Archives for posts with tag: Jacek Cygan

– Na przekór słowom piosenki, życia z „Klanem” miałem szybko dość…

– Och, Ilonie Łepkowskiej jestem nie mniej wdzięczny. Nasza krajowa Ciocia Tandeta. Ciepła kluska stęchłego polskiego zaduszku. Wyrazicielka marzeń na miarę naszego braku możliwości. Społeczna edukatorka z naciskiem na „kat”, chemiczny utrwalacz stereotypów, petryfikatorka strefy komfortu, intelektualny last minute all inclusive.

– Dotarło do mnie właśnie, jak drastynicznie, tragopitulicznie durne jest wymyślone przez Jacka Cygana – bo kogóż by innego! – sformułowanie „mój sokole gromowładny”. WTF?! Aż się człowiekowi chutor w burzanie otwiera.

– Oj tam, oj tam. A “Galileo, Galileo, Galilileo let me go! Let me go! Bismillah let me go! Scaramouche, Scaramouche will You let me fandango?” Czy jakoś podobnie. Głupie? Głupie. Genialne? Genialne. Nie mieszajmy „rejestrów”. Co, oczywiście, nie znaczy, że „Dumka” jest genialna. Ale Cygan ma na koncie kilka evergreenów.

– Moim zdaniem ten tekst Queenów jest świetny na wiele sposobów – głównie dlatego, że coś wnosi, burzy, pobudza estetycznie. Cygan zazwyczaj robi coś przeciwnego. Kołysze polskiego cebulaka w jego snach z pasztetowej i salcesonu. Evergreeny – może i tak, ale wiecznie zielone dlatego, że są z plastiku.

 

 

– Czy ty mi znowu puszczasz to cygańskie dziecko bez matury?

– Przepraszam, samo się włączyło. Czy ty właśnie uprawiłeś ksenofobię?

– Nie, „cygańskie” w sensie spłodzone piórem Jacka Cygana. Tak czy siak mewa.

– Czemu mewa? Bo kracze? Krzyczy?

– Bo „to nie ja była mewą”. Słyszysz, do jakiego stopnia ona nie ma dołów? To przed chwilą przecież powiedziała, a nie zaśpiewała.

– A jednocześnie w górach ma pohukiwania jak wielkie diwy operowe.

– Ale one mają też wielki głos. Na dodatek ledwo się jej zwierają struny w pianach, a nawet jak dopakuje głośnością, to ten piczi-głosik musi się przebijać przez zatkany nos. I wychodzi zamglony pisk jak u myszki chorej na zatoki.

– Ale jaka napinka jest! Górniak jest jak bardzo chudziutkie dresiątko, które się wozi, giba na boki, i myśli, że wygląda jak kafar, a wygląda jak wieszak kołyszący się na wietrze.