Archives for posts with tag: koncert

– Ten Xavier de Maistre jest obłędny. Kupił mnie totalnie. Jest jak Nikołajewa harfy.

– Jak wiadomo, Tatiana Nikołajewa potrafiłaby zagrać Das Wohltemperierte Klavier z zawiązanymi oczyma, na wyrywki i od końca. Na czeleście. Nogami.

– A ten sprawia wrażenie, jakby szarpał struny jednocześnie obiema rękami i obiema nogami. A może czymś jeszcze…

 

W tym roku 25 sierpnia znów wypadł jakoś tak bardziej 26-go. Zaczynam się przyzwyczajać.

Znalazłem nagranie Gawryluka wykonującego to, czym bisował po dzisiejszym koncercie. A był to jeden z najbardziej błyskotliwych bisów, jakie słyszałem. Lisztowska parafraza Marsza weselnego Mendelssohna w aranżacji Horowitza.

U nas zagrał to lepiej, ale i tak można tego posłuchać. Pod spodem Horowitz.

 

– Julianna Awdiejewa Mozarta zagrała tak, że gdyby była śpiewaczką, tobyśmy powiedzieli, że nie ma koloratur. A Liszta – cóż, tak jak on na to zasługuje. W preludiach Chopina chciała chyba uzyskać brzmienie fortepianu historycznego dla ubogich gustem, bo jak wcisnęła lewy pedał, to odpuścić nie mogła. Chyba że się jej noga zaklinowała, w takim razie powinna rozważyć konsultację ortopedyczną. Niestety, jak się gra ciągle una corda zamiast tre corde, to może zostać tylko 1/3 muzyki…

 

– To były znakomite spektakle.

– Mieliśmy dużo szczęścia, że usłyszeliśmy gwiazdę takiego formatu.

– Tak, formatu A-zero.

– A ta śpiewająca pani nazywa się Zasłonka.

– Co?

– Na imię ma Phyllis, a na nazwisko Curtin.

– No super. Tryper Zasłonka. „Tryper-zasłonka” to mogłoby w sumie być inne określenie na prezerwatywę.

– Ale jaki ma głos!

– No ma, ma. Mogłaby na nim grillować kiełbaski.

– Może sobie coś obejrzymy do kolacji?

– Okej, a co?

– Może jakiś koncert?

– Koncert? Zawsze zastanawiałem się, kim są ludzie, którzy oglądają koncerty na DVD. Nie spektakle, ale koncerty właśnie.

– Nie to nie.

– No dobrze już, będę słuchał, bez oglądania. Czyj koncert?

– Cecilii Bartoli?

– Mowy nie ma! Ze wszystkich absurdalnych diw ona jest wizualnie najbardziej absurdalna! Jeśli już to jej koncert mógłbym oglądać pod warunkiem, że muzyka leciałaby z głośników, a ona by stała na scenie wypchana.

– No wiesz co!

– Albo ewentualnie mogliby zwiesić z góry wielkie plakaty ze zdjęciami tej królowej fotoszopa.

Skończyło się na tym, że oglądaliśmy DVD z amerykańskimi nagraniami telewizyjnymi z lat 60, gdzie wybitne skądinąd gwiazdy scen operowych śpiewały w wydziwionych kostiumach na tle kuriozalnych dekoracji.

 

 

 

– Nie musisz się już bać tego wielkiego komara.

– Czemu?

– Bo nakarmiłem go tą panią.

– Jak to?!

– No bo widziałem, jak usiadł jej na łydce i konsumował. I nic nie zrobiłem.

– No wiesz co!

– A co miałem zrobić! Zacząć ją w środku poważnego koncertu macać albo w ogóle okładać po nodze? Przecież bym jej nie wyjaśnił i by się na pewno przestraszyła, i wszczęła raban.

– Hehe.

– To się nie ma co śmiać. Było wiadomo, że jeśli ten komar nie nasyci się nią, to na pewno ze mnie uczyni swoją bezwolną ofiarę.

Bilety na Mahlera i Brahmsa z Symfonikami Londyńskimi – dzięki uprzejmości kochanej Jo.

Zaproszeni politycy i celebryci klaszczący między częściami symfonii i koncertu skrzypcowego – wliczeni w cenę.

Pani, która wszczęła przy bufecie awanturę, że „ona przecież zapłaciła 250 złotych za bilet i powinien być w to wliczony open bar” – bezcenna.

– To nieźle brzmi, kawał dobrej symfoniki.

– Trochę jak jakiś Schubert.

– Albo raczej Weber.

– Mi się to, wiesz, z czym kojarzy? Z uwerturą do jakiejś opery. Posłuchaj – rytmy punktowane, te przebiegi w górę, nawet harmonika, uwertura w stylu francuskim albo francusko-angielskim.

– No, to mówię, że Weber.

– Rany boskie. Jeśli ja mam polubić Webera, to równie dobrze mogę potem umrzeć. Chociaż nie, to już może lepiej przedtem umrzeć.

 

Z tym umieraniem trafiliśmy niechcący w samo sedno. Koncert skrzypcowy Schumanna nie został publicznie wykonany przez ponad osiemdziesiąt lat od jego napisania, ponieważ skrzypek Joseph Joachim, któremu był dedykowany, schował go bezpiecznie i nakazał w testamencie, by nie publikowano go ani nie grano przed upływem stu lat od śmierci kompozytora (1854).  Uczynił tak, ponieważ wkrótce po napisaniu tego utworu Schumann usiłował się zabić, popadł w obłęd i niebawem umarł; Joachim był więc przekonany, że nad dziełem ciąży fatum.

Koncert został jednak wykonany przed upływem stu lat (zamieszczony wyżej link odsyła do pierwszego istniejącego nagrania; Georg Kulenkampff był również prawykonawcą koncertu w 1937), gdyż… podczas seansu spirytystycznego spadkobierczyniom ukazały się  duchy, najpierw Schumanna, a następnie Joachima, i poinstruowały je, że najwyższy czas udostępnić utwór publiczności.

Znakomicie wykonuje ten koncert również Uto Ughi pod Sawallischem, jest też ładny Kremer pod Harnoncourtem. Warto zauważyć, że finał tego koncertu to udatny polonez:

 

 

– „Tak mało jeszcze znamy, a tak się bardzo chełpimy”. Co ty na to?

– Brzmi dziwnie.  „Tak mało jeszcze znamy”? O co tu w ogóle chodzi?

– Właśnie. A wiesz, co jest w oryginale? „Tak niewiele dotąd wiemy, a tak wiele przypuszczamy”.

– Aha!

– Jest takie seksistowskie porównanie, że przekład jest jak kobieta – jeśli jest wierny, to nie jest piękny, a jeśli jest piękny, to nie jest wierny. To tłumaczenie robi krok naprzód w dziedzinie emancypacji – nie jest ani piękne, ani wierne.

– Jest za to głupie. Jak powiedziała Nuśka o koncercie jakiejś śpiewaczki: „Było nudno i nieczysto, ale za to brzydkim dźwiękiem”.

– I jak się udał koncert?

– Do dupy. Hélène Grimaud nabiła Brahmsowi limo. Grali, jakby nie mieli próby, nierówno, bez koncepcji brzmienia, ona nieczysto, wszystko podlane pedałem na 5 taktów, brzydkim dźwiękiem. Totalna chałtura z jej strony. Najgorsze wykonanie na żywo tego koncertu, jakie słyszałem.

– A zostałeś na drugą połowę?

– Tak, Penderecki nie jest mnie w stanie rozczarować, więc to był bezpieczny wybór. Najbardziej podobała mi się skoordynowana akcja jakiejś przytomnej młodzieży, która przed Te Deum biła brawo strojącej się orkiestrze, chcąc chyba wskazać na walory muzyki Mistrza.

Wejściówka na koncert finałowy festiwalu Beethovenowskiego – 10 zł.

Wytrzymanie długiego kwartetu Haydna, w dobrym skądinąd wykonaniu – trudne do oszacowania.

Sala koncertowa podświetlona na różowo à la klub go-go i kobieta w hełmofonie z włosów przemawiająca pod gigantyczną ceratą zwisającą pośrodku – bezcenne.

W tym roku 25 sierpnia wypadł dla mnie 26-go. Poszliśmy późnym wieczorem na koncert Nelsona Freire, którego przybycie na występ niemal do ostatniej chwili nie było pewne z powodu poważnych kłopotów pianisty ze zdrowiem. Po Brahmsie, Prokofiewie i Chopinie zagrał na bis chorał z kantaty 147 w transkrypcji Myry Hess.

Wpisując „Freire bleibet” do wyszukiwarki, nie liczyłem za bardzo na to, że znajdę to wykonanie. Ale się udało.

– Weź ty może naprawdę pojedź znowu do tego instytutu słuchu.

– Śmiej się, śmiej. W sumie jak ogłuchnę, to będzie taniej, bo nie będę chodził na koncerty. Albo przeciwnie – dostanę posadę recenzenta muzycznego w „Wyborczej” albo lepiej „Rzeczpospolitej”. Ty będziesz występował w filharmonii jako moja… „żona” i będziesz mi relacjonować, co słyszę, a ja potem o tym napiszę.

– Będę darł ci się do ucha: „Teraz grają głośno!”, a potem: „A teraz grają bardzo ciiichooo!!!”.

– Popatrz na nią. Jak myślisz, „gdzie lubi”?

– Trzeba emerytce powiedzieć, gdzie ona powinna lubić: na widowni albo przed telewizorem.

– Mówię wam, drugi raz takiego Rachmaninowa nie usłyszymy.

– To optymizm czy pesymizm?

– Racjonalizm.

– To chyba różne porządki.

– Naprawdę, uwierzcie mi.

– „Uwierzcie”? To ja już pozostanę przy tym racjonalizmie.

– Widzę, że po dzisiejszym koncercie uczucia mamy mieszane.

– Niestety nie wstrząśnięte.

– Koncert jest u dominikanów.

– Nie, u franciszkanów, w bazylice.

– Ooo, szkoda… To nie zobaczymy relikwii Świętego Jacka.

– A kto to?

– Ich założyciel. To najbardziej prestiżowe relikwie w Krakowie.

– Sam Kraków to najbardziej prestiżowe relikwie w Polsce…

– Ja tego nie mogę słuchać, tu się ciągle zmienia klimat i wyraz.

– Powinieneś uważniej posłuchać tego koncertu, tobyś zrozumiał, jak funkcjonują emocje co poniektórych.

Słuchamy utworów Othmara Schoecka. Chóralny Postillon op. 18. Rabbio docieka:

– Z jakiej zabitej dechami niemieckiej dziury jest ten chór, że… tak dobrze śpiewa?

 

Potem zerkamy na koncert na róg tegoż. Rabbio rzuca:

– A, to jakaś piątoligowa orkiestra, o poziomie której FN może tylko pomarzyć?