Archives for posts with tag: kiła

– Jeszcze wytrzymam kila dni…

– „Kiła dni”, dobry tytuł na autobiografię Polaka początku XXI wieku.

– A „Dni kiły” świetnym sloganem dla drzwi otwartych oddziału wenerologicznego Dzieciątka Jezus.

– To może być pierwszy tom: „Dni kiły”. Tom II: „Kiła dni”. Tom III, i ostatni: „Łyka Indi”. Przez jedno „i”, bo to taki snob, co ma kredyt na mieszkanie i wakacje w Indiach, po oświecenie, ale marketingowa nowomowa pod strzechą i słoma z butów.

– A kiła z dupy.

– Czy ja wiem… W tym by było jeszcze coś dekadenckiego, że sobie przynajmniej pożyli. Myślę, że u nich może być na odwrót: ścisk dupy, modne ciuszki i kluby, ale tak naprawdę mentalność przywieziona w słoiku z Białegostoka.

– Hmm… a co z tym oświeceniem?

– A, oświecenie to jest wiesz, że lubi jogę i pierożki samosa. Ale nie dlatego, że lubi, tylko dlatego, że ogólne sushi. Wypada. No i te krowy, wiesz, że tam krowy po ulicach? I tak kolorowo. Uroczo, uroczysko – jak powiedziałaby Magda Gessler, koryfeuszka płycizny poznawczej.

– Bo wiesz… to jak z Niechcicową, co się z ziemianki w mieszczankę zamieniała.

– To jest niesamowite, ile tu wymalowanych, wypindrzonych dziesięcio-, dwunastolatek. Pełny makijaż, buty na obcasie i odkryty brzuch.

– A ci chłopcy, co tam grają w piłkę, tobym się nie zdziwił, jakby grali psią albo kocią głową, jeśli nie ludzką.

– O, mama woła dziewczynki na kolację.

– E tam, przypomina, że mają iść do pracy pewnie.

– Ciekawe, ile tu biorą za usługę.

– Za prezerwatywę się pewnie słono dopłaca.

– Nie no, chyba zwykle dopłaca się za seks bez zabezpieczenia.

– Gdzie tam, w Neapolu się dopłaca za zabezpieczenie, i to potrójnie!

 

– Wiesz, trudno mi to wyjaśnić…

– Ja nie krętek blady, ja nie wnikam.

*

– A po co ci dietetyczka?!

– Żeby widziała, skubana, ile wydaję na alkohol.

*

– No i czemuśmy wcale nie mieli nic ze sobą?

– Teraz już za późno. Teraz już cię lubię.

*

– Dzwoniła i pyta, jakie nowe plotki. A ja jej na to: „Odkąd ciebie nie ma, to żadne”.

– Powiedzieć, że program partii komunistycznej był w owym czasie był dla Polski najlepszy, to tak jakby stwierdzić, że seks był najlepszym programem dla tego, kto w jego trakcie zaraził się kiłą.

– Siła w kupie!

– A kiła w dupie.

*

– Szkoda, że musiała iść. W sumie dobrze, że poszła.

*

– Bo widzisz, jeśli zejdzie się z nim na jakiś temat… Ale z nim się nie da zejść na jakiś temat.

*

– Patrz, zdeptałem szkła i nikomu się krzywda nie stała.

*

– Co za tłok.

– A poprzednio? To dopiero było. Tak ciągnęli na schodach, że zlali się z fototapetą.

– Toż to moja miła powinowata, Sra. Carmencita Lues de Méndez y Ropa! Jakżeż zdrowie? – Podpytywała, skandując, doña Simoña Influenza de Vargas, podszczypując znikomo wyrzut, co na jej pełne usty wychynął bąbliście, niby skwarka na krągłym zakwitająca pierogu. – Czy lepiej? Tuszę, iż nasz dochtór Juyoza zapisał jakie serum lubo nasiadówki, a skutek ich już bliski a ostateczny?