Archives for posts with tag: Herr Krullick

– Powiem ci coś okropnego.

– Nie wiem, czy się śmiać, bo tyle mi już okropieństw przecież naopowiadałeś, czy bać, bo skoro na tle tych wszystkich okropieństw uważasz to za okropne…

– To coś okropnego społecznie, więc ciebie to nie ruszy.

– Spałem z termoforem.

– O! A jak miał na imię?

*

– I pomyśleć, że prawie wylądowałem z nim w łóżku… To znaczy wylądowałem, ale pomyśleć, że prawie uprawiałem z nim seks… To znaczy uprawiałem, ale…

*

– Do diaska!

– Phi, ja tam mogę i bez diaska.

*

– Uśmiałem się, że wyszło z tego niezłe ignotum per ignotum.

– Chyba ignotum per rectum.

Znajomy proponuje koledze wieczór kinowy.

– Chcesz obejrzeć jakiś film?

– A jaki?

Piratów z Karaibów?

– Nie.

– To może jakiegoś Almodovara?

– Nie.

– No to co?

– A wszystko jedno.

– Jedna położna mówiła mi, że ból porodowy to jest taki ból pierwotny i to trzeba zaakceptować, to trzeba przeżyć, i to jest dobre.

– Czyli najlepiej sobie tym dzieckiem w tę i we w tę…?

– A co on mi zrobi?

– Dużo rzeczy, najchętniej to, na co nie masz ochoty.

– Niech pomyślę, na co ja mógłbym nie mieć ochoty…

…Wyrwał mi torbę i pobiegł, widzę, jak biegnie. Ja stanąłem jak wryty z samymi słuchawkami, które zostały mi w uszach. I stoję. A obok kobiety sprzedają kwiaty i podgniłe jabłka…

 – Nie wiem, dlaczego się śmiejesz.

– Ja się nie śmieję, ja płaczę przez śmiech.

*

– Jego bym poznał z kilometra, a ciebie ledwo poznaję.

– A jaka różnica?

– Z tobą spałem, a z nim – nie.

*

– Kiedy cię widzę, moje oczy błądzą.

– Jak to?

– Ja już chyba pierdolę, za dużo twojego bloga czytam.

*

– Lepiej nie podchodź. Mam parszywy nastrój. To może być zaraźliwe.

– Wiesz, kiedy zrozumiałem, że nic z tego nigdy nie będzie? Kiedy na dwóch kolejnych spotkaniach, w odległości pół roku, powiedział, że nie pamięta, jak mam na imię.

– Niemożliwe. Nie wierzę, żeby nie pamiętał.

– Nie wiem. To chyba możliwe, że będąc zakochanym, można zapomnieć imienia?

– Nie można. To znaczy ja to owszem, mógłbym być zakochany i zapomnieć imienia, ale nie on.

——————————————————————–

Ilustracja muzyczna w temacie imienia, coś ta Dama pikowa za mną chodzi:

– Aż tak ci się podoba? Dla mnie jest za mało męski jak na dresa, a za ostry jak na chłopca. Nie moje decorum.

– Jest idealny. Doskonały. Dochodziłbym z nim czternaście razy. Dwa razy po prostu, a pozostałych dwanaście widząc, jak bardzo tego nie chce.

– Skądś to znam. Widziałem to, tylko jakby w odbiciu lustrzanym…

– Wiem, o czym mówisz.

– Wiem, że wiesz.

– Miłość jest taka chiralna.

– A z kim byłeś w tym Między Nami?

– Myślami z tobą.

Chłopiec [do Herr Krullicka o mrówkodziku]: A twój kolega jest hetero?
Herr Krullick [obłudnie]: Tak.
Chłopiec [do mrówkodzika]: Widać. Wyglądasz groźnie.
Mrówk: [wita przechodzącą znajomą drag queen pocałunkiem w wyperfumowaną orękawiczkowaną dłoń dzierżącą fikuśną torebkę]
Chłopiec: Znasz ją?
Mrówk: Nie, po prostu dobrze udaję, że ją znam.
Chłopiec: Ale wiesz co, to chyba nie jest kobieta.
Mrówk [udając wkurw]: Ej, faceta bym przecież w rękę nie całował.
Chłopiec: [konfunduje się przez kolejny kwadrans]

– On ze mnie lży!

What power art thou,
Who from below,
Hast made me rise,
Unwillingly and slow,
From beds of everlasting snow!

Seest thou not how stiff,
And wond’rous old,
Far unfit to bear the bitter cold.

I can scarcely move,
Or draw my breath,

Let me, let me,
Freeze again to death!

[sł. John Dryden, muz. H. Purcell; aria pochodzi z półopery King Arthur i jest powszechnie znana pod tytułem Cold Song]

Herr Krullick [mówiąc szybko]:

Albo kochają i albo nienawidzą.

Wyjaśnienie:

Herr Krullick miał na myśli preferencje śpiewaków odnośnie samogłosek, zdanie powiedziane wolno brzmiałoby tak:

Albo kochają „i”, albo nienawidzą.

Herr Krullick mijając sklep z ciuchami City Outlet przeczytał jego nazwę jako…:

CIOTY OUTLET

Moja ulubiona z Pieśni kurpiowskich Szymanowskiego, z którą przed laty zapoznał mnie Herr Krullick.

Polecam tekst.

Oraz w wykonaniu znakomitego skąinąd zespołu muzyki dawnej Doulce Memoire:

 

A chtóz tam puka, w komorze łuka?

Nasa Marysia matuli suka.

Wysła na izbę, růncki załåmała:

O moja matulu, gdzieześ się podziała.

 

A ty, matulu, tu tégo domu,

Pobłogosław córke, jädzie do ślubu.

Nie wstane, nie wstane, bom jest pochowana,

Na trzym zåmecki jest pozamykana.

 

Psirsy zåmecek – ze trzech desecek,

Drugi zåmecek –  zółty psiäsecek,

Trzeci zåmecek –  zielůna murawa,

O moja córusiu, jädź do ślubu sama.

I to jest właśnie jedna z twoich wad.

– Jaka?

– No, te twoje zalety.