Archives for posts with tag: idiolekt

– Nie wiadomo…

– Podoba mi się, jak używasz tego sformułowania. Co ono u ciebie oznacza? Chyba to samo kiedyś u nas znaczyło „wiadomo”. Czyli…

– No trudno powiedzieć. Takie ogólne potwierdzenie, że się słucha.

– Albo że się nie słucha.

– Właśnie. Jestem do tego tak przyzwyczajony, że czasem zdarza mi się tak przy ludziach. Ostatnio szefowa zadała mi jakieś bardzo konkretne i niezbyt trudne pytanie, a ja odruchowo odpowiedziałem jej „nie wiadomo”. No i popadła w konsternację, i przestała mnie pytać! Doszedłem potem do wniosku, że to niezły sposób, żeby mieć spokój.

– Ale wiesz, efekt zaskoczenia nie zawsze będzie działał.

– A wiadomo?

– Nie wiadomo!

 

Żubr i Mrówkodzik długo czekali na przeniesienie im internetu z poprzedniego mieszkania na nowy adres. Były jakieś trudności, leżące zresztą po stronie dostawcy usługi. Monter miał być między 13.00 a 15.00, dotarł po 22.00. Zmęczeni i zdesperowani nawet nie myśleliśmy protestować, szczęśliwi, że będzie wreszcie szerokopasmowe łącze.

Monter okazał się atletycznym młodym mężczyzną, wyglądającym na bardzo silnego (sądząc po przedramionach, które to zwykle prognozują). Miał dresiarski sposób mówienia, tatuaż na ramieniu i szeroką żuchwę z męsko brzmiącym szczękościskiem. Do tego krótkie blond włosy i lekko zaczerwienione z przemęczenia oczy.

Mrówkodzik i Żubr zachowywali się  standardowo, byli trochę znużeni, nie rzucali dwuznacznych żarcików; w sumie, w ogóle chyba nie żartowali. W mieszkaniu nie leżały żadne kompromitujące przedmioty (chyba że zauważył Der Tod in Venedig Manna…), nie rozbrzmiewała Madonna, Cher ani Lady Gaga. Na tapecie komputera mrówkodzika był rysunek jamnika na nieróżowym tle. Mrówkodzik specjalnie uruchomił dla montera przeglądarkę IE, której nigdy nie używa, żeby tamten nie trafił na historię przeglądanych stron. Co się ma rozpraszać, myślałem, a jak homofob, to jeszcze nam coś złośliwie źle skonfiguruje…?

Monter opowiadał ze swadą, że właśnie wrócił od śpiewaczki operowej Ireny J. i rozwodził się nad tym, jakie ona ma duże cycki, na fotce z dużym dekoltem z jej jubileuszu widział. Haha, hihi. Potem pytał. Do jakich klubów chodzicie? – Do rożnych. – Weźcie mnie ze sobą (- milczenie). Żubr powiedział potem, że strasznie typowo heteryckie było to jaranie się tymi piersiami.

Zainstalował szybko i sprawnie, poszedł.

Mrówkodzik wyszedł na miasto. Koło pierwszej dostaje od montera (z którym się przedtem umawiał przez komórkę) smsa następującej treści:

„Macie chęć na dobre jebanie? :) Jesteście parą?”

W kolejnej wiadomości dodał, że jest pasywny i ma ochotę na trójkąt. Używał bardzo charakterystycznego idiolektu miejskich gejów, to nie mógł być żart. Zresztą za takie żarty to w sumie można między niektórymi heterykami zarobić w twarz.

Byłem w takim szoku, że szorowałem szczęką po podłodze. Nie wiem, czy bardziej zadziwiło mnie to, że coś takiego napisał, czy to, że uczynił to z tak ogromną pewnością, bez ogródek, bez kluczenia, sondowania. Tak czy siak historia jak z porno-opowiadanka.

Do wyjaśnienia pozostaje, skąd tak łatwo zdobył pewność, że jesteśmy gejami. Dwóch łysych lekko przymulonych czekaniem i niedospaniem kolesi w bluzach z kapturem w przeciętnym mieszkaniu raczej nie powinno dawać takiej pewności. Musiał nas skądś kojarzyć… Albo jest geniuszem behawioryzmu, cholerka.

A może jesteśmy jednak dwoma rozwrzeszczanymi cioturzycami biegającymi ze słowami „I’m a fairy!” na ustach…?