Archives for posts with tag: godzina

– Która jest?

– A bo ja wiem? Trzecia?

– Późno.

– Gdzie tam późno. Słowik to, a nie skowronek…

– W sumie i to ptak, i to ptak.

– Znaczy się, obleci?

– Zastanawiam się, jak niektóre uczestniczki konkursu mają wysłuchać wyników etapu, skoro tamci podają je dopiero po dwudziestej drugiej. One przecież o tej porze powinny już dawno leżeć w łóżeczkach!

– I odmawiać „Hello Kitty”.

– Taki mamy klimat.

– Oby nie na długo, oby nie na stałe.

– Przecież wiesz, że nic nie jest na stałe. Ani Trzecia Rzesza, ani IV RP.

– Rzecz w tym, że ja też nie jestem na stałe.

– Bardziej niż ja.

– Nikt nie zna dna ani gadziny.

– Ty jutro wstajesz koło dziewiątej, nie? Na którą nastawiasz budzik?

– Na ósmą czterdzieści dwie.

– Czemu akurat tak?

– Nie lubię pełnych godzin.

– Ale dlaczego właśnie ósma czterdzieści dwie?

– No bo osiem przez dwa to cztery, a cztery przez dwa to dwa.

– A gdyby to miała być dziewiąta, jakbyś to policzył?

– Tobym ustawił na dziewiątą siedemnaście.

– Czemu?

– Bo nie lubię, jak mi się powtarzają cyferki.

– Ale konkretnie dlaczego dziewiąta siedemnaście?

– Dziewięć plus jeden plus siedem daje siedemnaście, a cyfry siedemnastki sumują się do ósemki. Lubię, jak się sumuje do ósemki.

– A gdyby to była dziesiąta?

– To ustawiłbym na dziesiątą zero jeden.

– Ale tutaj się przecież powtarzają.

– Tak, ale to jest lustrzane, to co innego.

– Myślałem, że ten twój system jest bardziej przewidywalny, a on jest strasznie uznaniowy.

– To ma charakter estetyczny.

– Jak to?

– No, żeby nie było tak banalnie. Czynność wstawania o określonej godzinie jest na tyle dojmująco banalna, że upiększam przynajmniej to, na co mam wpływ.

– Fugit ślora.

Jestem w swoim liceum, które jednak ma parter mojej podstawówki. Na niskim parterze urzęduje lekarz, mój lekarz rodzinny, od którego biorę jakieś leki dla niepoznaki zasypane karmą dla królika, tabletki pod ziarenkami. Idę na górę, śpieszę się na zajęcia. Jest 11:30, nie wiem, jaką mam teraz lekcję i gdzie. Zaczynam przeglądać wszystkie sale po kolei. Trafiam do kuchni, na oko w stylu międzywojnia. Kuchnia węglowa, miednice, maselnice, młoda rumiana kucharka wywija w powietrzu ciastem na makaron. Zagajam uprzejmie:

– Nie wiedziałem, że panie tu robią domowy makaron, to bardzo fajnie.

A ona odpowiada sentencjonalnie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie:

– A robimy, robimy. Chujem dupy z pizdy nie wyjesz!

– Ten fakt legł u ruiny mojego związku.

*

– Tym lepiej, bobym usnął i jeszcze bardziej by mnie okradli.

*

– To było w czerwcu, więc była już czwarta.

*

– To jest pub dla takich od 35 w górę, to klub dla osób starszych.

*

– Ziewasz?

– Ziewam.

– Klękaj?

– Łykam.

– Czekaj, zapiszę.

– Heh, może zostanę twoją muzą?

– Obyś nie powiedział tego w złą godzinę. Złą dla mnie.

Wychodzimy z teatru już po zapadnięciu zmroku. W powietrzu czuć początki wiosny; dłużej nie da się ich lekceważyć, nawet gdyby chcieć. Ale kto by chciał!

Tu chłopak przemknie na hulajnodze, tam pokołysze się w czapce. Tu biegnie, tam się włóczy. Tu sam, a zaraz obok w grupce.  Wszędzie ich pełno.

Bo to jest ta godzina, gdy chłopaki wylegają na ulice. Tak naprawdę pewnie nie jest ich o tej porze więcej niż o wielu innych porach. Ale jakaś szczególna dyspozycja umysłu sprawia, że łatwiej ich dostrzec. Trudniej nie dostrzec.

Można sobie połazić.