Archives for posts with tag: hihihi

– Padłem wczoraj spać o 21.00 jak jakiś dziadzio. Zbliżają się moje 25. urodziny i czuję się stary.

– Fakt, że w wieku 25 lat czujesz się stary, to najlepszy dowód na to, że jesteś jeszcze bardzo młody!

 

 

– Co oni tak wszyscy z nadejściem jesieni polikwidowali profile?

– Może sobie poznajdowali facetów i teraz żyją w monogamicznej idylli, która potrwa nawet miesiąc albo trzy?

– Albo po prostu wszystkie trutnie wyzdychały na zimę…

 

– Określanie Kościuszki mianem polskiego kompozytora romantycznego jest na wyrost – to jak powiedzieć, że Chopin to polski pisarz, bo zostawił po sobie listy, albo poeta, bo wpisał komuś rymowankę do sztambucha

– Chopin był malarzem, ty… Ty człowieku jeden! Nie znasz się! Tworzył obrazy dźwiękami malowane!

– WIERZBAMI MALOWANE MAZOWIECKIMI NA SERCACH NASZYCH TWORZYŁ!!!

– POLSKIMI wierzbami mazowieckimi…..! Jeszcze ktoś pomyśli, że francuskimi…

– Na francuskim to on bruku, paryskim, malował. W barwy narodowe malował, prasłowiańskie święte.

– No! Teraz to wszystko ma sens!

– Wiesz, bo żeby życie miało sens, to trzeba żyć dla idei! Dla JIDEJI!

– Dla DŻEDAJ.

– DżeDEJ. Na horom curke!

– Bardzo fajnie się było zobaczyć i liczę na ruchłą powtórkę!

 

– Przywrócili rynkowi na siłę historyczny wygląd. Odtworzyli stare żydowskie getto według dziewiętnastowiecznej ryciny, na której był jakiś zawszony koń plus krzywe drzewo, a na nim sęp. I chyba wisielec. A zatem wyrżnęli zieleń i wyłożyli całość kostką Bauma.

– To się nazywa rekonstrukcja tkanki miejskiej.

– Daj spokój z tą rekonstrukcją tkanki, bo zaraz znów będzie coś o napletkach…

– Patrzę na te koniaki, whisky i inne flaszki. Wiesz, ile rzeczy można kiedyś było załatwić takim alkoholem?

– Dziś też można załatwić. Siebie.

 

 

– Wiecie, że nasz młodszy kolega nigdy nie uczestniczył w grupówce? Może powinien nadrobić.

– Grupówka? A kiedy?

– Może dzisiaj?

– A nieee, dzisiaj umówiłem się na planszówki… Jutro?

– Niee, jutro jesteśmy umówieni z rodziną.

– Pojutrze to do pracy…

– A we wtorek mam spotkanie autorskie…

– Ja mam w środę koncert…

– W sumie to ja nie przepadam za grupówkami…

– Noo, kiedyś to się szło tak jakoś z rozpędu, a dzisiaj to komu by się chciało…

– Nooo, to dobranoc.

– Dobranoc!

 

– Wstałeś już na dobre?

– Mhm.

– Jak się masz?

– Hm-hm…

– Aha, czyli boli cię gardło.

– Mhm!

– Za każdym razem, jak masz anginę, czuję się jak kobieta w stereotypowym związku: ja napierdalam jak nakręcony, a ty czasem tylko coś odmrukniesz!

– Co tak szybko zjadłeś? Masz bulimię?

– Nie mam… Dopóki nie zwymiotuję.

 

 

– Widzisz to zdjęcie?

– No. Kto to?

– Kozi drak.

– Kozi drak?!

– Tak!

– Wygląda jak Elektra śpiewająca Allein, ganz allein.

– Nie, to nie z „Elektry” tylko z czechosłowackiej bajki o czarownicy Ježibabie.

– A, na czarownicę to mi ona pasuje!

– To nie tak: ona nie grała czarownicy, tylko brzydszą część bagna, na którym ta wiedźma mieszkała.

– Napijesz się czegoś?

– Aha!

– Kawy? Z mlekiem?

– Jak masz…

– Skoro pytam, to raczej mam.

– No nie wiem. Ja nigdy nie mam mleka w domu, ale i tak pytam.

– No ale jak nie masz mleka, to po co pytasz?

– Z grzeczności!

 

 

– Ca, ca.

– Czemu mi piszesz „Ca, ca”?

– A nic, chciałem napisać „Ćą, ćą”.

– Ale dlaczego?!

– Bo sprawdzałem polskie znaki.

– Skoro nie wiadomo, co tym rządzi, istnieje szansa, że rządzi przypadek. Skoro przypadek czasem działa na korzyść – to dlaczego nie miałby pomóc wam?

– Przypadek ponoć pomaga tylko umysłom przygotowanym. Tak twierdził Paskal. Mam ochotę założyć, że miał rację.

– I potem nazwano jego imieniem ułomny system programowania głupich maszyn…  W sumie to może zadziałać.

 

 

Gramy w karteczki przylepiane do czoła – trzeba, zadając pytania, zgadnąć, jaką się jest postacią. Padają następujące mądrości.

*

– Jestem kobietą, w średnim wieku, nie za ładną, ty mnie znasz, ja siebie nie znam, ale mógłbym, na gruncie zawodowym, jestem związana z muzyką, ale ani jej nie tworzę, ani nie wykonuję, ani o niej nie piszę… Czy jestem związana z teatrem?

– Tak!

– Hm, to już wiele ułatwia. Tylko dla upewnienia: pamiętasz, mam nadzieję, że Krzysztof Warlikowski nie jest kobietą w tradycyjnym rozumieniu tego słowa?

*

– Jestem kobietą, w wieku dojrzałym, zajmuję się literaturą i mam męża… To nie jest łatwe!

– I, przypominam, lubisz siebie!

– Lubię siebie?

– To znaczy ty lubisz tę postać.

– To już w ogóle nie do odgadnięcia!

– Niebawem początek Spotkania przez duże S.

– Będziecie mówić dużymi literami, każde słowo wielką literą?

– No raczej! I przed każdym wyrazem będzie „prof.”, „dr”, „mec.” albo „red.”!

– Każdy przychodzi z własnym kijem w dupie, czy rozdają na miejscu? Bo to trochę niehigieniczne, jak kij jest przechodni. To tak jak z laską marszałkowską, którą każdy chce pukać.

– Nie, chyba aż tak źle nie będzie…

– O, to super. Ja sobie kopię  w kamieniołomie.

– W kamieniołomie nieważne, ŻE się kopie; ważne, KOGO się kopie, lub też POD KIM się kopie.

– A najprzyjemniej to kopnąć czyjąś nogą!

 

 

– …nagle.

– Co nagle?

– Zmarła.

– Co nagle, to po diable. Nie chować w poświęconej ziemi.

– Słownik w telefonie zaczyna mi tworzyć poezję: „Dla mnie to nie jest, to dla nas, w tym roku na terenie całej masy mięśniowej, i tak się zastanawiam nad morzem w górach…”

– O, prawie jak nowe tomy Krzysztofa Siwczyka, tylko za mało trudnych słów.

 – „Zaiste nie ma problemu z ich strony. A czas kiedy to się stało w sumie ponad nami i tak się stało”.

– Nie, chodzi bardziej o słowa typu „postmodernistyczna transgresja hiperrealizmu”.

– Mam nowy telefon. W nim słownik myśli inaczej, ale też ciekawie: „Hiperrealizm nie jest tak jak jest to co się stało z tego powodu w sumie nie ma co liczyć na fachową obsługę klienta”.

– Pełna zgoda. Nie ma co liczyć. Chyba że liczyć wyrazy uznania. Klasyczny postmodernizm: nie ma treści, są tylko komentarze. Jest recepcja. Taka recepcja bez hotelu.

– Postmodernistyczna to się jeszcze bardziej dzieje z moim chłopakiem.

– Co?

– Słownik zasugerował chłopaka, zasugerował to co wszyscy znajomi odradzają.

– I co z tym chłopakiem?

– Nic. To wszystko napisał słownik.

 

– Nie mogę dociec, co pan redaktor miał na myśli. O której on to pisał?

– Czekaj… Jakoś po dziesiątej. Tak, u niego to już jest ten moment, kiedy składnia wypowiada posłuszeństwo.

 

 

 

– No więc chciałbym ci życzyć wszystkiego najlepszego…

– Czyli czego? Proszę o konkrety!

– Czyli wszystkiego, na co masz ochotę, a co ci nie zaszkodzi!

– Jakoś tak ci Japończycy sami się dyskryminują i obsadzają w rolach bohaterów azjatyckich białe postaci anime.

– To się jakoś nazywa na pewno. Na przykład internalizacja opresji. Albo dyssubwersja. Trzeba by spytać kogoś z IKP.