Archives for posts with tag: lustro

– Co się tak gapisz w to lustro?

– Jestem za bardzo pijany. Nie powinienem tak wyglądać.

*

– Jak masz na imię?

– Paweł.

– Choć, zrobię ci loda.

– Ale ej, jak to?

– Mam syna Pawła.

*

– Jak tam w życiu?

– Spoko, ale na ręcznym jadę.

– No to chyba przyjemnie?

– Nie, chciałbym mieć ludzi od tego.

 

– The heart wants what the heart wants…

– Here it’s somehow the opposite: the heart wants what wants the heart.

– Nie mogę się zbliżać do ludzi.

– A co z tego wynika?

– Ja z tego wynikam.

– Całkiem ładne tu mają siedzonko na sprzedaż w tym dizajnerskim sklepie.

– Z lustrem siedzonko. Niezbyt praktyczne, zwłaszcza jeśli ma się zwierzęta.

– Żeby posiadać jakiekolwiek zwierzęta, ludzie, którzy tu kupują musieliby najpierw stwierdzić u siebie puls.

 

 

– Od tej strony cię nie znałem.

– Bo ja mam wiele twarzy, z których niejedna jest mordą.

– Często mi się śni, że mam półdługie albo długie włosy i we śnie je ścinam lub przycinam. I mam fryzurę, jakiej nigdy w rzeczywistości nie nosiłem, i te fryzury o dziwo mi pasują. Nie wiem dlaczego. W sumie właśnie sobie uświadomiłem, że w snach dość często patrzę w lustro i nigdy nie widzę w nim swojej twarzy, tylko czyjąś inną, ale nie konkretnej, znanej mi osoby. Ale zawsze wiem, że ten w lustrze to ja.

– Hej, my się znamy?

– Nie…

– A tak pytam, bo widziałem, że się patrzysz, a ja mogę nie kojarzyć.

– Nie gniewam się.

– Bo się jeszcze nie znamy.

*

– I jestem sam jak ten palec.

– Jak ten palec u nogi?

– Nie, w dupie.

*

– Idę.

– Do domu?

– Przejrzeć się w lustrze.

– W lustrze?

– Coś dziwnego?

– Ależ zupełnie, zupełnie nic dziwnego.

*

– Wiesz, że ja wszystkie ciuchy w Paryżu kupiłem damskie?

– Jak to?

– Na przykład ta marynarka.

– Wygląda bardzo dobrze.

– Damskie ubrania dobrze leżą.

– Macie ze sobą coś wspólnego.

– Skądś to znam. Widziałem to, tylko jakby w odbiciu lustrzanym…

– Wiem, o czym mówisz.

– Wiem, że wiesz.

– Miłość jest taka chiralna.

Rzucił się na mnie, prosto na wyciągnięty i ociekający jego krwią nóż. Ostrze wsunęło się jakoś tak poniżej obojczyka, nad piersią.

Ja w ryk!

– Nie chciałem! Nie chciałem! Mariuszek, powiedz, że to się nie stało, Mariuszek, przepraszam, przepraszam! – Jezusmaria, która strona, po której jest serce, lewej, która jest lewa, u niego odwrotnie niż u mnie, chyba nie, bzdury, czemu odwrotnie, to w lustrze jest odwrotnie! – Mariuszek, to po tej stronie, co serce? Mów!

[M. Witkowski, Drwal]

Zamknięte muzeum. Kamienice jakby pozrastane, niezgodności poziomów, drzwi w nie do końca spodziewanych miejscach, schody niby dokądś, a jakoś donikąd. Stelaże, ramy, instalacje ściany i ścianki – to nie ekspozycja, tylko podkład, grunt, na którym pozostały tabliczki z podpisami, a eksponatów, których dotyczyły, nie ma. Czemu ty na balustradzie nie ma takiej drewnianej kuli, jak obok? W konserwacji jest. Po korytarzach snują się pracownicy i znikają w pokojach, w których z rachitycznymi mebelkami z lat siedemdziesiątych sąsiadują dwustuletnie zegary. Do działu kadr wchodzi się przez wyłożoną kobiercami salę (leżą, jakby się suszyły), gdzie o ścianę stoi oparte półślepe lustro. Tu jest portret tego i tego, autorstwa tamtego. Kopia, oryginał u konserwatora. Niskie długie meble pozakrywane grubymi foliowymi pokrowcami. Podchodzę z zaciekawieniem, ale żaden nie okazuje się instrumentem.

Łazimy. Poszczególne pomieszczenia mają różne zapachy: czuć głównie muzealny kurz, ale tutaj pleśń, tutaj detergent, a tu nagle jak w dzieciństwie, kiedy dziadek pokazywał pracę przy ulach, czuć – bo pastują podłogi woskiem pszczelim. Pewnie pięćset lat temu tak samo pastowali na tej wysokości, ale nie w tym samym budynku, bo to już nie ten budynek. Od zera nie ten, ale na minus jeden, minus dwa, jeszcze trochę ten. W tych świeżo wyremontowanych piwnicach chłodno i świeżo, wydajna klimatyzacja osusza i filtruje. A tu jest skarb, który tu wykopano, monety w garnku. To znaczy garnek jest prawdziwy, a monety to atrapa. Prawdziwe są u archeologów.

Klatka schodowa, któraś z kolei, od dłuższego czasu już nie wiem, gdzie dokładnie jestem; północ, południe, zachód wydają się tutaj  nieomal oszustwem. Fotografie, w założeniu spłowiałe od nowości, nadrukowane na plansze wielkiego formatu, wiszą tu chyba od miesięcy, pokrywa je pył. To też pozostałość po wystawie pozostałości. Dotykam. Marcin podchodzi, przygląda się chwilę, nabiera powietrza w płuca i dmucha na jedną z plansz.

 – Co ty robisz! Zdmuchnąłeś bardzo kosztowną atrapę kurzu!

Na zewnątrz wczesne popołudnie. Siadamy we czworo na kamiennej ławce. Po jakimś czasie odwracamy się tyłem do rynku i światła, które tępo wciska się w oczy, mimo że lub może właśnie dlatego że dzień nie jest szczególnie słoneczny.