Archives for posts with tag: grzeczność

– Węgorze w dupie.

– Co?

– No, Japończycy sobie wsadzają. To znaczy nie sobie, zwykle komuś. Jęczącej uczenniczce z pończoszkach. Bo u nich pornografia jest nie wtedy, kiedy są węgorze w dupie i skatofilia, tylko jak się pokaże narządy płciowe. Nie ma widocznych narządów – nie ma porno. Przedziwne to jest.

– Kultura brytyjska i japońska mają w sobie coś podobnego.

– W jakim sensie?

– No, że węgorze w dupie to jest okej, ale poklep kogoś po plecach nie tak, jak należy, albo użyj złej formułki pod listem, to przekroczysz wszelkie granice.

 

 

– Stoję sobie pod szkołą i palę szluga. A w tym samym budynku organizują czasem jakieś występy dla starszych panów i pań. No i akurat był koncert ku czci Anny German, jej piosenki grane i śpiewane. Oczywiście Plakat wisi wielki „Koncert Anny German!”. No i mój budynek ma dwa wejścia, i te biedne babcie i dziadkowe, przychodzący tam od lat, nigdy nie wiedzą które. Podchodzi do mnie urocza starsza pani i pyta „Przepraszam, czy koncert Anny German to tutaj?” A ja: „German nie żyje”. Trochę się zmieszała, ale trafiła do odpowiednich drzwi. Trudno. Przeżyła babina tyle lat to i drugą śmierć German też.

– Masz w swoim opisie profilowym: „Jeśli wiesz, co to IPA, dostajesz na wstępie 2 punkty. Jeśli nie odpisujesz na wiadomość, jesteś po prostu burakiem.” Wiem, co to IPA, więc mam dwa punkty na wstępie. Ale nie odpisuję na wiadomości, jeśli ich treść jasno wskazuje na to, że nadawca nie zadał sobie trudu przeczytania tych paru zdań z mojego opisu profilowego. W związku z tym muszę sobie odjąć 4 punkty i zostaje mi minus dwa, co wynosi dokładnie tyle co dwa, tylko że z przeciwnym zwrotem – ku mnie samemu.

Biblioteka Instytutu Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego. W czytelni za kontuarkiem siedzi pani kierowniczka przybytku. Wchodzący co jakiś czas studenci kłaniają się i cicho mówią do niej „dzień dobry”. Ona tradycyjnie nikomu nie odpowiada. Przy którymś kolejnym „dzień dobry” z ust studenta, pani kierowniczka zrywa się z miejsca i na całe gardło krzyczy:

– Co państwo sobie wyobrażają?! Że ja tu jestem od mówienia wszystkim „dzień dobry”?!

Kiedy indziej kierowniczka wchodzi do czytelni i głośno wzdycha z widocznym obrzydzeniem, jakby patrzyła na grupkę cuchnących bezdomnych, a nie studentów:

– Tu są takie wspaniałe warunki! Jeszcze żeby tylko państwo tu nie przychodzili!

– Siadaj, wujku.

– Czemu „wujku”?

– Żebym nie musiał powiedzieć „chujku”.

– Czy wszyscy twoi znajomi, którzy się witają z tobą, nigdy nie zwracają uwagi na osobę, z którą siedzisz?

– Nie wiem, dziś chyba mają intuicję.

– Dopiero niedawno dowiedziałem się, że meraba nie znaczy po turecku „dziękuję”, tylko „dzień dobry”. I dotarło do mnie, że będąc w Turcji, ku zdziwieniu kelnerów i sprzedawców mówiłem do nich wielokrotnie meraba, bo chciałem być taki miły.

– To jest piękna kobieta!

– Tak… To jest… człowiek… o… nieprzeciętnej aparycji.

————————————————-

Patrz także: tutaj.

– Dzisiaj coraz częściej ludzie piszą samo serdecznie zamiast pozdrawiam serdecznie na końcu mejla.

– Ja piszę: łączę wyrazy.

Szacunku?

– Nie, po prostu.

– Może: łączę wyrazy… bliskoznaczne?

– Tak: łączę wyrazy bliskoznaczne: jesteś głupią kurwą/dziwką/ślorą/suką.

Ksiądz, nowy proboszcz, przyszedł do kolędzie. Pchani jakąś perwersyjną ciekawością postanowili go przyjąć.

– Zapraszamy, księże proboszczu. Mogę wziąć płaszcz?

– Nie będę się rozbierał, bo będzie mi zimno.

W domu gorąco tak, że psy leżą pokotem, a koty chłodzą się na tarasie.

– Rozumiem. Ksiądz spocznie, tu, przy kominku. Napije się ksiądz kawy, herbaty?

– Herbaty, ale żeby nie była za gorąca.

– Nie za gorąca…?

– Bo ja za gorącej nie lubię. Mogła pani wcześniej zaparzyć, toby przestygła.

Gospodyni, w lekkim szoku, udała się zatem do kuchni i zrobiła mu herbaty, którą następnie poprzelewała z kubeczka w kubeczek, tak jak robiła swojemu synowi, gdy miał dziesięć lat.

– Proszę bardzo. Ksiądz lubi ciepło, to może i słodycze? Ciasta?

Ksiądz leciutko się czerwieni:

– Nie mogę, bo zaraz musiałbym umyć zęby.

Gospodarze nieco zdziwieni patrzą po sobie. Ksiądz wyjaśniającym gestem wyjmuje górną sztuczną szczękę i pokazuje, po czym wkłada z powrotem.

– Tak, oczywiście…

Rozmowa się z wiadomych plus widocznych względów nie klei, ale schodzi na szczęście na tematy kulinarne. Gospodyni, pchana wrodzoną szczodrością, proponuje, wychodząc nieco przed szereg:

– Może ksiądz proboszcz dałby się kiedyś zaprosić na obiad?

– Niedziela. Mszę mam o szesnastej, to trzeba by po mnie podjechać.

– Myślę, że nie byłoby problemu…

– A co państwo podają?

– Robimy dobrą kaczkę…

– Ale w winie?

– Nie, raczej na chrupiąco, z majerankiem i z…

– Moja ciotka robi doskonałą w winie. Bo ludzie to nie potrafią zrobić kaczki. Za sucha.

Rozmowa się nie klei i chyba wszyscy trzej wiedzą dlaczego. Na jakieś dwie minuty zapada milczenie.

– Panowie się nie obrażą, jeśli się oddalę.

– Obrazimy.

– O, a jak to okażecie? Milczeniem?

– To może następnym razem.

– Mamy czas.

-: Ale ty się przecież spieszysz!

– To znaczy: „Mamy czas.” Mówię tak, bo mnie kolega nauczył.

– Na zdrowie!

– Nic nie szkodzi.