Archives for posts with tag: grafomania

– Na przekór słowom piosenki, życia z „Klanem” miałem szybko dość…

– Och, Ilonie Łepkowskiej jestem nie mniej wdzięczny. Nasza krajowa Ciocia Tandeta. Ciepła kluska stęchłego polskiego zaduszku. Wyrazicielka marzeń na miarę naszego braku możliwości. Społeczna edukatorka z naciskiem na „kat”, chemiczny utrwalacz stereotypów, petryfikatorka strefy komfortu, intelektualny last minute all inclusive.

Ale pan przeszczelił. Półtorej procent.

[Zbigniew Ziobro w „Piaskiem po oczach”]

*

Nowy rok to dobra okazja do poczynienia postanowień. Wszyscy robil­iśmy to pub­licznie, w szkole, na lekc­jach wychowaw­czych, ped­a­gog­icznych, bib­liotecznych albo języka pol­skiego. Wtedy było nieprzy­jem­nie i przede wszys­tkim – nieszcz­erze.

[wyzwanie52.pl]

*

Ups Test Optimal, test ciążowy, płytkowy, 1 sztuka

[doz.pl]

*

Jesteśmy w kryzysie, tkwimy w nim i coraz częściej mam poczucie, że ogarnia mnie grzech acedii, „choroba duszy”, którą poznałam w Ziemi Jałowej, w czasie rosnącej liczby twórców przy malejącej liczbie odbiorców. Jak się z tego wymiksować? Czy jest lekarstwo na kłujący w oczy kicz, rozedrgane alikwoty rozrywające słuch?

[Małgorzata Południak tutaj]

*

Drogi Kubusiu, jeśli czujesz się samotny, odrzucony i nieprzygarnięty, to proszę bardzo, zapraszam na popisowe ciastka owsiane […] Tylko miej aktualny zestaw szczepień ze sobą. Licho bowiem nie śpi.

[Karolina Korwin-Piotrowska do Kuby Wojewódzkiego]

*

Nie akceptuję faktu, że ludzie małych miasteczek i wsi posiadający własny kawałek ziemi, kupują w pobliskich supermarketach niewiadomego pochodzenia warzywa i owoce, zamiast wzorem wielu lat posiać własne / hiper lokalny znaczy : z własnego i jest to trend światowy!

[Wojciech Modest Amaro]

*

Seks analny chyba nie budzi tak rozumianego szczęścia jak napisałem powyżej. […] Mamy w sobie ten Boży pierwiastek, który uczula nas na pewien niesmak, który deprawuje. Ja, gdybym miał udzielać jakiś porad małżeńskich osobiście bym zniechęcał do oralnych czy analnych form współżycia o ile to jakieś w ogóle współżycie.

[forumchrześcijańskie.org]

Kolaż recenzji win z Bordeaux ze strony sklepu Marka Kondrata:

W ustach pełne, sprężyste i rześkie. O silnej strukturze, ostry charakter złagodzony podwyższoną zawartością cukru. Piękny, rubinowy kolor z pobłyskami fioletu. Ze stonowanym bukietem skóry. Solidne i ciągle żywiołowe. Bardzo długi finał.

Moja odpowiedź na trawestację pewnego wierszyka Witwickiego, sprzed około roku [z komentarzy wygrzebana, z uwagi na sezon ogórkowy i  niedomiar zdarzeń słownych.]

 

Menda lubi w pachwinie,
Weszka na łepetynie,
Glista ludzka w jelitku,
Lecz liszajec, liszajec!

Z uciechą na lewej nóżce
Lubi i na prawej nóżce,
Lubi gdzie i niewidoczny,
I gdzie bardzo jest widoczny

Gdziekolwiek on wykwitnie,
Uroda nie zakwitnie,
Gdziekolwiek on wykwitnie
Uroda nie zakwitnie.

Poleca się podśpiewywanie do melodii autorstwa F. F. Chopina.

Tak sobie myślę, że kiedyś chciałabym żyć z pisania. Moje rówieśniczki marzą o białych sukienkach i dzieciach, a dla mnie każdy wieczór spędzony nad laptopem i dokumentem Word jest jak poród, a każdy tekst jak własne dziecko, które w pewien sposób kocham, nawet jeśli jest niedoskonałe, brzydkie i przynosi mi wstyd. […]

Wiodę swoje, w zasadzie anonimowe życie, skupiam na pisaniu i doceniam fakt, że kiedy kupuje w sklepie jogurt, to cała Polska nie krytykuje mojego wyboru. I rozumiem, że tabloizacja naszego życia odrywa nas od monotonii spraw codziennych i zwyczajnych i pozwala wynieść na piedestał takie, niekwestionowane przecież gwiazdy, jak Siwiec czy Rutowicz, karmiąc gawiedź spragnioną sensacji gnieżdżących się w nagłówkach. […]

[Aleksandra Radomska, blogerka roku, całość tekstu jest tutaj]

——————————————————–

Przypominam po raz kolejny felieton Gondowicza. Jako odtrutkę, wyjaśnienie, rozwinięcie. I tren.

 

[wprowadzenie: patrz tutaj]

Wydawało się to tak nieprawdopodobne, że Wilhelmowi zajęło trochę czasu, nim pojął znaczenie zniknięcia korony. Gdy do niego dotarło, chwycił fotel i roztrzaskał go o mur. Odwrócił się do emira. Miesiące spędzone na wojnie przywróciły jego nieco zbyt pulchnej ostatnio twarzy jej pierwotne piękno. Rude włosy spadały mu na ramiona i gdyby nie czarna broda odziedziczona po hiszpańskich przodkach jego matki i jego ciemna cera, wyglądałby kropka w kropkę jak jego ojciec Roger II. Górował wzrostem nad Maionem, któremu wydawało się przez chwilę, że gniew króla zmiecie go z powierzchni ziemi. Dla rozrywki dworzan król wyginał czasami żelazne kraty gołymi rękami albo podnosił wierzchowca wraz z jeźdźcem! Co więc mógłby uczynić z emirem…

– Znajdź ją, Maionie. I to szybko – syknął Wilhelm.

– Tak jest.

 *

Drukowało się to tak bezprzykładne, że Wilhelmowi rozerwało ciut terminu, nim zmiarkował prestiż zatarcia się zwieńczenia. Gdy do niego dojeżdżało, ucapił urząd i pokiereszował go o parkan. Mełł się do doży. Trymestry przezimowane na interwencji zbrojnej reaktywowały jego cokolwiek kolportaż brzuchatej przedwczoraj renomy jej nieuczęszczaną dorodność. Ryżawe uczesanie dyndało mu na wysięgniki i gdyby nawet nie obskurne podgardle sukcesyjne po hiszpańskich dinozaurach jego rodzicielki i jego nie oświetlona ogorzałość, wypatrywałby oczy zanieczyszczenie w plamkę jak jego wynalazca Roger II. Poprzerastał głębokością nad Maionem, któremu redagował się przez wzgląd na momencik, że rozdrażnienie przodownika odskrobie go z dwuwymiarowości gumna. Dla frajdy dworzan orzeł wyginał oznaczonymi dniami stalowe ogrodzenia zdziadziałymi mackami albo pozaciągał ogiera chóralnie z amazonką! Co tedy podołałby opracować z radżą…

-Wytrzaśnij ją, Maionie. A także niniejszy rychło – rozszumiał się Wilhelm.

– Być może idzie na karb.

Przyznaję się: tłumacząc większą ilość prozy, uciekam się czasem do korzystania z tezaurusa wbudowanego w edytor Word. Razu pewnego, mocno nad ranem, po nocy spędzonej nad tekstem, wpadłem w głupawkę i zainspirowany zabawnymi propozycjami tezaurusa, przerobiłem nim fragmenty, które podaję najpierw w brzmieniu oryginalnym, a potem ze wszystkimi słowami (z wyjątkiem niektórych zaimków, przyimków itp.) pozamienianymi tezaurusem.

Podszedł do nich stajenny i wysłuchał instrukcji, które cicho przekazał mu emir. Zaraz ze stajni wyszedł koniuszy, prowadząc za uprząż dwie klacze, jakich Tankred w życiu nie widział. Średnich rozmiarów, maści różowobiałej w złote plamki, o długich jedwabistych grzywach.

– „Dzieci wiatru” – cicho rzekł Hugo z podziwem – Nie wiedziałem, że masz takie skarby.

Poprzysuwał się do nich stajenny tudzież uwzględnił rekomendacje, które bezszmerowo wygęgał mu maharadża. Morowych powietrz ze stajni wyguzdrał się ordynat, komenderując za smycz dwie kobyły, jakich Tankred w egzystencji nie rozważył. Statystycznych formatów, kolorystyki obiecująco bladej w kanarkowe kleksy, o rozwlekłych brzoskwiniowych kudłach.

– „Oseski podmuchu” – wyartykułował Hugo konspiracyjnie z achami i ochami. – Nie obeznałem się, że dzierżysz takie cacka.

Właśnie Judym tłumaczył matce coś interesującego, gdy uczuł, że go malec zaczyna łechtać po łydkach. W pierwszej chwili sądził, że mu się zdaje, ale wkrótce, rzuciwszy okiem, zobaczył na obliczu łobuza znamię chytrości i wywieszony język, którym ten pomagał sobie niejako w procedurze łechtania. Dyzio wsuwał rękę między nogawicę spodni Judyma i cholewkę jego kamaszka, odchylał skarpetkę i wodził po gołej skórze długą, ostrą słomą. Judym nie zwracał na to uwagi, w nadziei że mania psotnicza ominie małego towarzysza drogi. Stało się przeciwnie. Dyzio wynalazł pod siedzeniem jakiś zabłąkany długi, ostry badyl i tym sięgał aż do kolana. I to mu nie wystarczyło: wyskubywał nitki ze skarpetek, usiłował zdjął kamasz, zawijał ineksprymable, dopóki się dało itd. Poczęło to wreszcie doktora drażnić. Odsunął szorstkim ruchem rękę łobuza raz, drugi, trzeci. Wszystko na nic. Język, wywieszony na bok, coraz bardziej wskazywał, że gotują się nowe eksperymenty. […]

Skoro tylko powóz się wstrzymał, otwarł drzwiczki, jednym zamachem skoczył na ziemię i wyciągnął ze sobą Dyzia. Tam ujął go za kark lewą ręką, przechylił w sposób właściwy na kolanie i wysypał mu prawą około trzydziestu klapsów spod ciemnej gwiazdy.

[Żeromski, Ludzie bezdomni, rozdział pt. Swawolny Dyzio]

„Poniżej pasa, czyli bezpruderyjna miłość”. Najbardziej gejowska książka roku!!! Seks, miłość i gejowskie rodeo. […] opowiada o swoim beztroskim, młodzieńczym życiu. Miłości i Zdradzie. Uśmiechu i łzach smutku. Ukazuje dwa różne światy, z którymi przyszło mu się zmierzyć. Obraz świata zewnętrznego – uczuciowy, a także świat bezpruderyjnego nierządu i seksu, pełen opisów i obrazów żywego porno. […] Dajcie mi miłość, a podniosę Ziemię! Nadzieje i frustracje. Złudzenia zyskiwane i tracone. Czas odnaleziony. Ten ostatni seks: znowu testowanie. Wynik dodatni. Jak teraz żyć? To droga Kuby. To droga niejednego geja. Przejdź ją ponownie z bohaterem książki Dariusza Chęcińskiego. […] Niech prawda pozostanie naga i podniecona. Idźmy dalej. To historia pełna nieodpowiedzialnych i pełnych zawirowań wyborów. Wyborów, które często prowadzą donikąd, ukazując negatywne konsekwencje nieostrożnego współżycia. Prezentując „program na lepsze”, publikacja ta przybiera formę poradnika, który może być pomocny w odpowiedzi na wiele nurtujących pytań, związanych z naturą osób homoseksualnych, sposobem i trybem ich życia. Drogowskazem dla młodych gejów i lesbijek w swoim coming out’cie, ucząc samoakceptacji i psychicznego przetrwania w odtrąceniu.

[opis wydawcy; wytłuszczenia pochodzą od mrówkodzika; pisownia oryginalna]

Zagubiony w morzu słów westchnienia
w oceanie trudny sens
Chodzę ulicami niespełnienia
i wierzę, że znajdę Cię

[z tekstu piosenki Między nami nic nie było]

Podczas rozmowy o chorobach zakaźnych, ordynatowa do hrabiny:

Czuję, że zaraz zapadnę na jakąś chorobę tropikalna lub odzwierzęcą – rzekła Sandryna i starannie złożyła wykrochmalony szal, który wiatr rozwiewał w bezruchu, niczym blask gasnącego w niej uczucia i rozwianego braku złudzeń.