Archives for posts with tag: klawesyn

– We were preparing some Baroque arias…

– Cool, do you work with a harpsichord?

– Worse, I work with the Chinese.

Tak brzmi połączenie klawesynu z gitarą portugalską w mojej ulubionej suicie francuskiej.

– Jest coś głęboko optymistycznego w tym utworze. A dokładnie w tym, czego w nim nie ma. I to pod wieloma względami. Jest w tym ulga i nadzieja jednocześnie, a te nie tak znowu chętnie chodzą w parze. Jest niedosyt, usprawiedliwienie dla apetytu, ale nie ma głodu. Ten kontrapunkt jest jak szczepionka.

 

 

 

– Poznałem jego wykonania koncertów klawesynowych Bacha jako pierwsze.

– Dobrze gra. I dyryguje.

– O! Ale jakie to wykonawstwo? On jest przedhipowski, hipowski, pohipowski?

– Jaki?

– No, historycznie poinformowany.

– Jest dobrze poinformowany.

 

– Wracam kiedyś do domu i czuję, że zaczęli grzać. Zerkam na higrometr i co widzę? Piętnaście procent! Dwa nawilżacze dokupiłam, w sumie trzy miałam włączone! Pieluchy tetrowe w pokoju suszyłam!

– Klawesyn we mgle.

Potrzebowałam jakiegoś instrumentu do ćwiczenia i wypożyczyłam sobie mały klawesyn, Scholę. No ale Von Nagla! Musiałam wyjść na jakiś czas, a że to było lato, zostawiłam otwarte okno. Podczas mojej nieobecności spadł deszcz, więc raptownie skoczyła wilgotność powietrza. Kiedy wróciłam, to omal nie zemdlałam. Mój klawesyn był w ciąży! Miał wielki brzuch!

W strasznych nerwach zawołałam serwisantów, a oni się uśmiali i powiedzieli, że to nic takiego i że jak wyschnie, to wróci z powrotem do prawidłowych kształtów.

– Kiedy po raz pierwszy w życiu podczas strojenia pękła mi struna w moim klawesynie, płakałam przez trzy godziny.

 

I tak niedoorientowany człowiek żyje w nieświadomości, że oprócz sześciu suit tzw. francuskich, powszechnie grywanych przez pianistów i klawesynistów w szkołach muzycznych (zwłaszcza pierwsze trzy, PWM z jakichś niepojętych względów wydało tylko połowę suit francuskich i angielskich) są jeszcze dwie, z czego jedna miła:

Siódemka i ósemka na kostce do gry?

—————————————————–

Ile wspomnień:

Czyli III suita francuska. Pomieszczam też w godniejszym wykonaniu, na fortepianie wprawdzie, ale to Gould i jego lewa ręka jest wartością samą w sobie (specyficznie to brzmi). Menuet I jest od 4’22”:

 I Suita francuska d-moll (BWV 812) Bacha.

 

W zasadzie jest dość nudna, najciekawszą częścią jest początkowe Allemande. Ładne agréments w voltach. Jest to suita dość refleksyjna, monotonna, przypomina nieco lamenty czy tombeaux Frobergera. Dobra jako tło.

 

Odezwałem się do znajomego, Wehwalta, na brzydkim złym portalu. Zanim zaprosił mnie do znajomych, skierował do mnie takie oto pytanie:

– Czyżby to był ten łysy gruboskórny zwierz o duszy szesnastoletniej klawesynistki?

– Marzę o klawesynie, ale jeszcze trochę pomarzę, zanim się dorobię, obawiam się. Znam kilka osób, które mają w domu, i zazdroszczę im tak, że kiedyś mogę zrobić którejś krzywdę.

Zabić dla klawesynu… cóż za piękny gest – choć potem pewnie trudno by ci było wynieść go z domu ofiary.

A kto lubi lutnię, niech słucha w okolicach 6. minuty…

Tombeau – dosł. franc. „grób”- jest to rodzaj muzycznego trenu, lamentacji (we Włoszech zwany był właśnie lamento).  Był zwyczaj, że po śmierci znanego kompozytora-wykonawcy jego koledzy muzycy pisali takie utwory dla uczczenia jego pamięci.

Kto wejdzie na youtube, żeby posłuchać tego tombeau, będzie miał obok linki do innych utworów Frobergera w doskonałych wykonaniach Blandine Verlet.

To tombeau podobnie jak Lamentation na śmierć Ferdynanda III (także Frobergera) kojarzą mi się z Leçons de ténèbres („lekcje ciemności” – medytacje na okres wielkanocny oparte na Lamentacjach Jeremiasza) François Couperina:

Jest taki piękny, choć mniej znany niż Goldbergvariationen i mniej obszerny, cykl wariacji w stylu włoskim Bacha (Aria variata alla maniera italiana, BWV 989).  Ciekawie wykonuje je niejaka Zuzana Růžičková, do posłuchania tutaj. Słucha się świetnie, chociaż w 1/3 przypadków mrówk akurat czuje te wariacje inaczej, np. wariacja IV (6’22”) jest dla niego refleksyjna i wycofana, a ona gra ją pewnie i bojowo. Ale cały czas robi to ciekawie, nie nudząc.

Klawesyny bywają wyposażone w pewną modyfikację dźwięku zwaną „lutnią”. Polega ona na tym, że do strun przysuwają się tłumiki nadające instrumentowi brzmienie podobne do lutni. Mrówk to uwielbia. Można tego efektu posłuchać w wariacji V (7’37”) wspomnianego nagrania.

I dla porównania także ciekawe, choć odmienne podejście Rinalda Alessandriniego, tutaj.