Archives for posts with tag: kraków

– I tak ten niebywale mnie kiedyś wzruszający poeta wszedł w charakterystyczny dla wielu zasłużonych polskich twórców okres cynicznej produkcji, odcinania kuponów i watencji starczej*.

– Co w praktyce oznacza, że wali takie „suche pierdy z octem”, setny raz przemielone tę samą mizoginię i barową filozofię znad kieliszka.

– I pewnie jest wielu dwudziestopięciolatków, którzy to kupią i uwierzą, że koleś odkrywa. Atlandydę, czy co tam się odkrywa.

– Amerykę.

– Ja bym tu jednak pozostał przy Atlantydzie.

———————————————–

* Watencja starcza – zob. słowniczek.

– Po krakowsku: byle tylko pójść do magla i obgadać. Oni tam na pewno żyją w tych maglach i się czyszczą, wyparzają, iżby dostąpić czystości.

– Krakusy? Co ty! To są często brudasy, oni tak tylko po wierzchu udają bułkę przez bibułkę, a tak naprawdę to niedomyte i niedoprasowane.

– Hm, to gdzie oni plotkują na potęgę?  Co działa jak magiel, ale nie powoduje rozprostowania fałd?

– Kościół!

– No i teraz, obawiam się, trzeba będzie się przenieść do Słupska.

– Znakomity pomysł!

– Wcale nie znakomity. Bo będzie trzeba, a nie można. Ja nawet nie wiem, gdzie to jest.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Gdzieś na południowy zachód?

– Zupełnie nie.

– Nie muszę wiedzieć. Tam jest mój dom. Jak mnie tam wysadzą z wagonu bydlęcego, to będę wiedział, że jestem wśród swoich.

– Hm, ja tam myślę, że warto znać duże miasta w Polsce.

– Jakie duże miasta? Duże miasta to są…

– Na Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Szczecinie, Trójmieście, Katowicach, Łodzi, Krakowie, Białymstoku, Lublinie, Rzeszowie i Kielcach się Polska nie kończy.

– Przeciwnie. Mam wrażenie, że kończy się gdzieś w połowie tego, co wymieniłeś.

– Weź mi go stąd. Krakowsko-wileńska dziadyga. Te dziadygi warszawsko-lwowskie to nie ma co porównywać, o niebo lepsze!

– Ale przecież nie dyskwalifikuje nikogo to, skąd pochodzi. Dyskwalifikuje dopiero to, jak bardzo się z tym miejscem obsesyjnie utożsamia.

– A gdzie on się w ogóle urodził?

– To pan szanowny nie wie, gdzie się On urodził? On? Nasz Memling polski, nasza Dama z łasiczką, nasz portret młodzieńca?! Innego portretu młodzieńca nie będzie!

– Kilka lat temu odwiedzam zaprzyjaźnionego weta w celu przycięcia Garfieldowi pazurów, w poczekalni siedzi też dobrze już starsza, bardzo elegancka pani z żółwiem. Żółw jest spory i ma popękaną skorupę, sklejaną i łataną czymś tam. Od słowa do słowa poznaję zdumiewającą historię. Otóż żółw pochodzi z transportu, który Niemcy podczas II Wojny wysłali na front wschodni, okradzionego przez krakowskich kolejarzy. Żółwie (zapewne z Grecji) miały wzbogacić żołnierską kuchnię Wehrmachtu, zamiast tego zostały zjedzone przez Untermenschów. Nie wszystkie – ten został zaadoptowany przez krakowską inteligencką rodzinę. Na starość zaczęły mu się mylić kierunki i któregoś dnia spadł z balkonu willi na beton. Weterynarz skleił popękaną skorupę, teraz pani z żółwiem przyszła do kontroli. Kiedy mi to opowiadała, żółw defekował zgrabną strużką na jej elegancki trencz. – Widzi Pan, jak on się denerwuje! – skomentowała.

– A kto uchodzi we Włoszech za skąpiarzy?

– Chyba parmeńczycy.

– Aaa, to dlatego tę szynkę tak kroją. Ideał krakuso-poznaniaka: ukroić mięso tak, żeby prześwitywało.

– Nie, tak kroją, bo inaczej byś nie ugryzł… Ponieważ oszczędzają na gazie przy produkcji!

– Dzięki twojej ostatniej działalności zainteresowałem się jidyszyzmami. Wiesz, że tego w polszczyźnie jest od cholery?

– Domyślam się, ale nie umiem żadnego wymienić.

– To w większości zapożyczenia leksykalne, typu „bajgiel”, „rejwach” albo „belfer”. Są też charakterystyczne składniowe, mylenie biernika z dopełniaczem w dopełnieniu i tak dalej. Jak w dowcipie o żydowskim pedofilu, który mówi: „Chłopczyku, chcesz kupić cukierek?” Ale i tak najlepsze są w angielskim. To nagłosowe powtórzenie schm- jest właśnie z jidysz!

– Na przykład?

– Na przykład moody – schmoody, albo marathon – schmarathon, Boston – Schmoston.

– Po polsku też tak można! Wrocław – Szmocław, Kraków – Szmaków…

– Warszawa – Szmarszawa? Hm…

– Ale! Katowice – Szmatowice!

– Ha! I Kielce – Szmelce!

– Widziałeś? Z jakichś niepojętych względów szatnia się tutaj nazywa garderoba.

– Bo w Krakowie każda dama jest solistką i chce mieć garderobę!

Takie nazwiska tylko w Krakowie.

 

Deflorian

Po obejrzeniu iluś tam retabulów i innych dzieł sztuki sakralnej weszliśmy do łazienki w podziemiach muzeum i wykrzyknęliśmy równocześnie:

– Tryptyk Duchampa!

w pałacu biskupa Ciołka

w pałacu biskupa Ciołka

– Koncert jest u dominikanów.

– Nie, u franciszkanów, w bazylice.

– Ooo, szkoda… To nie zobaczymy relikwii Świętego Jacka.

– A kto to?

– Ich założyciel. To najbardziej prestiżowe relikwie w Krakowie.

– Sam Kraków to najbardziej prestiżowe relikwie w Polsce…

Bita cwelik szmata

[napis na murze przy wjeździe pociągiem do Krakowa, jakoś za nomen omen Batowicami]

– Powinno się to promować, bo to świetne dzieło, warto, choćby i cynicznie, posługując się tematem Holocaustu… Ortodoksyjni Żydzi się chyba nie mają za co obrazić?

– No właśnie, tam nie ma Żydów na scenie, to się nie ma o co obrze… Obrażać.

– Z Krakowa jest. Siedzi w szafie.

– Krakowskie cioty siedzą w kredensie.

Wiewiór: Stwierdzono pewne wady strukturalne [w konstrukcji krakowskiego Hotelu „Forum”]…

Mrówk: To znaczy jakie?

Wiewiór: Że się zawali.

Ta, a „Noc kryształowa” w wykonaniu krakowian polegałaby na myciu Żydom witryn sklepowych. Tyle, że wodą z dużą zawartością kamienia.

Owszem. Wtedy nie było Calgonu.

Baronówna Jovanka Krajstova i ordynatowa Podtworecka rozmawiają przy kawie z Kubuniem z Krakowa. Rozważają różnice w wymowie głoski h – dźwięcznej u wielu krakowian, a bezdźwięcznej u warszawiaków. Baronówna wspomina o Nowej HHHuuu-cie.

Baronówna: Ty nie jesteś z Nowej HHHuuu-ty?

Kubunio (nie łapiąc aluzji): Nie. Ale znam stamtąd LLLuuu-dzi.