Archives for posts with tag: kolacja

– Mus to mus, jak nie, to przez głowę i brak kolacji, nie ma lekko.

– Mus na kolację to całkiem wykwintne danie.

– Zależy z czego.

– Z musu. Z czystego musu smakuje najlepiej.

– Jak to mówią: „mus to mus.”

– Otóż to. A przy musie mogą być przystawki, przyssawki, co kto lubi…

– Lody z musem… tak bardziej deserowo myśląc.

– Lody to czasem też mus. I to do przełamania, zwłaszcza w związku.

– O. Mus to też rodzaj myszki! Mus musculus.

– Muskularna myszka. Mistrzyni świata w podnoszeniu ciężarów mięśniem Kegla! Ale to poniekąd zrozumiałe: mus, muris – to mysz. A mas, maris – samiec…

– Znowu wygrałeś. Nie umiem na to odpowiedzieć.

– Nie odpowiadaj. Deklinuj myszkę. Bo w tej zabawie każdy wygrywa.

 

– Może sobie coś obejrzymy do kolacji?

– Okej, a co?

– Może jakiś koncert?

– Koncert? Zawsze zastanawiałem się, kim są ludzie, którzy oglądają koncerty na DVD. Nie spektakle, ale koncerty właśnie.

– Nie to nie.

– No dobrze już, będę słuchał, bez oglądania. Czyj koncert?

– Cecilii Bartoli?

– Mowy nie ma! Ze wszystkich absurdalnych diw ona jest wizualnie najbardziej absurdalna! Jeśli już to jej koncert mógłbym oglądać pod warunkiem, że muzyka leciałaby z głośników, a ona by stała na scenie wypchana.

– No wiesz co!

– Albo ewentualnie mogliby zwiesić z góry wielkie plakaty ze zdjęciami tej królowej fotoszopa.

Skończyło się na tym, że oglądaliśmy DVD z amerykańskimi nagraniami telewizyjnymi z lat 60, gdzie wybitne skądinąd gwiazdy scen operowych śpiewały w wydziwionych kostiumach na tle kuriozalnych dekoracji.

 

 

 

– Nie lubię mieć na jednym talerzu zakąski, zupy, dania głównego i deseru. A jeszcze bardziej nie lubię, jak ktoś mówi mi, że to najsłuszniejszy sposób jedzenia i kto tak je, zasługuje na doktorat z filozofii.

– Talerz z instrukcją obsługi jest niebezpieczny. Można podważyć, spojrzeć pod spód, można i się oburzyć. Z drugiej strony – chyba w smutnych czasach żyjemy. Takiej nieufności.

– Od wpatrywania się w talerz przez całą kolację można nie zauważyć ciekawszych rzeczy naokoło. Poza tym to nieładnie bawić się jedzeniem.

[…]  nie ma nic obrzydliwszego od moich kulinarnych koszmarów sennych czyli azjatyckiego spaghetti z popiołem z krematorium (w postaci czarnych, sporych wiórów) podanego na obiedzie dla tajnych agentów u koreańskiego dyktatora (ale nie Kima! ten był b. przystojny) oraz udka niemowlęcia duszonego z cebulką, podanego na kolację wigilijną w obozie koncentracyjnym. 

– I jak, fajni tam byli faceci?

– Wszyscy byli ładni, ale ja mam astygmatyzm.

*

– Co mówiłeś?

– Nic.

– Tak myślałem.

*

– Tak leczysz te swoje kompleksy?

– Szczerze mówiąc: tak.

– Nie to mam na myśli.

*

– To puść tę tarantellę.

– Ale ja się boję pająków!

–  Mam ci może w czymś pomóc?

–  Wiesz co, mogłabyś… Nie, tak szczerze, to nie lubię, jak ktoś mi się kręci w kuchni.

To dobrze, bo ja nie cierpię pomagać przy gotowaniu.

 

Okazało się, że facet Mmm ma bronić habilitacji w starym trybie, tzn. według klasycznego schematu dissertatio – disputatio – rigorosum, czyli złożenie pracy, odpowiedź na szczegółowe pytania na jej temat oraz egzamin z całej dziedziny, łącznie z działami nieporuszanymi w pracy naukowej kandydata.

Mrówkodzik zapragnął oświecić Mmm co do tradycyjnych nazw poszczególnych etapów tego procesu:

No bo wiesz, najpierw jest dissertatio, potem disputatio, a na końcu…

– Gratulatio! I wręczenie diplomu z różową wstążeczką!