak ja wczoraj pójść na trzech kompozytorów, z których jednego nie znam, a za pozostałymi dwoma nie szaleję i to na utwory, w których instrumentami solowymi są flet i skrzypce – instrumenty najgłębiej mi obojętne. Dzięki temu byłem pozbawiony oczekiwań, czyli rozczarowanie nie wchodziło w grę, a wszystko, co było niezłe, odebrałem jako dobre.

A nawet udało mi się nieco wzruszyć IV koncertem skrzypcowym Schnittkego, którego, przyznaję nie bez zakłopotania, słuchałem po raz pierwszy w życiu. Poza tym jest coś poruszającego w słuchaniu koncertu w wykonaniu skrzypka, dla którego został napisany. Nie wiem, czy to nie jest za łatwe wzruszenie, ale cóż, może każdy ma taki pop na jaki zasłużył.

 

– A to In paradisum

– …brzmiało raczej jak In parasitum.

 

Po kiepsko zagranym i źle zaśpiewanym rekwiem Faurégo dyrygent z nie do końca pojętych względów postanowił przemówić do publiczności, ozywając się takimi oto słowami:

Non nobis, sed tibi, Deo, gloria. Nie nam, lecz tobie, Bogu, chwała.

W drodze do wyjścia, przechodząc przez foyer, spotykam znajomego, który lekko się trzęsie ze śmiechu. Mówi:

– Słyszałem właśnie rozmowę dwóch pań w średnim wieku. Jedna pyta drugą, co ten dyrygent powiedział na końcu, a tamta odpowiada: „Nie ma bis, chwała Bogu”.

 – Nigdy przedtem nie słyszałem Fischera na żywo.

– Ja też nie.

– Ani Dieskaua.

– Rany, co za suchar.

– Bardzo na miejscu. Można sobie osuszyć łzy.

– Pomyślałem: no to muszę przyjść dzisiaj tego posłuchać.

Wie ein Kondukt.

In gemessenem Schritt.

– Pięknie.

– I kiczowato. Skądinąd bardzo na temat. Miłość to kicz.

– O, czas na złote myśli?

– Żadne złote myśli, tylko do parteru i nos przy ziemi.

– Do lizania butów?

– Skądże. Ze szmatą, zmywam podłogę. A na deser telenowela w TV.

– Dobry wieczór. Są jeszcze bilety na dzisiaj?

– W której strefie?

– Na parterze jakieś?

– Są. Nie, jeden jest, XII rząd. Pan  potrzebuje jedną osobę?

– O tak, potrzebuję. Ale… To znaczy tak, jeden dla jednej osoby dzisiaj wystarczy. To i tak nadmiar.

Filharmonia Narodowa w Warszawie. Marta Argerich, o jakieś piętnaście lat młodsza, gra Les fées sont d’exquises danseuses Debussy’ego; co jakiś czas szarpie struny fortepianu palcami. Jestem zachwycony. Dzielę się moim zachwytem z chłopakiem, z którym jestem na tym koncercie. Nie pamiętam jego twarzy, nie pamiętam, z kim byłem. W tle, za artystką, wyświetlają na ścianie film z Brentem Corriganem.

– Móc iść dzisiaj i nie pójść to byłby grzech. I to z gatunku tych nieprzyjemnych!

[do Torquata po koncercie z Schollem w FN]