Archives for posts with tag: klub

– Te kwiaty mają nazwę świetnie pasującą do gejowskiego klubu.

– A jak się nazywają?

– Eustoma. Po grecku znaczy to „dobrousta”.

– Wurstoma?!

– Też może być.

– Ty, w ogóle wchodzę do kibla, a tam się dwóch typów całuje.

– Aha… A ty wiesz w jakim klubie jesteś?

– Ja jestem modelem i szanuję granice moralne!

– To byłby niezły klub może, gdyby nie jego menadżer. Menadżerka. Menadżer.

– A kto nim jest?

– Jak to kto, największa gwiazda warszawskiej socjologii, samozwańcza miss NGOsów, obnosząca się ze swoją słabością do bardzo młodych chłopców.

– Aaa, wieczny twink!

– Obecnie raczej śwink*.

– Faktycznie, teraz w tych swoich makijażach i peruce wygląda jak pani Teresa, która krzyczy „Mielone raz!”

—————————————————

* Śwink – zob. słowniczek mrówkodzika.

– Moja matka w kościele: „Ach, te norki wyciągane na rodzinne pogrzeby!”.

– Moja matka też się zawsze śmiała z pań które w – niekiedy bardzo ciepłe – wszystkich świętych gotowały się w norkach i karakułach na cmentarzu.

– No dziś norki umotywowane meteorologicznie!

– Dziś jasne. A nawet nie wiem, ile dziś jest, ale z minus 5. Nie wychodziłem, więc nie wiem. Mam ochotę gdzieś wyjść, ale jednocześnie nie mam ochoty. Starość, jak widać, też pełna jest wahań.

– Ile by nie było, na cmentarzu zawsze zimno.

– Ano, panie, ano. Aaa, to było a propos klubingu?

– Coraz lepiej. Że chcą za wstęp w sobotę piętnaście złotych, to jeszcze nie problem. Ale wyobraź sobie, że za szatnię trzeba osobno dopłacić.

– A ile?

– Ha, trzy złote. Trzy. Co za absurdalna suma. Złotówkę, dwie, bodaj i pięć – to bym jeszcze zrozumiał. Ale trzy złote?

– Szkoda, że nie jedno euro. Czyli 4,76zł, bo zakupione po kursie obowiązującym w lokalnym, klubowym kantorze.

– A jak z toaletą?

– Na razie bezpłatna. Ale i to się może zmienić.

– Tak! Zainstalują babcię klozetową, potwornie niemiłą, złośliwie komentującą klientów podczas mikcji, najlepiej długość ich prącia. I wydzielającą papier toaletowy.

– Lepiej wydzierającą. Z rąk osobom korzystającym z toalety.

– A w darkrumach zamontują specjalne liczniki, do których trzeba będzie wrzucić monetę.

– Żeby zapalić światło?

– Żeby zgasić!

– No i jak ci się podobała wystawa o Tansmanie?

– Wiesz co, ciekawsza już była twoja opowieść o tym, jak przed laty nie mogłeś jej obejrzeć, bo akurat w tamtej sali spadł sufit.

– No jest tam trochę ciekawych rzeczy… Ale małym drukiem i trzeba się schylać…

– Do tego jakieś utrafiolety… Jak w nie powiem jakim klubie. To ja już wolałem w sąsiednim saloniku rubinsteinowskim czytać pretensjonalną korespondencję.

– Aha, już czuję, co nadchodzi.

– Ty wiesz, jak Iwaszkiewiczowa zaczynała list do Neli Rubinstein? „Chopinissime! Kochana Nelusiu!”. „Chopinissime”, dasz wiarę?! I było coś „o Twoim czarodziejskim mężu”. W zasadzie zamiast tego listu mogła po dziesięć razy napisać: „Jesteśmy ważni. Jesteśmy ustosunkowani. Jesteśmy lepsi…”. I to najlepiej en français.

– Ty idziesz do klubu?

– Idę.

– Ale zawsze w poniedziałku było zamknięte!

– Teraz mają otwarte.

– Świat się w a l i !

– Powiedziałem mu to.

– Co mu powiedziałeś?

Qué pequeñitas orejas!

– Co to znaczy?

– Że ma małe uszka. Śliczne ma. Myślisz, że zrozumiał?

– Nie wiem, ale pocałował mnie  w głowę i poszedł.

*

– Patrzcie, mam misia!

– Jakiego misia?

– Tu, misia maskotkę.

– Ojej, ale on ma… Cipę!

– Lepszy miś z cipą niż cipa z misiem.

*

– Podobacie mi się.

– On powiedział, że mu się podobamy? Nawzajem!

– Nie, powiedziałem: „Siedzicie sobie?”…

– A, tak czy siak nawzajem.

– A skąd oni wezmą na to miejsce?

– Jest duże zaplecze, bo tam, gdzie się mieści dzisiaj klub, przedtem była cukiernia czy mięsny.

– No to akurat na klub gejowski: coś między cukiernią a mięsnym.

*

– Czerwone?

– Czarne?

Pustelnia Parmeńska.

– Tak staro wyglądam?!

– Twarz mam do dupy, dosłownie i w przenośni.

*

– Ile płacę za te drinki?

– Pięćdziesiąt pięć.

– Za tyle to mógłbym mszę za ojca zamówić!

*

– Kulki analne, chcesz?

– Nie, ja tylko mówię dużo o nich.

*

– Nie dali ci serwetek?

– Dali, ale najpierw zlizuję większe kawałki.

*

– Poproszę trzy wściekłe psy, takie nie zmieszane.

– To, że jedno z warszawskich zagłębi klubowych mieści się przy ulicy Kredytowej, zakrawa na ponure memento.

– Nie widziałem cię tu jakiś czas.

– Tak, bo się obraziłem na ten klub, że czapki nie wolno nosić w środku. A ja czapkę noszę zawsze, wszędzie. Bez czapki to na pogrzeb albo do sądu może.

– Ale tutaj właśnie jest miejsce między pogrzebem a sądem.

– Ty jesteś tym wielbicielem Callas?

– Tak.

– Znamy się zatem.

– Tak, stąd.

– Nie stąd. Myśmy się widzieli rok temu o piątej rano u mnie na Mokotowie.

– To nie.

– Jak to nie?

– Nie. 

*

– Co u ciebie?

– Trochę się popieprzyło, trochę nie.

*

– Idę do domu.

– Czyjego?

– Mojego. Mam papierosy.

*

– Chciałbym zjeść ciastko i go mieć.

Czarny przypływ nie nadchodzi?

Nie mów. Powiedz jakieś zdanie, do którego mógłbym się odnieść.

– Masz tu dużo znajomych?

– Czemu pytasz.

– Bo masz tu dużo znajomych.

A ty masz jakiegoś chłopaka?

Zadajesz dziwne pytania.

Masz?

Boję się ciebie.

Bo ja taki bezpruderyjny jestem.

– Ty czym wracasz?

– Dziesiątką.

– Na Bemowo?

– Nie, w przeciwną.

– To zaczekam.

Tazio dziwuje się (i raduje) zwyczajom panującym w klubie gejowskim:

– Pierwszy raz w życiu widziałem dziś, żeby laska przed wyjściem z toalety PODNOSIŁA deskę!

Mam taką ksiażkę: Król mrówek Herberta. Proza poetycka układająca się w minieseje na tematy mitologiczne, zwykle o mitach mniej znanych albo ich mniej popularnych wersjach, interpretacjach.

Nie kupiłem tego, tylko pożyczyłem od Agnieszki, przyjaciółki z późnego liceum i studiów. I można powiedzieć, że mi ta książka została. Nie dałem rady jej odnieść rodzicom Agnieszki. Raz tylko widziałem jej matkę – uderzyło mnie, jak jej córka była do niej podobna. Ona też nigdy przedtem mnie nie widziała. Spojrzała na mnie, powiedziała do mnie po imieniu i oboje zaczęliśmy płakać.

Zostawiłem więc książkę sobie. Ostatnio czytałem ją dość dawno temu. Od kilku lat nie zaglądałem do niej nawet. Zabierałem ją ze sobą przy każdej przeprowadzce, ale bez otwierania.

Niedawno znajoma opowiedziała mi o wrażeniu, jakie zrobił na niej pierwszy utwór z tego tomu – o Hermesie, Eurydyce i Orfeuszu, ale widzianych inaczej. Postanowiłem zajrzeć do Króla mrówek i przypomnieć sobie, jak to dokładnie było.

Otworzywszy książkę, znalazłem w niej niedużą kopertę z nadrukiem GALERIA FITNESS CLUB TURBOO. Kiedyś były w niej zaproszenia na sylwestra w tym nieistniejącym już od ładnych paru lat klubie. Obok nadruku przybity ex libris mojego ówczesnego faceta, z pewnością dla żartu, a po lewej napisane niestarannie moją ręką:

Xanax 1mg, zacznij od ¼ tabl.

W środku kilka charakterystycznych fioletowych tabletek.

*

Chowam kopertę z powrotem do książki.

%d blogerów lubi to: