Archives for posts with tag: instrument

– Ja jednak za długo grałem na prawdziwych instrumentach, żeby teraz mieć takie coś podłączone do komputera tylko. Muszę mieć coś instrumentopodobnego przynajmniej. Takie instrumentalne dildo.

– Tysiąc pięćset dolarów kosztuje.

– Że co?

– Instrumentalne dildo z katalogu.

– Jak to? W katalogu Rolanda najtańsze zaczynają się od…

– Z Azji zamawiasz, takie do metra siedemdziesiąt.

 

– Kawai czy Fazioli – i tak równo boli.

– Steiway czy Yamaha – i tak jest bardacha.

– A powiedzże no, wiesz, kto to jest McCartney?

– Wiem.

– Cholera, to niedobrze.

– Czemu?

– Bo miałem nadzieję, że cię spytam, a ty z rozbrajającą szczerością odpowiesz, że nie wiesz, a wtedy ja powiem, że cię za to uwielbiam.

– Na pocieszenie dodam, że wiem od niedawna.

– Od bardzo niedawna…?

– Dziś od rana, bo w biurze się dowiedziałem.

– Uff! Jednak cię uwielbiam. Jesteś żywym dowodem na to, że muzyka i kultura popularna nie wszystkim zlasowała mózgi. A kim on tam był dokładnie?

– Jak to?

– Kim on tam był w tym zespole?

– Nie wiem. Ich było czterech, znam ze zdjęć, to jeden musiał śpiewać, drugi grać na gitarze, trzeci na perkusji, a czwarty na… pianinie.

– O, ciekawe! A na czym konkretnie on grał?

– On… McCartney… Nie wiem. Może śpiewał?

– Oni wszyscy śpiewali, o ile się nie mylę, i poza perkusistą, grali na gitarach.

– No co ty! Jak nudno. Same gitary? Słabo.

 

Zamknięte muzeum. Kamienice jakby pozrastane, niezgodności poziomów, drzwi w nie do końca spodziewanych miejscach, schody niby dokądś, a jakoś donikąd. Stelaże, ramy, instalacje ściany i ścianki – to nie ekspozycja, tylko podkład, grunt, na którym pozostały tabliczki z podpisami, a eksponatów, których dotyczyły, nie ma. Czemu ty na balustradzie nie ma takiej drewnianej kuli, jak obok? W konserwacji jest. Po korytarzach snują się pracownicy i znikają w pokojach, w których z rachitycznymi mebelkami z lat siedemdziesiątych sąsiadują dwustuletnie zegary. Do działu kadr wchodzi się przez wyłożoną kobiercami salę (leżą, jakby się suszyły), gdzie o ścianę stoi oparte półślepe lustro. Tu jest portret tego i tego, autorstwa tamtego. Kopia, oryginał u konserwatora. Niskie długie meble pozakrywane grubymi foliowymi pokrowcami. Podchodzę z zaciekawieniem, ale żaden nie okazuje się instrumentem.

Łazimy. Poszczególne pomieszczenia mają różne zapachy: czuć głównie muzealny kurz, ale tutaj pleśń, tutaj detergent, a tu nagle jak w dzieciństwie, kiedy dziadek pokazywał pracę przy ulach, czuć – bo pastują podłogi woskiem pszczelim. Pewnie pięćset lat temu tak samo pastowali na tej wysokości, ale nie w tym samym budynku, bo to już nie ten budynek. Od zera nie ten, ale na minus jeden, minus dwa, jeszcze trochę ten. W tych świeżo wyremontowanych piwnicach chłodno i świeżo, wydajna klimatyzacja osusza i filtruje. A tu jest skarb, który tu wykopano, monety w garnku. To znaczy garnek jest prawdziwy, a monety to atrapa. Prawdziwe są u archeologów.

Klatka schodowa, któraś z kolei, od dłuższego czasu już nie wiem, gdzie dokładnie jestem; północ, południe, zachód wydają się tutaj  nieomal oszustwem. Fotografie, w założeniu spłowiałe od nowości, nadrukowane na plansze wielkiego formatu, wiszą tu chyba od miesięcy, pokrywa je pył. To też pozostałość po wystawie pozostałości. Dotykam. Marcin podchodzi, przygląda się chwilę, nabiera powietrza w płuca i dmucha na jedną z plansz.

 – Co ty robisz! Zdmuchnąłeś bardzo kosztowną atrapę kurzu!

Na zewnątrz wczesne popołudnie. Siadamy we czworo na kamiennej ławce. Po jakimś czasie odwracamy się tyłem do rynku i światła, które tępo wciska się w oczy, mimo że lub może właśnie dlatego że dzień nie jest szczególnie słoneczny.

W katedrze na Krecie w czerwonej rokiecie

Grał klerykowi prepozyt na flecie.

A że flet krótki,

To słabe nutki

Niknęły w nawie, a potem w klozecie.

*

Na wyspie Cyprze grał raz na cytrze

Archimandryta Dymitry w mitrze.

Że miękki jest filc tej mitry,

Archimandryta Dymitry

Co rusz dłoń mokrą chytrze w mitrę wytrze.

*

Raz w mieście Trieście na czeleście

Grał mnich odziany w szaty niewieście.

Gdy to zoczył na mszy opat,

W uniesienie takie popadł,

Iż rzekł do wiernych: „Bierzcie i grzeszcie!”

[patrz też tutaj]

Raz w samej archikolegiacie w Tumie

Grał organista w kobiecym kostiumie.

Proboszcz mdlał i wzbraniał:

„Nie do wytrzymania!

Z transwestytą pracować nie umiem!”

*

W mieście Turynie na spinettinie

Raz archidiakon grał w pelerynie.

A że z ministrantami

Lubił ćwiczyć parami,

Grali wszystko, co się nawinie.

*

Tuż przy Pigalle na wirginale

W zdobnym infułat grał pektorale.

A że złożył był śluby,

To – choć obok cheruby –

Najbardziej gorzkie z gorzkich grał żale.

*

Na fisharmonii raz w mieście Anjou

Grał prałat w kapie barwy oranżu.

By wzmóc chorały,

Deptał pedały,

Niczego wcale nie chcąc w rewanżu.