Archives for posts with tag: Łódź

Zdyszane, obsesyjne solilokwia głównego bohatera mają za swój powidok równie niecierpliwe pragnienie samego Pereca, wyrażającego tu niejako zza każdego ze zdań chęć wkroczenia w świat literatury.

[Piotr Sadzik, źródło]

*
Akcja skupia się na trzech kumplach z San Francisco (Frankie J. Alvarez, Murray Bartlett, Jonathan Groff). Korzystają oni z czasem zabawnej, a czasem przytłaczającej rzeczywistości, która związana jest z postrzeganiem dzisiejszej generacji gejów.

[źródło]
*
W piątek 20 marca 2015 r. w ramach XXI Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Łódzkiej wraz z Barbarą Wysocką wykonała dwa Chopinowskie koncerty fortepianowe bez fortepianu. […] to spektakl, który zbliża nas do odpowiedzi na postawione przez dyrektora artystycznego Festiwalu Ewę Pilawską pytania o kondycję artysty. […] Na scenie Barbara Wysocka staje się przewodnikiem po utworze kompozytora, kontestując utrwalony wizerunek artysty. Ten gest nie jest jednak wymierzony w Chopina, ale w imię Chopina i jego dzieła.
[…] Jak podkreślił reżyser [Michał Zadara], Chopin został zmitologizowany, wpisany w narodową narrację, przez co na dalszy plan zeszła jego muzyka. Zamiast słuchać utworów, chcielibyśmy wychwytywać kontekst polskości. Mówiąc o Chopinie zapominamy o człowieku – cierpiącym, poszukującym. Pamiętamy za to o dworku w Żelazowej Woli, polskiej wsi, brzozach i wierzbach.

[źródło]

*
Kiedy wydawało się, że Anderszewski dotyka najsubtelniejszych kwestii metafizycznych, kiedy czas i przestrzeń na chwile zapomniały o swej aprioryczności, rozległy się… wybuchy. Donośne, mocno rezonujące w wyczulonej akustyce Filharmonii Narodowej. Choć wiedzieliśmy, że to tylko „Światełko do nieba”, mało wyrafinowany symbol ogólnopolskiej dobroczynności, w tak wysublimowanym kontekście Sarabandy, a potem równie cichego Double, warszawskie fajerwerki z Placu Defilad stały się pełnoprawnym elementem tego niezwykłego doświadczenia estetycznego.

[Karolina Kolinek-Siechowicz, źródło]

*
The three terms are separated by three vacations (Christmas, Easter and Long Vacation) during which undergraduate teaching is suspended. The Long Vacation is also known as the Research Period.

[Strona Cambridge University, źródło]
*
Urodzona w 1939 roku Cynthia Powell poznała Lennona, kiedy studiował na Uniwersytecie Artystycznym w Liverpoolu. Było to pod koniec lat 50. Była pilną uczennicą i „porządną młodą kobietą”, pod wieloma względami więc przeciwieństwem muzyka.

[wyborcza.pl, źródło]

*

Wzrost popytu na mięso kozie wiązać należy z dwoma zjawiskami – modą na kulinarne eksperymenty wśród mieszkańców krajów rozwiniętych oraz napływem migrantów z globalnego Południa, szukających smaków swojej tradycyjnej kuchni. […]Z pewnością rarytasem są gałki oczne o konsystencji puddingu […]Przepis na Isi Ewu może budzić u wielu Polaków mieszane uczucia. Podobne impresje mogą mieć Nigeryjczycy

[Błażej Popławski, źródło]

– Kusi mnie ten Tristan w San Carlo. Poza tym nie widziałeś Neapolu, więc byłaby okazja…

– Ale mówiłeś, że Neapol jest Łodzią Italii.

– Faktycznie, ale wiesz…

– „Zobaczyć Neapol i umrzeć”, wiem.

– Ta, chyba na dżumę. Tam na pewno można jeszcze ją złapać.

wiersz recykl

– Nie zdążyłem na śniadanie hotelowe…

– Może to i lepiej. Słyszałem, że mają tu niedobre śniadania.

– Śniadanie jak śniadanie; parówki to parówki.

– No właśnie… Dla mnie parówka nawet jak jest dobra, to jest zła, będąc parówką.

– A z pizzą jest inaczej. Mawiają, że seks jest jak pizza, która jak jest świetna, to jest świetna, a jak jest zła, to i tak jest dobra.

– No, ale parówki bym w to nie włożył.

– Ty wiesz, że w Łodzi mają takie coś, czego w Warszawie nie ma, a od dawna mówię, że być powinno – takie toalety, co się zamykają automatycznie i same dezynfekują.

– Tam to muszą takie mieć, bo inaczej, to by wszyscy tam wymarli, jakby ich regularnie nie dezynfekowano.

——————————————-

* Co się tyczy knura z tytułu – patrz hasło knur w słowniczku.

– Żal.de.

– Dlaczego „żal.de”?

– Bo smutek.pl.

– Ale dlaczego „żal” i „Niemcy”?

– A niech żałują!

– No i jak ci się podobała wystawa o Tansmanie?

– Wiesz co, ciekawsza już była twoja opowieść o tym, jak przed laty nie mogłeś jej obejrzeć, bo akurat w tamtej sali spadł sufit.

– No jest tam trochę ciekawych rzeczy… Ale małym drukiem i trzeba się schylać…

– Do tego jakieś utrafiolety… Jak w nie powiem jakim klubie. To ja już wolałem w sąsiednim saloniku rubinsteinowskim czytać pretensjonalną korespondencję.

– Aha, już czuję, co nadchodzi.

– Ty wiesz, jak Iwaszkiewiczowa zaczynała list do Neli Rubinstein? „Chopinissime! Kochana Nelusiu!”. „Chopinissime”, dasz wiarę?! I było coś „o Twoim czarodziejskim mężu”. W zasadzie zamiast tego listu mogła po dziesięć razy napisać: „Jesteśmy ważni. Jesteśmy ustosunkowani. Jesteśmy lepsi…”. I to najlepiej en français.

 

 

 

I drugie:

 

 

Einsam steh’ ich, verlassen,
Kann meine Qual nicht fassen,
Und eine Hoffnung nur
Lächelt dem Troubadour –
Winkt ihm der Liebe Lust
An treuen Liebchens Brust.

Schlägt mir dein Herz entgegen,
Schützt mich des Himmels Segen!
Ach, und das größte Glück –
Strahlt mir aus deinem Blick!
Wonne belebet nur
Den treuen Troubadour.

– Kazali mi kiedyś jechać na szkolenie do Łodzi. Ja na to, że nie pojadę na szkolenie do Łodzi, to wykluczone…

– Czemu wykluczone?

– …Potem uległem, ale i tak okazało się, że dwudniowe i trzeba z noclegiem. Więc domogłem się zakwaterowania w Piotrkowie Trybunalskim…

– Ale dlaczego?!

– Łódź? Co to za miasto! Afera za aferą, handel skórami, pavulonem, spadające balkony, dzieci w beczkach, epidemia mononukleozy, kobieta wjeżdża przez witrynę do sklepu, zabija cztery osoby samochodem, mowy nie ma, żebym się tam zatrzymywał.

– Łódź leży na iluś tam rzekach, ale podziemnych.

– Dlatego tam jest piekło!

– Myślałem, że zwariuję w tym Neapolu. Wszystko mnie irytowało.

– W Neapolu? Dlaczego?

– Oj, bo tam połowa ludzi coś sprzedaje, a druga to od nich kupuje i można oszaleć!

– Nie przesadzasz?

– Nie! Neapol to zło! Neapol jest jak…

– Łódź?

– Tak! Neapol Łodzią Italii!

Około dwóch tygodni temu kupiłem zestaw przyzwoitych serów – camembert oraz brie de caractère, bezkompromisowo francuskich, nie po polsku złagodzonych. I, och, charakteru im odmówić nie można. Czuć je było już wówczas, gdy przezornie zamykałem je w szczelnym w swoim mniemaniu pudełku i wstawiałem do lodówki. Przydadzą się do jakiegoś wina czy coś, pomyślałem. Okazji na wino nie było, więc leżały tak, leżały, z terminem do końca grudnia. I śmierdziały coraz bardziej mimo umieszczenia w pojemniku, a ja czułem rosnący dyskomfort przy otwieraniu lodówki.

Trzeba zjeść, przekonywałem samego siebie, przecież zawsze przestają wonieć wraz z pierwszym kęsem. Ale jakoś się nie składało i nie zjadało. Kupiłem nawet wino, żeby miały czemu towarzyszyć; wino wypiłem, serów nie zjadłem. Ba, nabyłem specjalny nóż, co miało mnie sprowokować do konsumpcji wedle wszelkich reguł, a nawet z pewną pompą i dumą wynikającymi z podwójnie właściwego postępowania: nie dość, że wreszcie zjadłbym te sery, to jeszcze pokrojone lege artis. Nic to nie dało. Potem na dwa dni wybawił mnie wyjazd. Wróciwszy, posprzątałem zastępczo kuchnię (i rzutem na taśmę łazienkę, od umycia okien powstrzymując się cudem i z trudem), ale to nie ona była źródłem problemu, a zatem sprzątanie pomóc nie mogło.

Zacząłem się bać zaglądać do lodówki, zjadłem dwa razy na mieście, żeby nie musieć gotować, co wiązałoby się z wielokrotnym otwieraniem ustrojstwa na oścież. Po mleko do kawy sięgałem, lekko uchylając drzwiczki i natychmiast je zamykając. Napoje zimne, które lubię naprawdę schłodzone, trzymałem na zabudowanym balkonie i doprawiałem lodem z osobnego zamrażalnika. Pudełko urosło w mojej głowie do rozmiarów grobowca Agamemnona, a idea zdejmowania zeń wieczka i oceniania przydatności serów do spożycia majaczyła złowrogo na horyzoncie, jakby w grę wchodziła co najmniej ekshumacja masowych mogił.

Jaka historia, taki finał. Otworzyłem lodówkę, tyleż przewidująco co odruchowo wstrzymując oddech, wyjąłem pudełko, ściągnąłem nakrywkę, sprawdziłem, czy sery na pewno nie są już po terminie (co usprawiedliwiałoby ich natychmiastowe wyrzucenie do śmieci i bezzwłoczne wyniesienie worka), a stwierdziwszy ich nominalną przydatność, rozpakowałem. Wyglądały doskonale, smakują dokładnie tak, jak można było z łatwością przewidzieć – znakomicie. Zapach przestał mi przeszkadzać, gdy tylko przełknąłem pierwszy kawałek.

W tej opowieści nie byłoby niczego niezwykłego: niejeden staje się zakładnikiem sprzętu domowego czy czegokolwiek w sumie, co ożywia i obdarza mocą magiczną ze względu na swój brak odwagi, organizacji czy zdolności decyzyjnej. A robienie wszystkiego, byle tylko nie pozbyć się łatwego do rozwiązania problemu, jest tak powszechne, że w zasadzie ledwie rzuca się w oczy, zwłaszcza że bywa niekiedy całkiem twórcze, a przez to pożyteczne. Rzecz jednak w tym, że nie zjadłem tych serów do końca, bo to za dużo na jeden posiłek, a są zdecydowanie za dobre, żeby je wyrzucić…

Cóż mi zatem pozostaje? Zamknę je w szczelnym pudełku i wstawię do lodówki. Nóż mam, pozostaje tylko kupić wino.

Tajny D. ukazał w komentarzach pod swoim wpisem cipofontannę z Łodzi, można ją zobaczyć tutaj. Monika Mo. przytoczyła zaś rozmowę dwóch starszych pań przejeżdżających tramwajem obok rzeczonej fontanny:

– Widziała pani, to na placu, widziała pani, co to przypomina!

– Widziałam, widziałam, i to do tego żydowska, bo w drugą stronę.

 

Artkuł o tym pomyśle można przeczytać tutaj.